Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść detektywistyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść detektywistyczna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 marca 2014

Kidnaperzy są grzeczni... (Rasmus, rycerz Białej Róży - Astrid Lindgren)

Kalle, Anders i Ewa-Lotta to szwedzkie dzieciaki, które doskonale dogadałyby się z Janeczką i Pawełkiem Chabrowiczami* (gdyby żyły w Polsce, w tym samym czasie, no i - rzecz jasna - istniały naprawdę). Takie, co to diabeł ma na posyłki, jak się gdzieś sam nie może udać.  Takie, które potrafią się kidnaperom same władować do samochodu...

Kalle, Anders i Ewa-Lotta spędziliby wakacje bawiąc się w rycerzy Białej Róży i bijąc z rycerzami Róży Czerwonej, gdyby nie pewien naukowiec, który wynajął dom w ich miasteczku. Zamieszkał w nim z małym synkiem, Rasmusem, uroczym i rezolutnym malcem, nad którym rozpływała się Ewa-Lotta. Pewnej nocy, kiedy dzieciaki wracały ze swej rycerskiej wyprawy, były świadkami dramatycznych wydarzeń - porwania małego Rasmusa i jego ojca. Ewa-Lotta bez wahania uryła się w samochodzie porywaczy, a Kalle i Anders podążyli w ślad za autem... Przeczytajcie, jeśli chcecie wiedzieć, co wydarzyło się na wyspie, na której porywacze przetrzymywali naukowca, Rasmusa i Ewę-Lottę.

Doskonała książka, dużo lepsza niż się spodziewałam, a po Lindgren spodziewałam się oczywiście - wiele. Tyle książek o podobnej tematyce już powstało - o grupie dzieciaków rozpracowujących dorosłych złoczyńców - a jednak sześćdziesięcioletnia powieść Astrid Lindgren zaskakuje świeżością, prawdziwym dramatyzmem i nieinfantylnym humorem. Postać Rasmusa jest nie tylko urocza, ale także idealnie rzeczywista, taki już talent miała ta pisarka, że jej bohaterowie są zawsze z krwi i kości, a nie papieru i tuszu.

"Rasmus..." to trzecia część z cyklu o przygodach Kallego Blomkvista, powstała w 1953 r., ale spokojnie można ją czytać jako odrębną całość. Poprzednie dwie to "Detektyw Blomkvist" (1946) oraz "Detektyw Blomkvist żyje niebezpiecznie" (1951). Postać Kallego Blomkvista została całkiem niedawno przypomniana w trylogii Stiega Larssona "Millenium", w której główny bohater Mikael Blomkvist jest nieustannie przezywany "Kalle", czego zresztą szczerze nie znosi.



* Z powieści Joanny Chmielewskiej, jeśli ktoś nie czytał (a powinien!).


wtorek, 8 października 2013

"Zwyczajne życie" Joanna Chmielewska

Korzystając z faktu, że Kitek buszował po sklepach, Bazyl zebrał zadek w troki, zainstalował się w kawiarence i przeczytał stron kilka “Zwyczajnego życia”. I stała się jasność. Jasność w temacie następującym: starszych książek pani Chmielewskiej w miejscach publicznych nie czytać. Bo to i kawusią akuratnie pitą można się, jak i otoczenie najbliższe, opluć, i niezdrową ciekawość gawiedzi ciągle wyszczerzoną paszczą wzbudzić alboli też, poprzez chrząkanie dżentelmena/damy* niegodne, narazić się na ostracyzm i kose spojrzenia. O gromkim śmiechu nie wspomnę, bo do czegóż to podobne, tak w centrum galerii handlowej siedzieć i na przekór pędzącym we wszystkich kierunkach, spoconym i złym jak osy ludziom, zaśmiewać się z lektury.

