Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść przygodowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść przygodowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 czerwca 2014

Sejdżio i jej bobry - Grey Owl


wydanie z 1984r.

Sejdżio i jej bobry”, wydane również jako „Przygody Sajo i małych bobrów”, autorstwa Grey Owl / Szarej Sowy (1888-1938), to opowieść o jedenastoletniej Indiance i jej czternastoletnim bracie Szejpianie.  
Pewnego razu, ojciec ich; Wielkie Pióro, ratuje życie parze młodych bobrów. Wiedząc, że same nie przeżyją, zabiera je do domu. Dzieci są zachwycone i pięknie się nimi opiekują, mając przy tym dużo uciechy i zabawy. Szczęście rodziny przerywa wizyta białego handlarza, któremu Wielkie Pióro jest sporo winien. Nie będąc w stanie samodzielnie zabezpieczyć rodziny na zimę, Indianin zgadza się wymienić jednego z boberków na jedzenie.
Dzieci są nieszczęśliwe, szczególnie mała Sejdżio. Pewnego dnia, gdy ojca nie ma w domu, postanawiają wyruszyć na wyprawę, której celem jest spotkanie z handlarzem i wykupienie wywiezionego przezeń bobra. Droga jest długa i niebezpieczna, ale szczęśliwie dzieci spotykają niej dobrych ludzi, którzy okazują im wiele serca.

wydanie z 1946r.

Sejdżio i jej bobry” to nie tylko przepiękna powieść przygodowa o przyjaźni człowieka ze zwierzęciem, ale i o ludziach w ogóle. Jej akcja rozgrywa się w Kanadzie, gdzieś na początku XX wieku.  Autor kochał przyrodę i kochał ludzi. Cenił zarówno Indian, jak i Białych, i daje się to odczuć na kartach tej powieści. Szczególnie dużo miejsca poświęcone jest tu naturze, głównie oczywiście bobrom. Grey Owl spędził wiele lat w kanadyjskiej puszczy i poznał zwyczaje tych zwierząt. Książka, oprócz więc rozrywki, edukuje. Szczegółowym opisom życia bobrów (i nie tylko) towarzyszą ilustracje autora, które - jak sam zapowiada w przedmowie - mają cel nie dekoracyjny, lecz lepiej zobrazować to, co starał się wyrazić słowami.  
 
wydanie z 1957r.

Powieść „Sejdżio i jej bobry”, to taka trochę krzyżówka „Domku na prerii” z powieściami Coopera i Curwooda oraz „Kocią mamą” Buyno-Arctowej. Ta „Kocia mama”, to ze względu na przyjaźń i absolutne oddanie małej dziewczynki jej pupilom oraz idylliczny, sielankowy obraz polskiej wsi u Buyno-Arctowej oraz kanadyjskiej puszczy, wraz z tradycyjnym życiem jej tubylczych mieszkańców, u Szarej Sowy.

Książka ta była niegdyś wielokrotnie wydawana, ostatnio w 2008 roku, pod zmienionym tytułem „Przygody Sajo i małych bobrów”, także jest dość łatwo dostępna. Mimo to, wydaje mi się, że wśród pokolenia 30 w dół, nie jest specjalnie znana. A szkoda, bo myślę, że warto !


wydanie z 2008r.
„Sejdżio i jej bobry”, Grey Owl / Szara Sowa 
J.Przeworski 1938, 1939
Wydawnictwo F. Pieczątkowski i Spółka, 1946
Nasza Księgarnia 1957, 1984, 1989
Cypniew 1997
Spółdzielnia Pracy 2008 (jako „Przygody Sajo i małych bobrów”)

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Córka kapitana okrętu - Irena Szczepańska

Graf 1992
   „Córka kapitana okrętuIreny Szczepańskiej opowiada historię szesnastoletniej Benity Rizzo. Dziewczynka wychowywana jest przez ciotkę, gdyż matka zmarła przy jej narodzinach, a ojciec dowiedziawszy się o tym, rozczarowany dodatkowo, że nowo narodzone dziecko nie jest upragnionym synem, wyruszył na morze.
   Benitka jest raczej chłopczycą; dorasta w Sycylijskim raju, radośnie spędza czas na powietrzu, na grach i zabawach z rówieśnikami. Jej najbliższym przyjacielem jest nieco starszy Nino. Fascynuje ją z kolei jego przyjaciel; Jurek z Polski (matka Benity była Polką, a ciotka która ją chowa, to jej siostra i wychowuje ją w duchu patriotycznym).
   Dziewczynka dorasta; coraz więcej rozumie i tęskni za nieznanym ojcem. Gdy ciotka niespodziewanie umiera, Tita nie bardzo ma co ze sobą zrobić. Z pomocą Nina i Jurka, w przebraniu chłopca chowa się na statku, dowodzonym przez ojca. Ujawnia się dopiero na pełnym morzu, gdzie nie ma już innego wyjścia, jak zatrzymać ją i zagonić do pracy. Podczas długiego rejsu, Benita – a właściwie teraz Benito – pnie się stopniowo w hierarchii okrętowej, aż dociera do samego ojca…


1938 rok
   Irena Szczepańska (1908-1964) była pisarką całkiem popularną w okresie około wojennym. Dziś ciężko jest określić ile książek faktycznie napisała, ale ich wykaz w katalogu Biblioteki Narodowej stale się powiększa. Obecnie, względnie możliwe do zdobycia są trzy-cztery pozycje, wśród których najłatwiejsza, właśnie „Córka kapitana okrętu”.

    Książeczka ta, momentami naiwna, jest łatwa i przyjemna w odbiorze, a dodatkowo pozwala liznąć trochę geografii, historii sztuki, a nawet nauk społecznych. Wspólnie z bohaterami zwiedzamy Port Said i Bombaj, podziwiamy iskrzące się niezwykle nocą Morze Czerwone, ale i obserwujemy niesamowite rozwarstwienie społeczne; zarówno na samym statku, jak i podczas zwiedzania przez czwórkę głównych bohaterów (do Tity, Nina i Jurka, dołącza jeszcze przystojny, uwodzicielski Mario) kolejnych miast.

   Mnie opowieść tę podsunęła przed laty mama, która sama czytała ją jako dorastająca dziewczyna. Ja po dziś dzień lubię po nią co jakiś czas sięgnąć i chociaż przekartkować. Przetrwała już tyle lat (pierwsze wydanie pochodzi z 1938 roku), iż choć pewna obaw (obserwując po jakie pozycje sięga młodzież dziś), mam nadzieję, że nie zniknie w odmętach.

