Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 października 2013

"Zwyczajne życie" Joanna Chmielewska

Korzystając z faktu, że Kitek buszował po sklepach, Bazyl zebrał zadek w troki, zainstalował się w kawiarence i przeczytał stron kilka “Zwyczajnego życia”. I stała się jasność. Jasność w temacie następującym: starszych książek pani Chmielewskiej w miejscach publicznych nie czytać. Bo to i kawusią akuratnie pitą można się, jak i otoczenie najbliższe, opluć, i niezdrową ciekawość gawiedzi ciągle wyszczerzoną paszczą wzbudzić alboli też, poprzez chrząkanie dżentelmena/damy* niegodne, narazić się na ostracyzm i kose spojrzenia. O gromkim śmiechu nie wspomnę, bo do czegóż to podobne, tak w centrum galerii handlowej siedzieć i na przekór pędzącym we wszystkich kierunkach, spoconym i złym jak osy ludziom, zaśmiewać się z lektury.

No dobrze, ale co jest takiego w historii dwóch podlotków w wieku licealnym, że człowiek reaguje w sposób narażający zwieracze na ciężką próbę i bez pudła pozwalający zrozumieć sensowność powiedzenia “posikać się ze śmiechu”? 


Może to zderzenie dwóch żywiołów: ognia i wody. Ognia, czyli Tereski, wulkanu energii, gejzeru działania, rakiety, która walczy z tytułowym zwyczajnym życiem próbując przekuć je w jedną nieustającą przygodę. I wody, czyli Okrętki, której zwyczajne życie nie przeszkadza i chętnie by je sobie pędziła, gdyby nie magnetyczne oddziaływanie przyjaciółki, która zaraża entuzjazmem i w rezultacie przekonuje kumpelę do najdzikszych hec.


Może to humor sytuacyjny, który wynika co prawda z najniespotykańszych (?) zbiegów okoliczności, ale darujmy to autorce (podobnie jak jej sympatię do MO), bo przecież wiadomo, że życie nie takie scenariusze... Ot, pójdzie człowiek w krzaki na grzybobraniu, a tam opieńki ścina wujek Staszek, co to 20 lat temu wyjechał za chlebem do Toronto. To i nie dziwota, że dziewczyny, które całkiem przypadkiem (przy pomocy roztrzepania Tereski), zgadzają się w czynie społecznym zebrać po podwarszawskich sadownikach i stolicznych działkowiczach, 1000 (słownie: tysiąc!!!) sadzonek drzewek owocowych, mogły co i rusz trafiać na członków złowieszczej szajki przemytników i psuć im szyki. A psuły w pięknym stylu.


Pewnie mógłbym znaleźć jeszcze kilka “może” i rozwlekle za nimi argumentować, ale chyba znać już mój entuzjazm, więc na powyższym poprzestanę. Dodam tylko, że warto po “Zwyczajne życie” sięgnąć po to, żeby dowiedzieć się: dlaczego najlepszym remedium na oczekiwanie ukochanego jest rąbanie drewna, dlaczego najlepszym środkiem transportu jest blat stołu na kółkach i dlaczego obcy facet oprowadza dwie nastolatki po swojej chałupie, szczegółowo opowiadając o jej wystroju. 


Podsumowując. Ogień zalany wodą daje parę. W tym przypadku parę przyjaciółek na śmierć i życie, o niezwykłych breweriach których czyta się z prawdziwą przyjemnością. Szykujcie się, bo Wasze brzuszki będą robić szejked!


*niepotrzebne skreślić

"Nawiedzony dom" Joanna Chmielewska

“Nawiedzony dom”, to pierwsza część cyklu przygód dwojga uroczych przedstawicieli tzw. młodszej młodzieży, czyli Janeczki i Pawełka Chabrowiczów oraz ich wielce utalentowanego psa Chabra. To w tym właśnie tomie my zaczynamy znajomość z nastoletnimi detektywami, a oni sami poznają nieziemskiego czworonoga. Tyle tytułem drętwego zagajenia.