No dobrze, ale co jest takiego w historii dwóch podlotków w wieku licealnym, że człowiek reaguje w sposób narażający zwieracze na ciężką próbę i bez pudła pozwalający zrozumieć sensowność powiedzenia “posikać się ze śmiechu”? 


Może to zderzenie dwóch żywiołów: ognia i wody. Ognia, czyli Tereski, wulkanu energii, gejzeru działania, rakiety, która walczy z tytułowym zwyczajnym życiem próbując przekuć je w jedną nieustającą przygodę. I wody, czyli Okrętki, której zwyczajne życie nie przeszkadza i chętnie by je sobie pędziła, gdyby nie magnetyczne oddziaływanie przyjaciółki, która zaraża entuzjazmem i w rezultacie przekonuje kumpelę do najdzikszych hec.


Może to humor sytuacyjny, który wynika co prawda z najniespotykańszych (?) zbiegów okoliczności, ale darujmy to autorce (podobnie jak jej sympatię do MO), bo przecież wiadomo, że życie nie takie scenariusze... Ot, pójdzie człowiek w krzaki na grzybobraniu, a tam opieńki ścina wujek Staszek, co to 20 lat temu wyjechał za chlebem do Toronto. To i nie dziwota, że dziewczyny, które całkiem przypadkiem (przy pomocy roztrzepania Tereski), zgadzają się w czynie społecznym zebrać po podwarszawskich sadownikach i stolicznych działkowiczach, 1000 (słownie: tysiąc!!!) sadzonek drzewek owocowych, mogły co i rusz trafiać na członków złowieszczej szajki przemytników i psuć im szyki. A psuły w pięknym stylu.


Pewnie mógłbym znaleźć jeszcze kilka “może” i rozwlekle za nimi argumentować, ale chyba znać już mój entuzjazm, więc na powyższym poprzestanę. Dodam tylko, że warto po “Zwyczajne życie” sięgnąć po to, żeby dowiedzieć się: dlaczego najlepszym remedium na oczekiwanie ukochanego jest rąbanie drewna, dlaczego najlepszym środkiem transportu jest blat stołu na kółkach i dlaczego obcy facet oprowadza dwie nastolatki po swojej chałupie, szczegółowo opowiadając o jej wystroju. 


Podsumowując. Ogień zalany wodą daje parę. W tym przypadku parę przyjaciółek na śmierć i życie, o niezwykłych breweriach których czyta się z prawdziwą przyjemnością. Szykujcie się, bo Wasze brzuszki będą robić szejked!


*niepotrzebne skreślić

"Nawiedzony dom" Joanna Chmielewska

“Nawiedzony dom”, to pierwsza część cyklu przygód dwojga uroczych przedstawicieli tzw. młodszej młodzieży, czyli Janeczki i Pawełka Chabrowiczów oraz ich wielce utalentowanego psa Chabra. To w tym właśnie tomie my zaczynamy znajomość z nastoletnimi detektywami, a oni sami poznają nieziemskiego czworonoga. Tyle tytułem drętwego zagajenia.

Kiedy kilkanaście..., no dobra, kilkadziesiąt lat temu, zaczytywałem się perypetiami wyżej wymienionej dwójki z pewnością …, ba, skleroza zeżarła pewność, ale, z dużą dozą prawdopodobieństwa, zazdrościłem rodzeństwu przede wszystkim siebie nawzajem. I psa. I tej wielkiej chałupy z tajemniczym strychem. Dziś zazdroszczę Chabrowiczom progenitury, która co prawda wyprawia przenajdziksze hece, ale jest dobrze wychowana i inteligentna jak diabli. No i psa. Bo pies ciągle robi wrażenie. A jako, że punkt widzenia zmienia się wraz z procesem siwienia, to już niekoniecznie podobają mi się tak bardzo: nocne (zresztą, dzienne też) łażenie po dachu, straszenie starszych ludzi halloweenową dynią, darcie portek na hakach i ogólne robienie starych w trąbę.