Irena Szczepańska, „Córka kapitana okrętu” 
- Księgarnia Powszechna, Kraków 1938 
- Iskry, Warszawa 1958 
- Oficyna Wydawnicza Graf, Gdańsk 1992 (seria „dziewczęca”) 
- Prowincjonalna Oficyna Wydawnicza Exar, Bochnia-Kraków 1992 (seria: Biblioteka Przedwojennego Nastolatka) 
- Wydawnictwo Prószyński i Spółka, Łódź 1998 (seria: Klasyka dziecięca) 

1958 rok

Exar 1992

1998 rok

sobota, 5 kwietnia 2014

Przypadki jejmościanki Małgorzaty (Małgosia kontra Małgosia - Ewa Nowacka)

Zaczytywałam się w dzieciństwie książkami z serii Klub Siedmiu Przygód, zaczytywałam się "Godziną pąsowej róży" Marii Kruger, więc nie mam pojęcia czemu nie natrafiłam nigdy na powieść Ewy Nowackiej. Wielka szkoda! Z pewnością stałaby się jedną z moich ulubieńszych. Cieszy mnie bardzo, że ta powieść jest wciąż wznawiana - ostatnio 3 lata temu, przez Naszą Księgarnię - a książka przecież nie taka młoda, bo w przyszłym roku skończy 40 lat.




Powieść oparta jest na znanym pomyśle przeniesienia bohaterki w czasie - w przeszłość, podobnie jak w - chyba bardziej znanej - "Godzinie pąsowej róży". O ile jednak Anda przeniosła się z lat 60. XX wieku na koniec wieku XIX, to Małgosię czekała dłuższa podróż - cofnęła się w czasie aż o 300 lat, do okresu panowania Jana III Sobieskiego. Różnic jest więcej. Anda wylądowałą w tej samej rodzinie, w której wychowywała się współcześnie - rodzice, siostra i brat - choć mieli oni mentalność XIX-wieczną i innej rzeczywistości nie pamiętali. W roli deux-ex-machina wystąpiła piękna ciotka Eleonora (naprawdę żyjąca w tamtych czasach, dla współczesnej Andy jakaś praprapraciotka). Tymczasem w życie Małgosi wtrąciła się siła nadprzyrodzona, by nie powiedzieć nieczysta, niejaki dytko. Podmienił on miejscami Małgosię z lat 70 XX wieku i Małgosię z lat 70 wieku XVII. W ten sposób współczesna Małgosia, dość rozpuszczona pannica z 8 klasy, mieszkająca z matką w małym mieszkanku, znalazła się nagle w dworku, niezbyt bogatym, gdzie większość prac spadała na barki zubożałych mieszkanek, czyli surowej matki, pobożnej ciotki Franciszki i dwóch Małgosinych sióstr, Klary i Dorotki. A przejrzawszy się w lustrze ujrzała nasza bohaterka obcą twarz, pulchną i z loczkami, wciśniętą w suknię z gorsetem i sztywną kryzą.

Szczęśliwie dytko zadbał o swą ofiarę, wyposażając ją w wiedzę (niezbyt niestety dokładną) o obowiązujących obyczajach i znajomość ówczesnej polszczyzny - były to w końcu czasy, w których dziwnie (dwudziestowiecznie) zachowująca się niewiasta miałaby szansę trafić na stos jako czarownica. Dość rogaty charakter Małgosi sprawił niestety, że tak czy inaczej udawało jej się wprawiać otoczenie w konsternację, a nawet trwogę, co kończyło się puszczaniem krwi i egzorcyzmowaniem biedaczki. Bałam się, że cała powieść będzie polegała na ładowaniu się bohaterki w tarapaty przez jej niedostosowanie - a to byłoby zbyt podbne do "Godziny pąsowej róży". Na szczęście, Małgosia w bólach, ale przystosowała się (choć tylko na zewnątrz) i spróbowała zapanować nad niewesołą sytuacją jejmościanki, w którą się wcieliła. Jak się okazało, jejmościance Małgorzacie dziadek zapisał w testamencie cały spadek (z pominięciem matki i starszych sióstr - co nie przysporzało jej zresztą sympatii tych ostatnich, siejących rutkę ze względu na brak posagu). Matka postanowiła wydać ją korzystnie za mąż, z nadzieją, że po ślubie i otrzymaniu spadku zadba o posagi sióstr. A kandydat do ręki trafił się akurat nadzwyczaj dobry, zamożny i na stanowisku. Spłoszona Małgosia tuż po przenosinach w wiek XVII, całkiem oszołomiona, ujrzała przed sobą swego rzekomego narzeczonego, w postaci staruszka z krzywą szyją... A tu tymczasem w sąsiedztwie mieszka uroczy Joachimek, u wuja we dworze hołubce wycina przystojny pan Władysław, a sam wuj niespecjalnie ma chęć rozstawać się z Małgosinym spadkiem, nad którym sprawuje pieczę. No i sytuację z siostrami trzeba jakoś naprostować... A pani matka ciężką rękę ma, i chłosty za przewiny mogą się trafić. Nie, moi drodzy, różowo nie jest.

Ech, dzieje się w tej książce, dzieje, nie sposób wszystkiego opowiedzieć, zresztą lepiej przeczytajcie sami. Podobały mi się bardzo przygody Małgosi, podobał mi się szalenie stylizowany język, opis ówczesnych obyczajów (choć nie należy traktować powieści jak podręcznika historii). Żeby nie było tak słodko - nie podobał mi się całkiem charakterek Małgosi. Anda to była sympatyczna wariatka, a ta... Powieść zaczyna się sceną, w której Małgosia (współcześnie) okłamuje matkę, w bardzo brzydki sposób, nie odczuwając przy tym niemal żadnych wyrzutów sumienia, a nawet pewną dumę, że tak jej się świetnie udało. Co za paskudna dziewczyna, szczerze ją znielubiłam, co najmniej na pół książki. Co najgorsze, gdyby doszukiwać się książce morału, okazałoby się, że jej bezczelny charakterek doczekał się nagrody i pochwał... Drugim zgrzytem dla mnie jest próba wytłumaczenia na koniec, czemu też Małgosia się w wieku XVII właściwie znalazła. Cóż, dla zjawisk nadprzyrodzonych wyjaśnień nie ma i lepiej było to pozostawić w ten sposób. Autorka jednak stara się wszystko logicznie uzasadnić, podczas gdy już samo istnienie dytka logice przeczy. Tak czy inaczej - z czystym sumieniem polecam.

czwartek, 13 marca 2014

Maria Krüger - "Ucho, dynia, 125!"