Kiedy kilkanaście..., no dobra, kilkadziesiąt lat temu, zaczytywałem się perypetiami wyżej wymienionej dwójki z pewnością …, ba, skleroza zeżarła pewność, ale, z dużą dozą prawdopodobieństwa, zazdrościłem rodzeństwu przede wszystkim siebie nawzajem. I psa. I tej wielkiej chałupy z tajemniczym strychem. Dziś zazdroszczę Chabrowiczom progenitury, która co prawda wyprawia przenajdziksze hece, ale jest dobrze wychowana i inteligentna jak diabli. No i psa. Bo pies ciągle robi wrażenie. A jako, że punkt widzenia zmienia się wraz z procesem siwienia, to już niekoniecznie podobają mi się tak bardzo: nocne (zresztą, dzienne też) łażenie po dachu, straszenie starszych ludzi halloweenową dynią, darcie portek na hakach i ogólne robienie starych w trąbę.

Fabuła prosta, wydawałoby się, jak drut. Ot, przeprowadzka związana z pozyskaniem przez ojca rodziny spadku, w postaci kamienicy, zmienia się w jedną wielką komplikację. A to nie ma reduktorków potrzebnych do remontu przedwojennej instalacji wod. kan., a to szpetna lokatorka nie chce opuścić jednego z mieszkań, a to ktoś szura i wyprawia inne brewerie na zamkniętym od czasu wojny strychu. A w tej całej kołomyi wydarzeń dwójka rezolutnych niebożątek, które aż się palą do przeżycia przygody i, co oczywiste, niejako przy okazji, pomocy ułomnym dorosłym. I to właśnie oni będą motorem napędowym książki, a ich pomysły i wyskoki, które tak mi imponowały przed ćwierć wiekiem, podnosić będą teraz moje rodzicielskie ciśnienie i włosy na głowie.

“Nawiedzony dom” to książka, która pozbawiona jest scen skutkujących tubalnym rechotem czy tarzaniem się ze śmiechu po podłodze, ale niezaprzeczenie zabawna humorem słownym i sytuacyjnym. Taka, no, jakby ją tu w jedno słowo ująć? Miła? Niech będzie, bo właśnie tak, miło, spędziłem z Chabrowiczętami czas. A ponieważ książki pani Joanny lepiej czytać, niż czytać o nich, malusieńka próbka, która zaświadczy, że dzieci są naprawdę wyrobione życiowo i która być może zwabi Was do tajemniczej kamienicy.

“Osobnik odsłonił na moment teren swojej działalności i wówczas okazało się, że skrobie po lakierze na drzwiach. Wyskrobał połowę litery „D” i właśnie ją wykańczał.
- Chuligan - zawyrokowała Janeczka.
Osobnik skrobał dalej, aż wreszcie wyszło mu to „D”. Trochę nieforemne, ale za to wielkie.
- Iiii tam - mruknął Pawełek z odcieniem wzgardliwego zniechęcenia wobec tak mało pomysłowego wandala. - Wiadomo, co pisze...
- Wcale nie - zaprotestowała Janeczka, żywo zainteresowana. - Zobacz, to wcale nie jest „u”.”

piątek, 4 października 2013

"Siódme wtajemniczenie" Edmund Niziurski

Często, gęsto, czytelnicy odżegnują się od powrotów do literatury z lat cielęcych, bojąc się, że ponowna lektura ulubionych kiedyś książek spowoduje, nazwijmy go roboczo, klops poznawczy. Klops zaś przejawi się m. in. tym, że w całej krasie ujrzymy niedociągnięcia, dłużyzny czy fatalne rozwiązania fabularne, na które, niewyrobionymi czytelnikami będąc, w transie pochłaniania kolejnych stron, nie zwracaliśmy uwagi. Jego symptomem może też być spostrzeżenie, że prawdy objawione, które przemawiały do naszej wyobraźni naście czy nawet dziesiąt lat temu, teraz wywołują w nas śmiech i dobroduszne kiwanie głową. Ba, sama akcja, która kiedyś burzyła w nas krew i wzbudzała chęć do naśladownictwa głównych bohaterów, teraz budzi jedynie politowanie. Piszę o tym wszystkim przy okazji "Siódmego wtajemniczenia", bo to książka, którą dotknął szczególnie ten ostatni objaw właśnie. Tym, którzy w tym momencie mieli szczery zamiar rzucić się w sieciowym odpowiedniku rejtanowskiego gestu, by bronić najlepszej ponoć powieści pana Edmunda, oszczędzę koszul. To, że odbiór jest dziś inny, nie oznacza, że "Siódme wtajemniczenie", to kicha i szkoda na nią czasu. Po prostu, jak śpiewa Krzywy, "to już nie to samo".