Fabuła prosta, wydawałoby się, jak drut. Ot, przeprowadzka związana z pozyskaniem przez ojca rodziny spadku, w postaci kamienicy, zmienia się w jedną wielką komplikację. A to nie ma reduktorków potrzebnych do remontu przedwojennej instalacji wod. kan., a to szpetna lokatorka nie chce opuścić jednego z mieszkań, a to ktoś szura i wyprawia inne brewerie na zamkniętym od czasu wojny strychu. A w tej całej kołomyi wydarzeń dwójka rezolutnych niebożątek, które aż się palą do przeżycia przygody i, co oczywiste, niejako przy okazji, pomocy ułomnym dorosłym. I to właśnie oni będą motorem napędowym książki, a ich pomysły i wyskoki, które tak mi imponowały przed ćwierć wiekiem, podnosić będą teraz moje rodzicielskie ciśnienie i włosy na głowie.

“Nawiedzony dom” to książka, która pozbawiona jest scen skutkujących tubalnym rechotem czy tarzaniem się ze śmiechu po podłodze, ale niezaprzeczenie zabawna humorem słownym i sytuacyjnym. Taka, no, jakby ją tu w jedno słowo ująć? Miła? Niech będzie, bo właśnie tak, miło, spędziłem z Chabrowiczętami czas. A ponieważ książki pani Joanny lepiej czytać, niż czytać o nich, malusieńka próbka, która zaświadczy, że dzieci są naprawdę wyrobione życiowo i która być może zwabi Was do tajemniczej kamienicy.

“Osobnik odsłonił na moment teren swojej działalności i wówczas okazało się, że skrobie po lakierze na drzwiach. Wyskrobał połowę litery „D” i właśnie ją wykańczał.
- Chuligan - zawyrokowała Janeczka.
Osobnik skrobał dalej, aż wreszcie wyszło mu to „D”. Trochę nieforemne, ale za to wielkie.
- Iiii tam - mruknął Pawełek z odcieniem wzgardliwego zniechęcenia wobec tak mało pomysłowego wandala. - Wiadomo, co pisze...
- Wcale nie - zaprotestowała Janeczka, żywo zainteresowana. - Zobacz, to wcale nie jest „u”.”

sobota, 10 sierpnia 2013

Uwaga! Czarny parasol! - Adam Bahdaj

Druga z powieści "detektywistycznych" Bahdaja, obok Kapelusza za 100 tysięcy zaczytywałam się nimi jakieś 20 lat temu. Chociaż akcja wyleciała mi z głowy, do dziś pamiętam wrażenia - jakieś podejrzane postaci, śledzone w mroku, z ukrycia (wczesnym wieczorkiem, z krzaków zza siatki, ale i tak gryzłam paznokcie z przerażenia) , przez dzielnych bohaterów. Ciarki chodziły mi po kręgosłupie przy lekturze... Niestety, zgrzybienie postępuje, obecnie trudno odczuwać te same emocje, czytając Bahdaja, niemniej nadal jego książki dają niekłamaną czytelniczą przyjemność.

Jakub Pawlik, znany jest na całym podwórku jako Kubuś Detektyw, dzięki swoim upodobaniom i talentom śledczym oraz licznym sukcesom na tym polu. Kiedy podejmuje się odnaleźć zagubioną jamniczkę, nie przypuszcza nawet, że zaraz trafi na ślad największej afery swego życia, w centrum której tkwi... parasol. Czarny parasol, angielski i ze srebrną rączką, ale jednak żadne cudo, bo stary i dziurawy, okazuje się obiektem zainteresowania aż trzech osobników - Tolusia Poety, Białego Kapelusza, co nie wymawia "r", oraz typka spod ciemnej gwiazdy w irchowej kurteczce, zwanego Sportowcem. Niech się strzegą, bo dzielny Kubuś z nieodłączną Hipcią przy boku wkraczają do akcji...