Minęło dwadzieścia lat, od kiedy po raz ostatni miałam w rękach książkę Marii Krüger. Cóż więc skusiło mnie do sięgnięcia po kolejną historię opowiedzianą przez nią? Powodów było kilka: przede wszystkim zabawa z Jubileuszowymi Lekturami - w tym roku obchodzimy 110 rocznicę urodzin autorki; po drugie udział w wyzwaniu Klasyka Młodego Czytelnika; po trzecie - bardzo atrakcyjna cena e-booka (6zł); a po czwarte, i chyba najważniejsze - zwykła ludzka ciekawość. Jak to będzie? Czy czar "Karolci" sprzed lat będzie mi towarzyszył także tym razem? I na dodatek ten dziwny, nic nie mówiący tytuł...
Maria Krüger opisuje losy uczniów klasy V jednej z polskich podstawówek. Dzieci, jak to dzieci, zakładają swoje bandy, wymyślają różne psoty, zabawy - w końcu oprócz nauki coś ciekawego trzeba w szkole robić! Jedną z ulubionych przez uczniów zabaw była wyzywanka: "ucho, dynia, ...": jeśli ktoś niespodziewanie krzyknie do ciebie "ucho!", musisz chwycić się za ucho, jeśli dodatkowo usłyszałeś słowo "dynia!", trzymasz się także za nos, a jeśli na końcu usłyszysz jeszcze wybraną liczbę (np. 5), dorzucasz do tego 5 podskoków na jednej nodze. Zabawa nieskomplikowana, ale skutecznie komplikująca życie uczniów w szkole. Zwłaszcza tych, których bandy za sobą nie przepadały. A tak było w przypadku klasy V. Gdy pewnego dnia Jacek postanowił dać porządną nauczkę swemu największemu rywalowi Piotrkowi, spotkało go dość nieoczekiwana kara. Został psem. Dosłownie - małym żółtym jamniczkiem.

Ciąg dalszy TUTAJ! Zapraszam!

sobota, 1 marca 2014

Kidnaperzy są grzeczni... (Rasmus, rycerz Białej Róży - Astrid Lindgren)

Kalle, Anders i Ewa-Lotta to szwedzkie dzieciaki, które doskonale dogadałyby się z Janeczką i Pawełkiem Chabrowiczami* (gdyby żyły w Polsce, w tym samym czasie, no i - rzecz jasna - istniały naprawdę). Takie, co to diabeł ma na posyłki, jak się gdzieś sam nie może udać.  Takie, które potrafią się kidnaperom same władować do samochodu...

Kalle, Anders i Ewa-Lotta spędziliby wakacje bawiąc się w rycerzy Białej Róży i bijąc z rycerzami Róży Czerwonej, gdyby nie pewien naukowiec, który wynajął dom w ich miasteczku. Zamieszkał w nim z małym synkiem, Rasmusem, uroczym i rezolutnym malcem, nad którym rozpływała się Ewa-Lotta. Pewnej nocy, kiedy dzieciaki wracały ze swej rycerskiej wyprawy, były świadkami dramatycznych wydarzeń - porwania małego Rasmusa i jego ojca. Ewa-Lotta bez wahania uryła się w samochodzie porywaczy, a Kalle i Anders podążyli w ślad za autem... Przeczytajcie, jeśli chcecie wiedzieć, co wydarzyło się na wyspie, na której porywacze przetrzymywali naukowca, Rasmusa i Ewę-Lottę.

Doskonała książka, dużo lepsza niż się spodziewałam, a po Lindgren spodziewałam się oczywiście - wiele. Tyle książek o podobnej tematyce już powstało - o grupie dzieciaków rozpracowujących dorosłych złoczyńców - a jednak sześćdziesięcioletnia powieść Astrid Lindgren zaskakuje świeżością, prawdziwym dramatyzmem i nieinfantylnym humorem. Postać Rasmusa jest nie tylko urocza, ale także idealnie rzeczywista, taki już talent miała ta pisarka, że jej bohaterowie są zawsze z krwi i kości, a nie papieru i tuszu.

"Rasmus..." to trzecia część z cyklu o przygodach Kallego Blomkvista, powstała w 1953 r., ale spokojnie można ją czytać jako odrębną całość. Poprzednie dwie to "Detektyw Blomkvist" (1946) oraz "Detektyw Blomkvist żyje niebezpiecznie" (1951). Postać Kallego Blomkvista została całkiem niedawno przypomniana w trylogii Stiega Larssona "Millenium", w której główny bohater Mikael Blomkvist jest nieustannie przezywany "Kalle", czego zresztą szczerze nie znosi.



* Z powieści Joanny Chmielewskiej, jeśli ktoś nie czytał (a powinien!).


środa, 11 grudnia 2013

Większy kawałek świata - Joanna Chmielewska


 

Swoje pierwsze zetknięcie z "Większym kawałkiem świata' pamiętam bardzo dobrze. Byłam chora, zasmarkana, leżałam pod kołdrą, ciężko znudzona. Sięgnęłam po książkę, przeczytałam pierwszą stronę i w jednej chwili znalazłam się na suchej, rozgrzanej i kompletnie pustej drodze, siedząc na stercie bagaży obok rozgoryczonych Tereski i Okrętki. To była moja pierwsza książka z tymi bohaterkami i pozostała moją ulubioną. Czytałam ją tysiące razy, nadal do niej wracam, choć od bohaterek jestem już niemal dwa razy starsza. Szkoda tylko, że marzenie o spędzeniu właśnie takich wakacji, jak te opisane w powieści, pozostało niespełnione...