Historię Gustawa Cykorza, ucznia klasy 6B i z racji świeżych przenosin do nowej budy, tzw. klasowego fuksa, odbierałem chyba kiedyś bardziej przez pryzmat bogatej, dziecięcej wyobraźni, która pozwalała mi widzieć przedstawioną opowieść w sposób, w jaki postrzegał ją ten biedny, niezrzeszony w żadnej z klasowych koterii (Blokersi vs Matusy), nieszczęśnik. Tajna baza była tajną bazą, a nie opuszczonym górniczym pomieszczeniem ukrytym między hałdami. Serkoza i mlekoza były tajemniczymi substancjami, a nie kefirem czy jogurtem dostępnymi dziś w każdym sklepie. Arsenał robił kolosalne wrażenie, a nie, jak dziś, wywoływał cyniczny uśmieszek. Że nie wspomnę już o Wielkiej Kołomyi Elementarnej, którą wówczas chciało się przetestować w szkole, a obecnie, cóż ... Słowem, całość miała posmak Wielkiej Przygody i brało się to wszystko z dobrodziejstwem inwentarza w postaci odlotów z Komandorem czy innych oniryczności, które podczas ponownej lektury tylko mnie drażniły.

Można by zamknąć "Siódme wtajemniczenie" w słowach - kluczach, tak chętnie używanych w dorosłym opisywaniu książek. "Powieść inicjacyjna", "z pogranicza jawy i snu" czy też mająca "cechy realizmu magicznego", jak chce polska Wiki. Można, ale po co? To przecież, tylko lub aż, świetna opowieść o młodym chłopaku, który szuka swojego miejsca w nowej budzie. Który chce się dostosować i szamocze w wyborach, jednocześnie próbując pozostać sobą i nie sprzeniewierzyć się swoim ideałom. Jest też "Siódme ..." niezłym studium władzy oraz życia w organizacji, oczywiście wszystko z przymrużeniem oka. Całość okraszona humorem ("opaczkowywanie" jeńców bawiło mnie tak samo mocno jak kiedyś), dynamiczna (z niewielkimi wyjątkami) i świetnie napisana. Niestety, podobnie jak Marlow, nie jestem pewien czy na tyle to wszystko atrakcyjne, żeby przyciągnąć współczesnego, młodego człowieka.