Powieść wydano po raz pierwszy w 1963 r., więc właśnie skończyła pół wieku, wiek zacny, ale lektura wiecznie młoda. Mam nadzieję, że współcześni młodzi czytelnicy odnajdą się w świecie życia podwórkowego - żadnego internetu, żadnych komórek, zamiast nich gwizdy na palcach i trzepaczki wystawiane na balkonie, jako sygnał dla kolegi, oraz świeże, soczyste renklody w miejsce snickersów i pochodnych. Książka została wznowiona w zeszłym roku przez Wydawnictwo Literatura w uroczej okładce widocznej powyżej.

Adam Bahdaj, Uwaga! Czarny parasol!, Wyd. Literatura 2012, ss. 232

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Kapelusz za 100 tysięcy - Adam Bahdaj



Dwunastoletnia Krysia Cuchowska to nie byle kto, ale szef gangu. Tak, tak, gangu z Saskiej Kępy. Krysia zwana Dziewiątką przewodzi w nim ośmiu starszym od siebie chłopakom. W wakacje jednak trafia z rodziną do nadmorskiej miejscowości i ma wielkie szanse nudzić się jak mops - ojciec z bratem w kółko łowią ryby, a mama tylko by grała w brydża z panią mecenasową z Rzeszowa. No, ale Dziewiątka musiała by nie być sobą, żeby sobie czegoś ciekawego nie znaleźć. I rzeczywiście - staje się świadkiem omyłkowej zamiany kapeluszy w kawiarni. Niby nic, ale szybko okazuje się, że jeden z tych kapeluszy był wart 100 tysięcy! Jak zwykłe nakrycie głowy może być tak drogocenne? Prawowity właściciel nie chce tego wyjawić, ale prosi Dziewiątkę o pomoc w odnalezieniu zguby, do zabrania której nikt nie chce się przyznać. Dookoła plączą się podejrzane indywidua - a to wymuskany Goguś, a to piękna aktorka Monika, a to inwalida na wózku - i nikt nie jest tym, za kogo się podaje... Dziewiątka rozpoczyna śledztwo przy pomocy Maćka, młodego ornitologa, i jego babci, wielbicielki kryminałów. Kapelusz musi koniecznie znaleźć się do środy, inaczej straci wartość, a tymczasem tropy się mnożą i bohaterka nie wie już, czy kapelusz na pewno jest wart 100 tysięcy, czy może jest... pełen deszczu.

Ech, te wspaniałe czasy, kiedy dzieci musiały znajdować sobie całkiem inne rozrywki niż Internet i gry komputerowe... Książkę wydano w 1966 roku, a więc niemal pół wieku temu. Zapewne opisywane realia są obce współczesnym dzieciom, ale na fabułę nikt nie powinien narzekać.

To jedna z pierwszych powieści detektywistycznych, jaką przeczytałam w życiu - może to dzięki niej kryminały do dziś bardzo lubię. A sam "Kapelusz za 100 tysięcy" nic nie traci czytany po latach. Tak samo byłam ciekawa wyjaśnienia zagadki, jak dwadzieścia lat temu.

Adam Bahdaj, Kapelusz za 100 tysięcy, Wydawnictwo Literatura 2007, ss. 176.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Szatan z siódmej klasy - Kornel Makuszyński

To jedna z ulubionych książek mojego dzieciństwa, już wtedy uwielbiałam historie detektywistyczne, a do dwudziestolecia międzywojennego mam ogromna słabość. Rzecz dzieje się w latach 30. XX wieku. Tytułowy szatan, to Adam Cisowski, młody chłopak, uczeń profesora Gąsowskiego. Nauczyciel ten, historyk, odkrywa, że Adaś posiada tęgi umysł i dar rozwiązywania zagadek. W swym szalonym roztargnieniu udaje mu się jakoś ten fakt zapamiętać i prosi młodzieńca o pomoc w rozwiązaniu rodzinnej zagadki. Otóż w dworku jego brata, we wsi Bejgoła pod Wilnem, mają miejsce dziwne kradzieże - znikają... drzwi. Adaś podejmuje się śledztwa, w czym niemały jest udział kozy, czyli bratanicy profesora, Wandzi o fiołkowych oczach. Zagadka, choć tak dziwnie rozpoczęta - bo na co komu zwykle drzwi - okaże się całkiem poważna i do tego niebezpieczna...