A wakacje te obfitowały w całą masę przygód. Zaczęło się już w dniu wyjazdu. Zaprzyjaźniony sąsiad miał zawieźć siedemnastoletnie przyjaciółki (z kajakiem-składakiem i wspomnianą stertą bagażu) do Augustowa. Tam planowały spędzić wakacje, mieszkając w chałupie znajomego rybaka, a od czasu do czasu robiąc wypad na jezioro. W połowie trasy jednak samochód odmówił współpracy. W rezultacie wakacyjny transport dziewcząt oddalił się na holu pomocy drogowej, a one same, po kilku godzinach oczekiwania na poboczu wyludnionej drogi w upalne niedzielne popołudnie, złapały autostop, który wywiózł je w zupełnie inne miejsce, gdzieś nad Mamry. Żadnej znajomej chałupy tam rzecz jasna nie było, a mapy nie miały. (To znaczy miały. Bardzo dokładną. Augustowa...) Tam - ku rozpaczy Okrętki, a zachwytowi Tereski, co wiele mówi o ich charakterach - rozpoczęły się ich pierwsze całkowicie samodzielne wakacje, pod namiotem, rozbijanym na dziko w lesie, na kajaku, z pęcherzami na dłoniach od wioseł, z nieudolnie montowanym żaglem z nocnej koszuli, z Gangesem, ahystokhatą,  tajemniczym zbrodniarzem rozkopującym ich ogniska oraz - być może - ukrytymi skarbami... 

Inne przygody Tereski i Okrętki zostały opisane w tomach 'Zwyczajne życie" (pierwszym w kolejności) oraz "Ślepe szczęście". Jak w całej twórczości Chmielewskiej sporo w tych książkach wątków autobiograficznych, Tereska bardzo przypomina samą Autorkę, a Okrętka - jej przyjaciółkę Jankę.

Polecam wszystkim, dużym i małym. Zimą zwłaszcza...

wtorek, 8 października 2013

"Zwyczajne życie" Joanna Chmielewska

Korzystając z faktu, że Kitek buszował po sklepach, Bazyl zebrał zadek w troki, zainstalował się w kawiarence i przeczytał stron kilka “Zwyczajnego życia”. I stała się jasność. Jasność w temacie następującym: starszych książek pani Chmielewskiej w miejscach publicznych nie czytać. Bo to i kawusią akuratnie pitą można się, jak i otoczenie najbliższe, opluć, i niezdrową ciekawość gawiedzi ciągle wyszczerzoną paszczą wzbudzić alboli też, poprzez chrząkanie dżentelmena/damy* niegodne, narazić się na ostracyzm i kose spojrzenia. O gromkim śmiechu nie wspomnę, bo do czegóż to podobne, tak w centrum galerii handlowej siedzieć i na przekór pędzącym we wszystkich kierunkach, spoconym i złym jak osy ludziom, zaśmiewać się z lektury.

No dobrze, ale co jest takiego w historii dwóch podlotków w wieku licealnym, że człowiek reaguje w sposób narażający zwieracze na ciężką próbę i bez pudła pozwalający zrozumieć sensowność powiedzenia “posikać się ze śmiechu”? 


Może to zderzenie dwóch żywiołów: ognia i wody. Ognia, czyli Tereski, wulkanu energii, gejzeru działania, rakiety, która walczy z tytułowym zwyczajnym życiem próbując przekuć je w jedną nieustającą przygodę. I wody, czyli Okrętki, której zwyczajne życie nie przeszkadza i chętnie by je sobie pędziła, gdyby nie magnetyczne oddziaływanie przyjaciółki, która zaraża entuzjazmem i w rezultacie przekonuje kumpelę do najdzikszych hec.


Może to humor sytuacyjny, który wynika co prawda z najniespotykańszych (?) zbiegów okoliczności, ale darujmy to autorce (podobnie jak jej sympatię do MO), bo przecież wiadomo, że życie nie takie scenariusze... Ot, pójdzie człowiek w krzaki na grzybobraniu, a tam opieńki ścina wujek Staszek, co to 20 lat temu wyjechał za chlebem do Toronto. To i nie dziwota, że dziewczyny, które całkiem przypadkiem (przy pomocy roztrzepania Tereski), zgadzają się w czynie społecznym zebrać po podwarszawskich sadownikach i stolicznych działkowiczach, 1000 (słownie: tysiąc!!!) sadzonek drzewek owocowych, mogły co i rusz trafiać na członków złowieszczej szajki przemytników i psuć im szyki. A psuły w pięknym stylu.


Pewnie mógłbym znaleźć jeszcze kilka “może” i rozwlekle za nimi argumentować, ale chyba znać już mój entuzjazm, więc na powyższym poprzestanę. Dodam tylko, że warto po “Zwyczajne życie” sięgnąć po to, żeby dowiedzieć się: dlaczego najlepszym remedium na oczekiwanie ukochanego jest rąbanie drewna, dlaczego najlepszym środkiem transportu jest blat stołu na kółkach i dlaczego obcy facet oprowadza dwie nastolatki po swojej chałupie, szczegółowo opowiadając o jej wystroju. 


Podsumowując. Ogień zalany wodą daje parę. W tym przypadku parę przyjaciółek na śmierć i życie, o niezwykłych breweriach których czyta się z prawdziwą przyjemnością. Szykujcie się, bo Wasze brzuszki będą robić szejked!


*niepotrzebne skreślić

"Nawiedzony dom" Joanna Chmielewska

“Nawiedzony dom”, to pierwsza część cyklu przygód dwojga uroczych przedstawicieli tzw. młodszej młodzieży, czyli Janeczki i Pawełka Chabrowiczów oraz ich wielce utalentowanego psa Chabra. To w tym właśnie tomie my zaczynamy znajomość z nastoletnimi detektywami, a oni sami poznają nieziemskiego czworonoga. Tyle tytułem drętwego zagajenia.

Kiedy kilkanaście..., no dobra, kilkadziesiąt lat temu, zaczytywałem się perypetiami wyżej wymienionej dwójki z pewnością …, ba, skleroza zeżarła pewność, ale, z dużą dozą prawdopodobieństwa, zazdrościłem rodzeństwu przede wszystkim siebie nawzajem. I psa. I tej wielkiej chałupy z tajemniczym strychem. Dziś zazdroszczę Chabrowiczom progenitury, która co prawda wyprawia przenajdziksze hece, ale jest dobrze wychowana i inteligentna jak diabli. No i psa. Bo pies ciągle robi wrażenie. A jako, że punkt widzenia zmienia się wraz z procesem siwienia, to już niekoniecznie podobają mi się tak bardzo: nocne (zresztą, dzienne też) łażenie po dachu, straszenie starszych ludzi halloweenową dynią, darcie portek na hakach i ogólne robienie starych w trąbę.