wtorek, 20 sierpnia 2013

"Czarne Stopy" Seweryna Szmaglewska

Skleroza sklerozą, ale żeby po ludziach trzeba było sobie przypominać, że akcja czytanych w młodości książek, miała miejsce nie tylko w stolicy, na Mazurach czy po innych Malborkach, ale również na terenie własnej Małej Ojczyzny, to już wstyd. Bladość mych jagód pąs więc wstydu krasi, a gwoli pokuty samemu sobie na tę okoliczność zadanej, ruszyłem pozycji z przygodami osadzonymi w Górach Świętokrzyskich szukać. I tym oto sposobem przeczytałem o dziejach pewnego harcerskiego obozu, który grupa młodzieńców rozbiła w okolicach znanej mi skądinąd góry Radostowej, nad równie znaną Lubrzanką, w pobliżu, a jakże, znanych, Mąchocic.
Od razu śpieszę donieść, że to książka nie na dzisiejsze czasy. Bo kto to widział wozić dzieci na wczasy na pace rozklekotanej ciężarówki, miast klimatyzowanym autobusem? Który rodzic pozwoliłby, żeby jego pociecha kąpała się w zimnej rzece, gdy standardem jest wanna z hydromasażem i jadła pajdę chleba z marmoladą pod herbatkę z wody gotowanej nad ogniskiem (fuj, fafrącle!), rezygnując ze szwedzkiego stołu z krułasantami i kawiorem (a co, jak inclusive, to inclusive)? No właśnie. A Seweryna Szmaglewska opisała harcerski wypoczynek w wersji tuż powojennej, czyli raczej non niż all.
Mimo powyższej szydery mam jednak nadzieję i mocno w to wierzę, że moi synowie za wypoczynek uznawać będą raczej spartańskie warunki harcerskiego obozu niż piernaty trzygwiazdkowego hotelu. Że podobnie jak Marek Osiński i jego koledzy odnajdą dużo radości w pieszych rajdach po ziemi swoich przodków i dane im będzie doświadczyć emocji związanych z udziałem w podchodach. Bo proza Szmaglewskiej mimo, że z mojego punktu widzenia, nieco naiwna, to jednak i we mnie, starym cynicznym pryku, rozpaliła chęć zakupienia namiotu, biwakowania, zjadania samodzielnie przyrządzanych nad ogniem turystycznej maszynki posiłków i co za tym wszystkim idzie, zyskania choćby namiastki poczucia niczym nieskrępowanej wolności.
To książka niezbyt (cóż to jest pół wieku z haczykiem?) stara, ale już dla dzisiejszego odbiorcy w wieku lat nastu na wskroś staroświecka. Wydarzeniem jest w nim spotkanie weterana partyzanta, nocna warta i śledztwo w sprawie ginącego z namiotu kwatermistrzowskiego mleka. Nie ma gadżetów, supermocy i szybkiej, teledyskowej akcji. Są za to dylematy wieku cielęcego, jest patos smarkaczych postanowień i siła wspólnych przeżyć. Normalką jest to, że harcerz zna alfabet Morsa, że pomaga starszym i potrzebującym, że zajmuje się zwierzętami. Słowem, świat starych wartości, ot co.
Skłamałbym, gdybym powiedział, że powieść mnie porwała. Zdarzały się ziewnięcia, zdarzał cyniczny rechot, ale ostatecznie stwierdzam, że to dobra książka. Rozbudzająca potrzebę przeżycia Przygody, takiej właśnie, przez duże P. i to najlepiej w okolicznościach dzikiej przyrody. Kierująca uwagę czytelnika na to, co na wyciągnięcie ręki: lokalne legendy, nieznane zakątki, ludzie. I przypominająca, że jak człowiek był młody, to wystarczył “lasek” złożony z pięciu drzew na krzyż plus garść nieokiełznanej wyobraźni, żeby świetnie bawić się w towarzystwie rówieśników przez cały boży dzień.
PS. Sympatycznym dodatkiem w czytanym przeze mnie wydaniu były nieliczne (szkoda!) ilustracje Zbigniewa Lengrena. Odsyłam do niezawodnej w takich razach jarmili :)
PPS. Dla miłośników aktorskich talentów panów: Malajkata i Pazury - jest film na podstawie. Niestety oprócz tego, że jest, nic więcej o nim powiedzieć nie mogę :)

środa, 3 lipca 2013

"Do przerwy 0:1" Adam Bahdaj

Przeczytawszy “Do przerwy 0:1” Adama Bahdaja, zadumałem się srodze. Bo o ile wiem co w książce podobało mi się teraz, to za ludowe Chiny nie potrafię zrozumieć, czym zachwyciła młodzieńca jakim byłem podczas pierwszej lektury. Już choćby ze względu na lejtmotyw, którym jest piłka nożna, nie powinna mi się była podobać. Byłem bowiem chłopcem asportowym na maksa, czym niepomiernie wkur... załem kolejnych wuefistów. Bo gdzie to widziano, żeby na ławie siedziało dwa metry, niewykorzystanego w bloku czy w dwutakcie, nastolatka. O harataniu w gałę nawet nie wspominam, bo ganianie po wielkim boisku za skórzanym balonem wydawało mi się od zawsze cokolwiek zbyt męczące, a i premierem zostać nie chciałem. Wracając do tematu, musiało być w książce coś innego, coś, co przyciągnęło i nie puściło. Zresztą tak jak podczas powtórki. Często czytelnicy wspominają, że na odbiór lektury wpływają czas i miejsce, w których się jej oddajemy. Może więc wpływ na to, że tak spodobała mi się historia Paragona, Perełki, Mandżaro i kilkunastu innych warszawskich wisusów, miało to, że czytałem ją na ławce w pobliżu lokalnego “Orlika”. Może?