Urocze czasy i uroczy ludzie, roztargniony profesor Gąsowski, który potrafi zapomnieć wszystkiego i o wszystkim, jego brat-matematyk, ponury jak jego czarna broda oraz dzielny mądry, honorowy i zupełnie (niestety) niedzisiejszy Adaś. Historia nadal czyta się doskonale (prawie 80 lat po powstaniu), zresztą, moim zdaniem Makuszyński się nie starzeje. Powieść wydano w 1937 r. i tak się nieracjonalnie cieszę, że to wszystko fikcja, bo inaczej Adaś pewnie nie przeżyłby wojny, a nieistniejąca Bejgoła poszłaby z dymem...

Powstały dwie ekranizacje powieści. Pierwsza w 1960 r., druga w 2006 r.

Pierwszą obejrzeć należy, bo choć nieco odbiega od oryginału, to zachowała cały jego urok. Akcja toczy się już w PRL-u, więc Gąsowscy absolutnie nie mogli mieć całego dworku - matematyk został więc kustoszem zabytku restaurowanego przez państwo. Pojawiają się tu i kolonie dla dzieci, i dzielna milicja, a nawet samochodowy pościg. Wszystko jednak dopracowane, a już aktorzy to same perły: Stanisław Milski w roli profesora Gąsowskiego i rozmarzona Pola Raksa jako Wandzia.

Adaś (Józef Skwark) i profesor Gąsowski (Stanisław Milski)
Nowszej ekranizacji nie polecam - sama nie byłam w stanie dobrnąć nawet do połowy. Teatralna gra aktorów, marna scenografia, byle jakie zdjęcia, nuda, nuda. Malajkat w roli starego historyka, to chyba jakiś żart, jego ciężkie roztargnienie wydaje się zupełnie niewiarygodne, chyba że profesor czegoś nadużywał... Adaś i Wandzia nijacy, wszyscy klepią swoje kwestie jak na szkolnej akademii, a jakby tego było mało, to jeszcze próbują śpiewać (konwencja ekranizacji dla młodzieży rodem z lat 80.). Powstał i film, i serial, ale wszystko nakręcone chyba z nadzieją, że młodzież i tak obejrzy, bo to lektura.

Adaś (Bartosz Fajge) i profesor Gąsowski (Wojciech Malajkat)
**********

Grób Makuszyńskiego na cmentarzu w Zakopanem

(ze zbiorów własnych)

środa, 3 października 2012

"Wielka, większa i największa", "Długi deszczowy tydzień" - Jerzy Broszkiewicz


Właściwie nie wiem, czy powinnam pisać o tych książkach w tonie pochwalnym, czy krytycznym - mój stosunek do nich podlegał znacznym przemianom w czasie.

"Wielka, większa i największa" została wydana w 1960 r. i przez wiele lat była lekturą dla klas piątych. Bohaterowie to znajomi z podwórka, Ika (Irka) i Groszek, którzy odkrywają na parkingu samochód marki Opel Kapitan. Kapitan okazuje się być obdarzony inteligencją - dzięki niemu dzieci przeżywają trzy niezwykłe przygody, co jedną to większą, jak w tytule. Najpierw ratują małego chłopczyka z rąk porywaczy, potem załogę samolotu rozbitego na Saharze (sic!), a w końcu całą ludzkość - przekonując przedstawicieli pozaziemskiej cywilizacji, że ludzie to całkiem miłe stworki są, a te bomby atomowe, to tylko taki wypadek przy pracy.