Fabuła prosta, wydawałoby się, jak drut. Ot, przeprowadzka związana z pozyskaniem przez ojca rodziny spadku, w postaci kamienicy, zmienia się w jedną wielką komplikację. A to nie ma reduktorków potrzebnych do remontu przedwojennej instalacji wod. kan., a to szpetna lokatorka nie chce opuścić jednego z mieszkań, a to ktoś szura i wyprawia inne brewerie na zamkniętym od czasu wojny strychu. A w tej całej kołomyi wydarzeń dwójka rezolutnych niebożątek, które aż się palą do przeżycia przygody i, co oczywiste, niejako przy okazji, pomocy ułomnym dorosłym. I to właśnie oni będą motorem napędowym książki, a ich pomysły i wyskoki, które tak mi imponowały przed ćwierć wiekiem, podnosić będą teraz moje rodzicielskie ciśnienie i włosy na głowie.

“Nawiedzony dom” to książka, która pozbawiona jest scen skutkujących tubalnym rechotem czy tarzaniem się ze śmiechu po podłodze, ale niezaprzeczenie zabawna humorem słownym i sytuacyjnym. Taka, no, jakby ją tu w jedno słowo ująć? Miła? Niech będzie, bo właśnie tak, miło, spędziłem z Chabrowiczętami czas. A ponieważ książki pani Joanny lepiej czytać, niż czytać o nich, malusieńka próbka, która zaświadczy, że dzieci są naprawdę wyrobione życiowo i która być może zwabi Was do tajemniczej kamienicy.

“Osobnik odsłonił na moment teren swojej działalności i wówczas okazało się, że skrobie po lakierze na drzwiach. Wyskrobał połowę litery „D” i właśnie ją wykańczał.
- Chuligan - zawyrokowała Janeczka.
Osobnik skrobał dalej, aż wreszcie wyszło mu to „D”. Trochę nieforemne, ale za to wielkie.
- Iiii tam - mruknął Pawełek z odcieniem wzgardliwego zniechęcenia wobec tak mało pomysłowego wandala. - Wiadomo, co pisze...
- Wcale nie - zaprotestowała Janeczka, żywo zainteresowana. - Zobacz, to wcale nie jest „u”.”

piątek, 4 października 2013

"Siódme wtajemniczenie" Edmund Niziurski

Często, gęsto, czytelnicy odżegnują się od powrotów do literatury z lat cielęcych, bojąc się, że ponowna lektura ulubionych kiedyś książek spowoduje, nazwijmy go roboczo, klops poznawczy. Klops zaś przejawi się m. in. tym, że w całej krasie ujrzymy niedociągnięcia, dłużyzny czy fatalne rozwiązania fabularne, na które, niewyrobionymi czytelnikami będąc, w transie pochłaniania kolejnych stron, nie zwracaliśmy uwagi. Jego symptomem może też być spostrzeżenie, że prawdy objawione, które przemawiały do naszej wyobraźni naście czy nawet dziesiąt lat temu, teraz wywołują w nas śmiech i dobroduszne kiwanie głową. Ba, sama akcja, która kiedyś burzyła w nas krew i wzbudzała chęć do naśladownictwa głównych bohaterów, teraz budzi jedynie politowanie. Piszę o tym wszystkim przy okazji "Siódmego wtajemniczenia", bo to książka, którą dotknął szczególnie ten ostatni objaw właśnie. Tym, którzy w tym momencie mieli szczery zamiar rzucić się w sieciowym odpowiedniku rejtanowskiego gestu, by bronić najlepszej ponoć powieści pana Edmunda, oszczędzę koszul. To, że odbiór jest dziś inny, nie oznacza, że "Siódme wtajemniczenie", to kicha i szkoda na nią czasu. Po prostu, jak śpiewa Krzywy, "to już nie to samo".

Historię Gustawa Cykorza, ucznia klasy 6B i z racji świeżych przenosin do nowej budy, tzw. klasowego fuksa, odbierałem chyba kiedyś bardziej przez pryzmat bogatej, dziecięcej wyobraźni, która pozwalała mi widzieć przedstawioną opowieść w sposób, w jaki postrzegał ją ten biedny, niezrzeszony w żadnej z klasowych koterii (Blokersi vs Matusy), nieszczęśnik. Tajna baza była tajną bazą, a nie opuszczonym górniczym pomieszczeniem ukrytym między hałdami. Serkoza i mlekoza były tajemniczymi substancjami, a nie kefirem czy jogurtem dostępnymi dziś w każdym sklepie. Arsenał robił kolosalne wrażenie, a nie, jak dziś, wywoływał cyniczny uśmieszek. Że nie wspomnę już o Wielkiej Kołomyi Elementarnej, którą wówczas chciało się przetestować w szkole, a obecnie, cóż ... Słowem, całość miała posmak Wielkiej Przygody i brało się to wszystko z dobrodziejstwem inwentarza w postaci odlotów z Komandorem czy innych oniryczności, które podczas ponownej lektury tylko mnie drażniły.

Można by zamknąć "Siódme wtajemniczenie" w słowach - kluczach, tak chętnie używanych w dorosłym opisywaniu książek. "Powieść inicjacyjna", "z pogranicza jawy i snu" czy też mająca "cechy realizmu magicznego", jak chce polska Wiki. Można, ale po co? To przecież, tylko lub aż, świetna opowieść o młodym chłopaku, który szuka swojego miejsca w nowej budzie. Który chce się dostosować i szamocze w wyborach, jednocześnie próbując pozostać sobą i nie sprzeniewierzyć się swoim ideałom. Jest też "Siódme ..." niezłym studium władzy oraz życia w organizacji, oczywiście wszystko z przymrużeniem oka. Całość okraszona humorem ("opaczkowywanie" jeńców bawiło mnie tak samo mocno jak kiedyś), dynamiczna (z niewielkimi wyjątkami) i świetnie napisana. Niestety, podobnie jak Marlow, nie jestem pewien czy na tyle to wszystko atrakcyjne, żeby przyciągnąć współczesnego, młodego człowieka.