Trzon fabuły można nakreślić w kilkunastu słowach. Oto powojenna Warszawa, powoli podnosząca się z gruzów, która, o czym warto wspomnieć, urasta do rangi samodzielnego, drugoplanowego bohatera “Do przerwy …”. W tej nieciekawej scenerii zburzonych kamienic, stert cegieł, szczerzących zębiszcza murów i zaniedbanych podwórek, żyje paczka przyjaciół owładniętych sportową manią. Chłopcy cały wolny czas poświęcają treningom piłki nożnej, a ich, wcale nie ukrywanym, marzeniem, jest chęć zagrania w Polonii, ulubionym klubie, w którym gra bożyszcze urwipołciów z Woli, czyli Wacław Stefanek. Żeby tego dokonać postanawiają się ukonstytuować jako klub piłkarski “Syrenka”. Dodatkową okazją do pokazania swoich możliwości okaże się organizowany przez warszawską prasę “Turniej dzikich drużyn”, w którym chłopcom przyjdzie zmierzyć się m. in. ze znienawidzonymi przeciwnikami z “Huraganu”. Tyle suchych faktów.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że na sportowych emocjach rzecz się kończy. Adam Bahdaj zgrabnie bowiem wplata w fabułę wątek kryminalny, który w połączeniu z szytymi na miarę greckiej tragedii dylematami moralnymi głównego bohatera, Paragona, co i rusz wpadającymi przez swoiste pojmowanie honoru, w kolejne tarapaty, zapewnia nieprzerwany dopływ czytelniczych emocji. Dla tych zaś, którzy lubią śledzić smaczki obyczajowe też znajdzie się małe co nieco. No i postacie. Każda inna i każda z właściwymi tylko sobie cechami. Mandżaro - zorganizowany służbista, Paragon - załatwiacz, dla którego “słowo droższe pieniędzy”, Perełka - negocjator i rozjemca.

Wkręciłem się. I to strasznie. Zamartwiałem się o to, jak poradzi sobie wychowywany przez ciotkę Paragon, kiedy ta trafiła do szpitala. Truchlałem na myśl jak skończy się “romans” chłopca ze stolicznym półświatkiem. Bezsilnie gryzłem wargi, gdy Perełkę, najlepszego na Woli bramkarza, tuż przed ważnym meczem zatrzymał w domu pijany ojciec. Ta książka wprost kipi od emocji i ta kipiel przenosi się na czytelnika.

No właśnie. Tylko czy na każdego, czy tylko na takiego ramola jak ja? Czy współczesny nastolatek zrozumie choćby poświęcenie Paragona “załatwiającego” piłkę na mecz? Czy nie będzie mu przeszkadzał delikatny dydaktyczny smrodek? Nie przekonamy się, jeśli książki nastolatkom nie podsuniemy. Do czego gorąco zachęcam, a i sam za lat parę, przeprowadzę eksperyment na moim Starszym synu, jak na razie zapalonym piłkarzu.

A, i najpierw książka potem serial, bo w tym ostatnim sporo pozmieniano.


Dzięki uprzejmości ZwL, link do wywiadu z odtwórcą Paragona, Marianem Tchórznickim.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Drewniany różaniec - Natalia Rolleczek


Czternastoletnia Natalia trafia do prowincjonalnego sierocińca prowadzonego przez siostry felicjanki. Czeka ją tu głód, chłód i praca ponad siły. Dzieli swój ponury los z kilkudziesięcioma dziewczynkami w różnym wieku i tak jak one szybko uczy się zdobywać jedzenie, którego ciągle brakuje, i walczyć o ścierkę i szczotkę, niezbędne do wykonania prac porządkowych wyznaczonych przez opiekunki. Na krnąbrne i nieposłuszne  sieroty spadają kary: dodatkowe obowiązki albo razy linijką lub drewnianym różańcem. Natalia za brak pokory niemal od razu zostaje obarczona zadaniem sprzątania kościoła; to robota ponad jej siły. Zrozpaczona dziewczynka posuwa się do desperackiego kroku, aby uniknąć tej harówki.
Nigdy chyba nie przestanie mnie dziwić to, jak rozmaicie można odbierać tę samą książkę zależnie od wieku, nastroju czy wręcz pory roku. Jako nastolatek czytałem Drewniany różaniec przede wszystkim jako opowieść o hipokryzji i obłudzie. Zakonnice głodziły, biły i poniżały swoje wychowanki, a równocześnie z ich ust sypały się religijne frazesy. Idealnie korespondowało to z moją rodzącą się wówczas niechęcią do instytucji Kościoła. Tymczasem teraz prawie nic nie zostało z tego młodzieńczego oburzenia. Powieść Natalii Rolleczek uznałem przede wszystkim za doskonały portret zamkniętego światka, zbiorowości, w której trwa stała walka: zakonnice rywalizują między sobą, te „lepsze”, chórowe, pogardzają tymi „gorszymi”, konwerskami, które nie wniosły do zakonu posagu i skazane są na wykonywanie podrzędnych prac. Siostry chórowe mają swoje ambicje, każda chce się okazać lepsza od drugiej. Dziewczęta walczą zarówno z tyranią opiekunek, jak i między sobą: o chleb, o drobne przywileje, o chwilę wytchnienia. Poznajemy sierociniec z perspektywy Natalii, która pozbywszy się harówki przy sprzątaniu kościoła, włączyła się aktywniej w życie koleżanek. Odmalowuje sylwetki sierot, pokazując, jak różne reprezentują typy charakteru i jak różne przyjęły metody radzenia sobie z codziennością. Zauważa też różnice między siostrami: tymi zimnymi i wyniosłymi i tymi, które – same zamknięte w klasztorze wbrew własnym skłonnościom – starały się dać podopiecznym nieco ciepła i poczucia bezpieczeństwa.
Ważnym elementem nowego wydania Drewnianego różańca jest wywiad z autorką, dzięki któremu poznajemy jej biografię, początki pisarskie, reakcje otoczenia na powieść rychło zakwalifikowaną jako antykościelna. Warto przypomnieć bowiem, że pierwsze wydanie książki wyszło w 1953 roku, u szczytu polskiego stalinizmu i nagonki na Kościół. W rozmowie z Piotrem Mareckim Natalia Rolleczek odżegnuje się jednak od przypisywania Drewnianemu różańcowi charakteru propagandowego, uznając go raczej za sposób na uporanie się z upokarzającymi wspomnieniami z dzieciństwa.
Z własnego przykładu wiem, że tę książkę można odbierać rozmaicie. Kto będzie chciał, uczyni z niej manifest antyklerykalizmu, ale docenią ją też bez wątpienia miłośnicy porządnej prozy obyczajowej z celnymi obserwacjami psychologicznymi. Jak na niemal sześćdziesięciolatkę powieść Natalii Rolleczek trzyma się doskonale i zachęcam do wyrobienia sobie o niej własnej opinii.