Sześć lat później Broszkiewicz opublikował dalsze przygody Iki i Groszka, w książce pt. "Długi deszczowy tydzień", całkiem odmiennej od poprzedniczki. Nie ma tu żadnej fantastycznej otoczki, to typowa opowieść przygodowa o grupie dzieciaków, które wyręczają milicję i samodzielnie łapią przestępców - w tym przypadku cynicznych złodziei dzieł sztuki ludowej. Wyraźnie jest tu nawet wspomniane, że "Wielka, większa i największa" to literacka fikcja, książka napisana przez tatę Groszka, a gadające samochody nie istnieją.

Obie książki doczekały się licznych wznowień, a "Wielka, większa i największa" została zekranizowana w 1963 r.

Z "Wielką, większą..." zetknęłam się najpierw w szkole, prawdopodobnie właśnie w tej piątej klasie i nie mogłam przez nią przebrnąć. Nie wiem czemu, byłam przecież dzieckiem czytającym namiętnie, a jednak z miejsca zapałałam szczerą niechęcią do wydumanych przygód bohaterów i głupiego grata. Kilka lat później sięgnęłam po książkę jeszcze raz, dobrowolnie, mimo że wyrosłam już z grupy docelowej, i szalenie mi się spodobała. Do tego stopnia, że do dziś zdarza mi się ją podczytywać.

Dla odmiany "Długi deszczowy tydzień", przeczytany też w dzieciństwie, jakiś czas po "Wielkiej, większej..." od razu mi się spodobał. Żywiłam szczere uwielbienie dla dziecięcych prlowskich detektywów, te wszystkie kapelusze za sto tysięcy, czarne parasole, o Janeczce i Pawełku nie wspominając, to był mój żywioł. W ramach sentymentalnych powrotów zafundowałam sobie teraz ponowną lekturę powieści i... straszliwie się rozczarowałam. Fabuła dość oklepana, czyta się może nie najgorzej, ale te dzieci... Schematyczne postaci, zbudowane wokół jednej cechy charakteru (Pacułka dużo je i mało mówi, Włodek w kółko wtrąca angielskie zwroty, a Katarzyna ma nietypowy dla dziewczyny umysł ścisły), wyrażające się zupełnie niedziecięcym językiem, zresztą myślące też po dorosłemu (a średnia wieku to jakieś 12-14 lat). Niektórych wspomnień lepiej chyba nie próbować wskrzeszać...

W dzieciństwie podobała mi się też szalenie powieść science-fiction Broszkiewicza "Ci z Dziesiątego Tysiąca" i jej drugi tom "Oko Centaura". I trochę się teraz boję ponownie sięgać...


poniedziałek, 5 marca 2012

Wakacje z duchami - Adam Bahdaj

Kiedy skończyłam czytać tę książkę, musiałam spojrzeć na moje listy przeczytanych książek, w poszukiwaniu innych powieści Adama Bahdaja. Wynika z nich, że czytałam tylko jedną: Stawiam na Tolka Banana. I z tego, co pamiętam, podobała mi się. Tym bardziej nie mogę teraz zrozumieć, dlaczego "Wakacje z duchami" przeleżały u mnie na półce tyle lat. Ksiązka trafiła do mnie jeszcze w podstawówce, wiele razy zaczynałam ją czytać i zawsze po paru stronach odkładałam.
Tym bardziej się cieszę, że dołączyłam do trzech wyzwań, które zdopingowały mnie do nadrobienia tej zaległości.

Bohaterami powieści są trzej chłopcy: Maniuś "Paragon", Felek "Mandżaro" i Boguś "Perełka". O ich wcześniejszych przygodach można przeczytać w powieści: "Do przerwy 0:1".
W "Wakacjach z duchami" cała trójka przebywa w gościnie u ciotki Perełki.
Okolica jest wprost wymarzona na letnie wakacje dla dzieci z warszawskiej Pragi. Las i leśniczówka, jezioro i zamek, na którym zaczynają straszyć duchy. Chłopcy postanawiają dowiedzieć się, czy zjawy są prawdziwe. Chłopcy z zapałem śledzą coraz to nowych podejrzanych, a ich poszukiwania zataczają coraz szersze kręgi.