wtorek, 17 września 2013

Topsy i Lupus - Zofia Kossak-Szczucka



Serdecznie polecam wszystkim zaczytanym piękną książeczkę przygodową pt. „Topsy i Lupus” Zofii Kossak-Szczuckiej. Jest to wzruszająca opowieść (osadzona w rzeczywistości międzywojennej Polski) o przyjaźni zwierząt z ludźmi, mądrości psów oraz wytrwałości w pokonywaniu życiowych przeszkód. Opowiada o losach uprowadzonego do cyrku psa Topsego, który posiada wyjątkową zdolność, a mianowicie potrafi porozumiewać się z ludźmi. Jednocześnie opisuje przygody dwóch chłopców (stryjecznych braci: Julka i Władka) wyruszających mu na ratunek. Stajemy się zatem świadkami niezwykłej wyprawy, począwszy od Bielska-Białej, przez Lubliniec, Kraków, następnie Przemyśl, Lwów, aż po Krzemieniec.
            Wzruszające, ale i pełne humoru historie, barwne opisy, które oddziałują na wszystkie zmysły! Trzymająca w napięciu i pełna przygód akcja, kompozycja spójna i urozmaicona, przeplatana dowcipnymi scenkami, postacie budzące niewątpliwą sympatię... Doskonała propozycja zarówno dla dzieci, jak i młodzieży. To dzieło wartościowe z różnych względów, zapewnia bowiem dobrą zabawę, ale też porusza i wychowuje. Uczy młodych czytelników m.in. jak należy właściwie traktować zwierzęta.
Niniejsza powieść Zofii Kossak była wznawiana dwukrotnie – w 1959 i 1968 roku. Były to jednak wydania ocenzurowane. Usunięto wówczas zarówno opinie autorki na temat Związku Sowieckiego, jak i treści dotyczące Kresów Wschodnich. Nowa edycja z 2012 roku, oparta jest na pierwowzorze, ale z uwspółcześnioną ortografią i uporządkowaną interpunkcją.
            Do książki dołączony jest audiobook, który z pewnością może wyręczyć zabieganych i zmęczonych rodziców... (czyta Maciej Grudzień). 
Idealna lektura na każdą pogodę lub pomysł na prezent! 

Zofia Kossak, Topsy i Lupus, Fundacja Servire Veritati Instytut Edukacji Narodowej, Lublin 2012 (książka z audiobookiem).

piątek, 23 sierpnia 2013

Pan Samochodzik i skarb Atanaryka - Zbigniew Nienacki


Druga powieść o młodym panu Samochodziku (o włączeniu do serii trzech powieściowych "prequeli" pisałam w tym wpisie) nosi tytuł "Pan Samochodzik i skarb Atanaryka", a w serii numer "1" (poprzedni tom ma numer "0"). Chronologia jest kompletnie pokręcona, bo wydarzenia w niej opisane rozgrywają się później niż te w kolejnym tomie z numerem "2", czyli "Uroczysku" vel "Panu Samochodziku i świętym relikwiarzu". W rezultacie w tomie pierwszym Tomasz jest absolwentem historii sztuki, a w tomie drugim jeszcze ją studiuje; w tomie pierwszym spotyka swoją znajomą, Babie Lato, w tomie drugim - dopiero ją poznaje. Nie mam pojęcia, czemu wydawnictwo włączając te trzy książki do serii, nie zdecydowało się wydać ich w innej kolejności.

W porównaniu z "Pozwoleniem na przywóz lwa", czyli tomem "0", "Skarb..." ma o wiele więcej wspólnego z późniejszymi przygodami Pana Samochodzika. Jest tu i lato, i wakacyjne przygody, i historyczne skarby, czyli niemal wszystko jak należy. No, samochodu-wehikułu nadal brak, a przed Tomaszem jeszcze daleka droga do Ministerstwa Kultury i Sztuki - ledwo co ukończył studia z historii sztuki... O samym Tomaszu dowiadujemy się tu nieco więcej, między innymi - że ma młodszego brata, Pawła, którego niezbyt lubi, uważając za wyjątkowego nudziarza (z wzajemnością zresztą). Poczucie braterskiego obowiązku nakazuje jednak Tomaszowi zacieśnienie więzi rodzinnej, uwolnienie Pawełka z pustoty i marazmu, w których zanurzony jest po uszy i wyciągniecie go z towarzystwa, które go wodzi na manowce. Odkrywamy też, że przyszły pan Samochodzik był młodzieńcem dość niesympatycznym. Trzymał się zawsze na uboczu grupy, łatwo do siebie zrażał ludzi (zwłaszcza kobiety, choć na urodę pięknej płci był bardzo wrażliwy, ale postępować z nią całkiem nie umiał, oj nie), zresztą nic dziwnego, bo charakterek miał raczej złośliwy i mściwy. No i rozwiązywanie zagadek nie szło mu jeszcze zbyt dobrze, choć i tak lepiej niż flirtowanie...

Akcja powieści toczy się na wykopaliskach we wsi Gęsiory, na które Tomasz wyprawia się na zaproszenie zaprzyjaźnionego archeologa. Zabiera ze sobą wspomnianego młodszego brata, mając nadzieję, że tajemnice kamiennych kręgów i złotego skarbu Gotów wybiją mu z głowy kumpli. Jak się okazuje, sam Tomasz daje się uwieść zagadce skarbu, samotnej mieszkance wyspy, świateł w opuszczonym domu i... skradzionego fikusa w doniczce.

Książka jest ciekawa, zwłaszcza jeśli ktoś interesuje się archeologią lub ma fiksację na punkcie pana Samochodzika ;) Minusem są długie i nudnawe wykłady na temat skądinąd interesującej historii Gotów oraz sporów z niemieckimi naukowcami, na temat osadnictwa tychże na ziemiach polskich

"Skarb Atanaryka" został pierwotnie wydany w 1960 r. przez Naszą Księgarnię, akcja rozgrywała się w 1958 roku. W latach 80. wydawnictwo Warmia za zgodą Autora i po pewnych przeróbkach włączyła ją do serii o panu Samochodziku jako tom z numerem "1" zatytułowany "Pan Samochodzik i skarb Atanaryka".


wtorek, 20 sierpnia 2013

"Czarne Stopy" Seweryna Szmaglewska

Skleroza sklerozą, ale żeby po ludziach trzeba było sobie przypominać, że akcja czytanych w młodości książek, miała miejsce nie tylko w stolicy, na Mazurach czy po innych Malborkach, ale również na terenie własnej Małej Ojczyzny, to już wstyd. Bladość mych jagód pąs więc wstydu krasi, a gwoli pokuty samemu sobie na tę okoliczność zadanej, ruszyłem pozycji z przygodami osadzonymi w Górach Świętokrzyskich szukać. I tym oto sposobem przeczytałem o dziejach pewnego harcerskiego obozu, który grupa młodzieńców rozbiła w okolicach znanej mi skądinąd góry Radostowej, nad równie znaną Lubrzanką, w pobliżu, a jakże, znanych, Mąchocic.
Od razu śpieszę donieść, że to książka nie na dzisiejsze czasy. Bo kto to widział wozić dzieci na wczasy na pace rozklekotanej ciężarówki, miast klimatyzowanym autobusem? Który rodzic pozwoliłby, żeby jego pociecha kąpała się w zimnej rzece, gdy standardem jest wanna z hydromasażem i jadła pajdę chleba z marmoladą pod herbatkę z wody gotowanej nad ogniskiem (fuj, fafrącle!), rezygnując ze szwedzkiego stołu z krułasantami i kawiorem (a co, jak inclusive, to inclusive)? No właśnie. A Seweryna Szmaglewska opisała harcerski wypoczynek w wersji tuż powojennej, czyli raczej non niż all.
Mimo powyższej szydery mam jednak nadzieję i mocno w to wierzę, że moi synowie za wypoczynek uznawać będą raczej spartańskie warunki harcerskiego obozu niż piernaty trzygwiazdkowego hotelu. Że podobnie jak Marek Osiński i jego koledzy odnajdą dużo radości w pieszych rajdach po ziemi swoich przodków i dane im będzie doświadczyć emocji związanych z udziałem w podchodach. Bo proza Szmaglewskiej mimo, że z mojego punktu widzenia, nieco naiwna, to jednak i we mnie, starym cynicznym pryku, rozpaliła chęć zakupienia namiotu, biwakowania, zjadania samodzielnie przyrządzanych nad ogniem turystycznej maszynki posiłków i co za tym wszystkim idzie, zyskania choćby namiastki poczucia niczym nieskrępowanej wolności.
To książka niezbyt (cóż to jest pół wieku z haczykiem?) stara, ale już dla dzisiejszego odbiorcy w wieku lat nastu na wskroś staroświecka. Wydarzeniem jest w nim spotkanie weterana partyzanta, nocna warta i śledztwo w sprawie ginącego z namiotu kwatermistrzowskiego mleka. Nie ma gadżetów, supermocy i szybkiej, teledyskowej akcji. Są za to dylematy wieku cielęcego, jest patos smarkaczych postanowień i siła wspólnych przeżyć. Normalką jest to, że harcerz zna alfabet Morsa, że pomaga starszym i potrzebującym, że zajmuje się zwierzętami. Słowem, świat starych wartości, ot co.
Skłamałbym, gdybym powiedział, że powieść mnie porwała. Zdarzały się ziewnięcia, zdarzał cyniczny rechot, ale ostatecznie stwierdzam, że to dobra książka. Rozbudzająca potrzebę przeżycia Przygody, takiej właśnie, przez duże P. i to najlepiej w okolicznościach dzikiej przyrody. Kierująca uwagę czytelnika na to, co na wyciągnięcie ręki: lokalne legendy, nieznane zakątki, ludzie. I przypominająca, że jak człowiek był młody, to wystarczył “lasek” złożony z pięciu drzew na krzyż plus garść nieokiełznanej wyobraźni, żeby świetnie bawić się w towarzystwie rówieśników przez cały boży dzień.
PS. Sympatycznym dodatkiem w czytanym przeze mnie wydaniu były nieliczne (szkoda!) ilustracje Zbigniewa Lengrena. Odsyłam do niezawodnej w takich razach jarmili :)
PPS. Dla miłośników aktorskich talentów panów: Malajkata i Pazury - jest film na podstawie. Niestety oprócz tego, że jest, nic więcej o nim powiedzieć nie mogę :)

sobota, 10 sierpnia 2013

Uwaga! Czarny parasol! - Adam Bahdaj

Druga z powieści "detektywistycznych" Bahdaja, obok Kapelusza za 100 tysięcy zaczytywałam się nimi jakieś 20 lat temu. Chociaż akcja wyleciała mi z głowy, do dziś pamiętam wrażenia - jakieś podejrzane postaci, śledzone w mroku, z ukrycia (wczesnym wieczorkiem, z krzaków zza siatki, ale i tak gryzłam paznokcie z przerażenia) , przez dzielnych bohaterów. Ciarki chodziły mi po kręgosłupie przy lekturze... Niestety, zgrzybienie postępuje, obecnie trudno odczuwać te same emocje, czytając Bahdaja, niemniej nadal jego książki dają niekłamaną czytelniczą przyjemność.

Jakub Pawlik, znany jest na całym podwórku jako Kubuś Detektyw, dzięki swoim upodobaniom i talentom śledczym oraz licznym sukcesom na tym polu. Kiedy podejmuje się odnaleźć zagubioną jamniczkę, nie przypuszcza nawet, że zaraz trafi na ślad największej afery swego życia, w centrum której tkwi... parasol. Czarny parasol, angielski i ze srebrną rączką, ale jednak żadne cudo, bo stary i dziurawy, okazuje się obiektem zainteresowania aż trzech osobników - Tolusia Poety, Białego Kapelusza, co nie wymawia "r", oraz typka spod ciemnej gwiazdy w irchowej kurteczce, zwanego Sportowcem. Niech się strzegą, bo dzielny Kubuś z nieodłączną Hipcią przy boku wkraczają do akcji...

Powieść wydano po raz pierwszy w 1963 r., więc właśnie skończyła pół wieku, wiek zacny, ale lektura wiecznie młoda. Mam nadzieję, że współcześni młodzi czytelnicy odnajdą się w świecie życia podwórkowego - żadnego internetu, żadnych komórek, zamiast nich gwizdy na palcach i trzepaczki wystawiane na balkonie, jako sygnał dla kolegi, oraz świeże, soczyste renklody w miejsce snickersów i pochodnych. Książka została wznowiona w zeszłym roku przez Wydawnictwo Literatura w uroczej okładce widocznej powyżej.

Adam Bahdaj, Uwaga! Czarny parasol!, Wyd. Literatura 2012, ss. 232

poniedziałek, 29 lipca 2013

Pierwsza przygoda Pana Samochodzika - Zbigniew Nienacki


Wychowałam się na tzw. białej serii o Panu Samochodziku (wydawanej przez Wydawnictwo Pojezierze w latach 1980-1987, a nazwanej tak od koloru okładek), więc do wiadomości przyjmowałam tylko te właśnie 12 tomów, nie mniej, nie więcej. Tymczasem sprawa liczby powieści o Panu Samochodziku jest dość skomplikowana*. Pod koniec życia Autor zgodził się, by do serii włączono trzy książki, napisane i wydane kilka lat przed Wyspą Złoczyńców: "Uroczysko" (1957),"Skarb Atanaryka" (1960) i "Pozwolenie na przywóz lwa" (1961). Po przeredagowaniu, by dopasować ich bohatera do znanej z dalszych tomów sylwetki Tomasza NN, zostały wydane przez Wydawnictwo Warmia w tzw. czarnej serii (1993-1996) jako: "Pierwsza przygoda Pana Samochodzika" (tom 0), "Pan Samochodzik i skarb Atanaryka" (tom 1) i "Pan Samochodzik i święty relikwiarz" (tom 2).

"Pozwolenie na przywóz lwa" zostało włączone do serii w ostatniej chwili, kiedy rozpoczęto już druk tomów, dlatego otrzymało numer 0. Spowodowało to jednak problemy z chronologią przygód pana Tomasza - w tomie z numerem 0 mamy rok 1960, a Tomasz jest studentem, zaś w tomie pierwszym pojawia się rok 1958, ale Tomasz już studia skończył...

Czytałam "Pozwolenie na przywóz lwa" już w wersji "Pierwszej przygody..." z 1993 r., więc niestety nie wiem, czy i jakie są różnice w stosunku do pierwowzoru. Jeśli kiedyś natrafię na niego, uzupełnię notkę o te informacje. Z pewnością jednak Tomasz z tego tomu ma jeszcze daleką drogę przed sobą, zanim przybędzie swoim dziwacznym automobilem do Antoninowa i zyska miano Pana Samochodzika. Na razie jest studentem, a dorabia jako redaktor w gazecie. Mówi o sobie: "wątły, szczupły, chorowity - nie miałem w sobie nic z poszukiwacza przygód i podróżnika". Samochodu nie posiada. Ma skuter, który jednak musi sprzedać. O zgrozo, pali papierosy, a żeby było jeszcze bardziej niepoprawnie - pija alkohol: a to wino, a to piwo, a to miętową wódkę... Kilkudniową podróż pociągiem przez Rosję spędza grając z towarzyszami podróży w morskiego kozła (gra w domino, nie w karty, ale i tak prawie hazard ;) ). Jest zdecydowanym szowinistą (ale to mu akurat zostanie i w późniejszych tomach) - ocenia kobiety przez pryzmat urody, li i jedynie: miła, ale nieładna; ładna, ale otyła; ładna, ale staroświecko ubrana (fuj) albo - co gorsza - wamp. Najstraszliwsza jednak jest kobieta ładna, ale zbyt inteligentna - kiedy piękność o rozmarzonych oczach okazuje się być chirurgiem, rani Tomasza do żywego: "Te piękne ręce krają i zszywają? Ogarnęło mnie wielkie rozczarowanie." (Szczerze mówiąc, przy tym fragmencie nie wiedziałam - śmiać się czy płakać?) Mieszka w Warszawie z współlokatorami, starszym panem Ludwikiem, graczem szachowym, oraz młodą i ładną śpiewaczką z operetki, Kamilą, w której trochę się kocha, a trochę nie. Ma przyjaciela, otyłego poetę Roberta.

Nie sugerujcie się tytułem - przyszły Pan Samochodzik nie będzie ganiał lwów. Znajduje natomiast kartkę z jakiejś niezidentyfikowanej książki z wzmianką o twierdzy Ałbazin i informacją, że w XVII wieku cesarz Chin żądał od jej obrońców poddania się, pisząc do nich w językach "mandżurskim, mongolskim i polskim". Tajemniczy Ałbazin, nie wiadomo gdzie położony (ale na pewno nie w Polsce, bo jako żywo cesarz Chin interesów na naszych ziemiach nie miewał), zupełnie opęta bohatera. Dlaczego do obrońców azjatyckiej twierdzy w XVII wieku pisano po polsku? Bohater poświęci wiele czasu i wysiłków, by trafić na trop rozwiązania tej zagadki, a wreszcie osobiście wybierze się w podróż na Syberię. Tytułowe pozwolenie na przywóz lwa to gra planszowa, w której gracz musi pokonać ogromna ilość przeszkód, by owo pozwolenie uzyskać, zaś Tomasz równie wiele musi zdziałać, by odkryć prawdę o Ałbazinie i postawić w nim własną nogę. Przy okazji poszukiwania informacji napotyka dwie wzmianki o skarbach: worek złota zakopany pod koniec XIX wieku przez poszukiwaczy złota w okolicach Ałbazina zupełnie go jednak nie kusi, bo - jak wiadomo - Tomasz NN żądny jest tylko wiedzy, a nie bogactw. Bardziej zainteresują go dwa stare posągi o uzdrowieńczej mocy ukryte w zaginionej studni.

Rozczarują się ci, którzy będą oczekiwać klasycznej młodzieżowej przygodówki, podobnej do dwunastu tomów "podstawowych". Klimat bliższy jest reportażowi. Tomasz przeżywa wiele, ale ani tu pościgów samochodowych, ani zmagań z wrogami, harcerzy jak na lekarstwo, a i ze skarbami marnie. Chociaż udaje mu się uniknąć katastrofy lotniczej i utonięcia wraz z samochodem w odmętach lodowatej rzeki, a to już coś, prawda? Dużo jest za to informacji historycznych, podanych w interesujący sposób, co już jest bardziej typowe dla serii o Panu Samochodziku. Mamy tu, poza historią samej twierdzy Ałbazin i jej obrońców, wiele wątków pobocznych, a dotyczących historii Rosji (akcja rozgrywa się w Warszawie, w Moskwie i na Syberii), m.in. dzieje Żełtugińskiej Republiki założonej przez poszukiwaczy złota w XIX wieku, w pobliżu rzeki Amur, historię Dymitrów Samozwańców i ich walk o rosyjski tron, mamy tropienie śladów Dostojewskiego w Moskwie, a polskich odkrywców na Syberii.

Pan Samochodzik nieco naciągany, ale czyta się wdzięcznie.

Zbigniew Nienacki, Pierwsza przygoda Pana Samochodzika, Wydawnictwo Warmia, Olsztyn 1996

* W grę wchodzą tomy pisane już po śmierci Nienackiego przez różnych autorów, w tym dwa oparte na pomysłach samego Nienackiego. O tym napiszę jednak w osobnej notce.