Natalia Rolleczek, Drewniany różaniec, Korporacja Ha!art 2009 (wydanie siódme poprawione)

poniedziałek, 5 marca 2012

Wakacje z duchami - Adam Bahdaj

Kiedy skończyłam czytać tę książkę, musiałam spojrzeć na moje listy przeczytanych książek, w poszukiwaniu innych powieści Adama Bahdaja. Wynika z nich, że czytałam tylko jedną: Stawiam na Tolka Banana. I z tego, co pamiętam, podobała mi się. Tym bardziej nie mogę teraz zrozumieć, dlaczego "Wakacje z duchami" przeleżały u mnie na półce tyle lat. Ksiązka trafiła do mnie jeszcze w podstawówce, wiele razy zaczynałam ją czytać i zawsze po paru stronach odkładałam.
Tym bardziej się cieszę, że dołączyłam do trzech wyzwań, które zdopingowały mnie do nadrobienia tej zaległości.

Bohaterami powieści są trzej chłopcy: Maniuś "Paragon", Felek "Mandżaro" i Boguś "Perełka". O ich wcześniejszych przygodach można przeczytać w powieści: "Do przerwy 0:1".
W "Wakacjach z duchami" cała trójka przebywa w gościnie u ciotki Perełki.
Okolica jest wprost wymarzona na letnie wakacje dla dzieci z warszawskiej Pragi. Las i leśniczówka, jezioro i zamek, na którym zaczynają straszyć duchy. Chłopcy postanawiają dowiedzieć się, czy zjawy są prawdziwe. Chłopcy z zapałem śledzą coraz to nowych podejrzanych, a ich poszukiwania zataczają coraz szersze kręgi.


"Wakacje z duchami" zotały po raz pierwszy wydane nakładem wydawnictwa "Nasza Księgarnia" w serii "Klub Siedmiu Przygód", w 1962 roku. I wcale się od tamtego czasu nie zestarzały. Z prawdziwą przyjemnością szukałam wraz z tymi trzema chłopcami rozwiązania zagadki duchów na zamku. Autorowi parę razy i mnie udało się zmylić. Polubiłam bohaterów. Każdy z nich ma odmienny charakter, co doskonale to widać w zachowaniu i w sposobie mówienia. Myślę, że ta powieść detektywistyczna może się nadal podobać, choć pewnie dzisiaj znajdzie czytelników wśród trochę młodszej młodzieży, niż w czasach swojego pierwszego wydania. Swoją drogą ciekawa jestem, czy młodzież sięga jeszcze po takie nienajnowsze ksiązki?
Ja w każdym razie polecam.

Wpis zamieściałam również na swoim blogu:

Książkowe podróżowanie