"Wakacje z duchami" zotały po raz pierwszy wydane nakładem wydawnictwa "Nasza Księgarnia" w serii "Klub Siedmiu Przygód", w 1962 roku. I wcale się od tamtego czasu nie zestarzały. Z prawdziwą przyjemnością szukałam wraz z tymi trzema chłopcami rozwiązania zagadki duchów na zamku. Autorowi parę razy i mnie udało się zmylić. Polubiłam bohaterów. Każdy z nich ma odmienny charakter, co doskonale to widać w zachowaniu i w sposobie mówienia. Myślę, że ta powieść detektywistyczna może się nadal podobać, choć pewnie dzisiaj znajdzie czytelników wśród trochę młodszej młodzieży, niż w czasach swojego pierwszego wydania. Swoją drogą ciekawa jestem, czy młodzież sięga jeszcze po takie nienajnowsze ksiązki?
Ja w każdym razie polecam.

Wpis zamieściałam również na swoim blogu:

Książkowe podróżowanie

poniedziałek, 20 lutego 2012

Róże pani Cherington - Craig Rice


Co otrzymamy po dodaniu Janeczki i Pawełka do Flawii de Luce?
Rodzeństwo Castairsów: Dinę, April i Archiego oraz mnóstwo doskonałej zabawy.

Uroczy kryminał z 1944 r., niestety w Polsce niemal zupełnie zapomniany, a szkoda wielka. Może tak by go ktoś wznowił, na fali popularności Flawii, z ładniejszą okładką (ta z różami niczego sobie, mnie się niestety udało upolować tą drugą, z nogą, która nijak się ma do treści)? Wyznam po cichu (po cichu, bo się linczu boję), że mnie nawet rodzeństwo Castairsów bliżej przypadło do serca niż Flawia. I tylko nie mogę odżałować, że autorka stworzyła o nim zaledwie jedną książkę, a że od pół wieku nie żyje, nie ma co liczyć na repetę ;)


Trójka bohaterów to 15-letnia Dina, określana przez siostrę jako "hoże dziewczę", 12-letnia April, pozornie wątła i delikatna, oraz 10-latek Archie. Rodzeństwo wychowywane jest przez owdowiałą matkę - ale jeśli wyobrażacie sobie teraz poświęcającą się dzieciom kobiecinę, to stójcie. Matka pisze kryminały, kocha swoje dzieci nad życie, ale czasem stukot maszyny "wybija" jej z głowy opiekę nad nimi. Nic to jednak, bo dzieci są dobrze wychowane, bystre i nader zaradne. Kiedy w sąsiednim domu popełniona zostanie zbrodnia, postanawiają wykryć mordercę, a zasługę przypisać matce - co z pewnością uczyni ja najsławniejszą pisarka w kraju - a przy okazji także wyswatać rodzicielkę z przystojnym detektywem.


Bohaterowie są przesympatyczni, akcja rozgrywa się w latach 40. XX w. (w Europie musiałaby to być ponura opowieść o wojnie, podczas gdy w Ameryce trudno się jej w ogóle domyślić) i ma cudownie staroświecki urok, a zagadka jest naprawdę wciągająca. Pozostaję w nieutulonym żalu, że nie będzie drugiego tomu (nowości książkowe bardzo mnie pod tym względem rozpieściły  - wszystko co dobre ma szansę doczekać "dalszych ciągów"), ale z pewnością wrócę do "Róż...".

Powieść nadaje się doskonale zarówno dla dorosłych, jak i dla młodzieży. Gorąco polecam.

Na podstawie książki powstał w 1946 r. film pod tym samym tytułem: