Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 października 2014

Nachalny upiór żebrzący o cukierki, czyli Bolek i Lolek w oparach absurdu (Bolek i Lolek. Genialni detektywi - Marcin Wicha)

Długo sie zastanawiałam, czy ta pozycja nadaje się na bloga o klasyce literatury dla dzieci - bohaterów zna chyba każdy dorosły, ale nie z literatury, tylko z telewizji. Szukając informacji, ze zdziwieniem odkryłam jednak, że Bolek i Lolek występowali także w książkach (w latach 1974-1980). Zdecydowałam się więc zapoznać z ich współczesnym wcieleniem, powołanym do istnienia przez wydawnictwo Znak. W 2013 r. wydało ono - z okazji 50. "urodzin" braci - trzy książki o Bolku i Lolku:

W. Bonowicz, G. Gortat, E. Karwan-Jastrzębska, J. Olech, A. Onichimowska, M. Rusinek, W. Widłak, M. Wojtyszko, R. Kosik Nowe przygody Bolka i Lolka
B. Maj, J. Illg, W. Bonowicz, L. Talko , A. Onichimowska, M. Wicha, R. Kosik Nowe przygody Bolka i Lolka. Urodziny (recenzja TU)
W. Bonowicz, J. Illg, A. Onichimowska, G. Gortat, M. Wojtyszko, R. Kosik, E. Karwan-Jastrzębska Nowe przygody Bolka i Lolka. Łowcy tajemnic 

Właśnie ukazała się czwarta:

Marcin Wicha, Bolek i Lolek. Genialni Detektywi (2014)

Bracia Bolek i Lolek zostali stworzeni pierwotnie przez Władysława Nehrebeckiego, któremu pomysł na film animowany wpadł do głowy, kiedy obserwował przygody własnych synów (Janka i Romka). Imiona chłopców zaczerpnięto z filmu z Adolfem Dymszą z 1936 r. pt. Bolek i Lolek. Bohaterowie mieli przeżywać przygody, wcielając się w postaci z książek i filmów. Rzeczywistość tych przygód miękko splatała się z fantazją - nie są one wcale realne, czasoprzestrzeń zakrzywia się w nich nader fikuśne kształty.

W latach 1963-1986 nakręcono 10 serii przygód Bolka i Lolka, z tego trzy serie przerobiono potem na trzy filmy pełnometrażowe, łącząc odcinki. Powstał także oryginalny film Wielka podróż Bolka i Lolka, który następnie pocięto na 15-odcinkowy serial.

Tak jak wspomniałam, wydawano także książki, opracowane przez twórców serialu: Władysława Nehrebeckiego, Leszka Mecha (tekst) i Alfreda Ledwiga (ilustracje). Wyszły 4 serie książek, każda w innym wydawnictwie:

Diana Bibliofilka, która pisała recenzję Nowych przygód... rozczarowała się zawartością tomu: "Chłopcy w wersji papierowej są już unowocześnieni. Oglądają telewizję, grają na laptopie, używają dyktafonu i o zgrozo - jedzą chipsy!(...) Nie czytają więc książek i nie chcą wcielać się w bohaterów książkowych - pragną polecieć na Marsa i wziąć udział w telewizyjnym show. Nie marzą o tym, aby zostać kowbojami, rycerzami czy Robinsonem."
Pamiętna tej opinii podchodziłam bardzo sceptycznie do najnowszego tomu przygód wiekowych (no, półwiekowych) chłopaków. Rozczarowałam się jednak miło. Być może na plus książki zadziałało to, że autor jest tym razem tylko jeden - Marcin Wicha, a może to, że zdecydował się odejść od konwencji uwspółcześniania na siłę. Przygody chłopców, choć współczesne, mogłyby jednak równie dobrze rozgrywać się 50 lat temu. Jest też - hurra! - nawiązanie do literatury. Nasi genialni detektywi wzorują się bowiem na najsłynniejszym duecie detektywistycznym, czyli Sherlocku Holmesie i doktorze Watsonie (mamy więc, rzecz jasna, Sherbolka i doktora Lolsona ;) ). 

Bolek i Lolek spędzają wakacje u cioci, w cichym domku z ogródkiem, w małym miasteczku. Ciocia jest fajna, choć bardzo zestresowana psotami chłopców - na szczęście zajmuje się głównie swoim hobby, czyli przetworami eksperymentalnymi - a to powidła ze szpinaku, a to lody z cebuli... Lekko znudzeni chłopcy zakładają tymczasem biuro śledcze BiL i z zapałem szukają zagadek, które mogliby rozwiązać. Trafia się zaginiony kotek i zagubione... mydło, ale także porządna (choć nieco rozmyta) mapa skarbów prowadząca do ruin zamku oraz przestępca Zbigniew Zbrodzień. Zamiast Toli chłopcy spotykają - Polę. 

Całość podzielona jest na krótkie rozdziały-odcinki, które z łatwością mogłam sobie wyobrazić w postaci animowanych dobranocek. Akcja toczy się wartko i - jak sądzę - zainteresuje współczesnego małego czytelnika, mimo braku elektronicznych gadżetów, gier komputerowych itp. A nad wszystkim unoszą się przyjemne opary absurdu, umilające lekturę dorosłemu czytelnikowi - choćby postać Komarelli Ops pojawiającej się znienacka i domagającej opisów przyrody... 

Na końcu książki znalazł się Poradnik Detektywa, zawierający zadania do wykonania - rozmaite testy i zagadki - a na końcu do wypełnienia dyplom genialnego detektywa.


niedziela, 24 sierpnia 2014

Listy - Maria Ewa Letki

Czytałam tę niedługą książeczkę, a oczy ze zdziwienia robiły mi się okrągłe jak pieniążki. Poglądy na wychowanie dzieci zmieniły się naprawdę drastycznie przez ostatnie półwiecze. Podobnie jak w znanej powieści "Oto jest Kasia" Miry Jaworczakowej, w "Listach" Marii Ewy Letki mowa o reakcji dziecka na narodziny młodszego rodzeństwa. I również podobnie - kwestia odpowiedzialności za zaistniały stan rzeczy postawiona jest na głowie. Ale po kolei...

Bohaterka ma 11 lat i na imię Hania. Mieszka u babci, chociaż ma rodziców, a niedługo będzie miała także braciszka lub siostrzyczkę. Nie jest tym zachwycona, wprost przeciwnie, czuje, że traci dotychczasową pozycję w rodzinie i nie może się z tym pogodzić. Nie przyznaje się przyjaciółce, że będzie miała rodzeństwo, a kiedy dzidziuś się rodzi, prosi babcię, żeby nikomu o tym nie mówiła. Zaczyna też pisać listy do dzieci, które podały swoje adresy w "Płomyczku", twierdząc w nich, że jest sierotą pod opieką krewnych, którzy chcą ją oddać do domu dziecka. Nie przypuszcza, że ktoś z odbiorców potraktuje jej słowa bardzo poważnie. W rezultacie uwikła się w sytuację nieprzyjemną i bardzo trudną do rozwiązania. Jak sądzę, miało to pokazywać, do czego prowadzi egoizm i kłamstwa. Tylko że...

Na podstawie zachowania rodziców i babci Hani można napisać poradnik pt. Jak nie postępować z dzieckiem, któremu ma się urodzić rodzeństwo.
1. Chcesz mieć rodzeństwo? Nie? Nieważne, przyzwyczaisz się.
2. Źle się czujesz? Nie denerwuj mamy, bo jest w ciąży i jeszcze jej zaszkodzi.
3. Nie mamy czasu i sił się tobą zajmować teraz,  kiedy czekamy na maluszka, a nasze mieszkanie jest za małe. Odeślemy Cię do babci. Na rok. Pójdziesz tam do szkoły.
4. Nie rób takiej miny i nie marudź, że chcesz do domu, bo jeszcze babcia pomyśli, że ci u niej źle.
5. Twój tata marzył o chłopczyku, jak się miałaś urodzić. No, ale dziewczynkę też pokochał. Na szczęście teraz urodził mu się wreszcie syn!
6. Twoje meble i inne rzeczy wynieśliśmy do piwnicy, nic ci nie mówiąc, żeby zrobić miejsce dla twojego braciszka.
5. Wszyscy uważamy, że jesteś okropnym, złośliwym dzieckiem, prawdziwą małą egoistką...

Nikt z Hanią nie rozmawia, wiele tu zdań w stylu: "Mama (...) chciała ze mną porozmawiać, zaczynała kilka razy, ale nie umiała mówić, a ja nie umiałam słuchać" (s.47). Warto przeczytać tę powiastkę - jako antyprzykład, jak nie postępować z dziećmi i jako przypomnienie, że rozmowa to podstawa komunikacji. A dziecku, które przeczyta historyjkę o Hani warto wytłumaczyć różnicę między egoizmem a zagubieniem.

Maria Ewa Letki, Listy, KAW, Warszawa 1978, ss.64.


piątek, 18 lipca 2014

Piotrek zgubił dziadka oko, a Jasiek chce dożyć spokojnej starości - Lucyna Legut

Taki zabawny tytuł nosi pierwszy tom cyklu Lucyny Legut o Piotrku i Jaśku, a treść fantazją mu dorównuje. Książka ma formę niedługich opowiadań, narratorem pierwszej połowy jest Piotrek, drugiej Jasiek - dwaj bracia, opisujący życie swojej rodziny.
Jest to rodzina aktorska, tata gra w teatrze i ma lekką manię wielkości, mama też jest artystką - ale bardziej mamą. Razem z dziećmi mieszkają w podupadającym domu aktora, na małym metrażu, a w dodatku z nieznośną Paluch-Rogalską jako sąsiadką. Chociaż być może mama bardziej nie znosi pewnej młodej aktorki, długonogiej Danki... Piotrek ma lat 12, Jasiek 10 (na początku książki), a w tym wieku nawet jak człowiek chce dobrze, to wychodzi figiel czy psota i już człowieka rodzice nazywają utrapieniem. W kółko trzeba się też zmagać z nieznośnym młodszym/starszym rodzeństwem. I w rezultacie rodzice a to wzywają na pomoc straszliwego dziadka, a to się chcą rozwodzić, a to muszą się policjantom tłumaczyć, albo - co gorsza - Paluch-Rogalskiej. A w dodatku dzieci dorastają i przydarzają im się tak mrożące krew w żyłach przygody, jak golenie brody lub pierwsza miłość.

Książka jest kopalnią rozkosznych cytatów i lekturą dla czytelników w każdym wieku. Jak się dorosły czytelnik głębiej przyjrzy, to może i rodzina chłopaków jest z lekka dysfunkcyjna, zwłaszcza ojciec się chwilami nie realizuje w swojej roli... Ale krzywda się nikomu nie dzieje, bez obaw. A pisarka, sama aktorka, światek artystyczny chyba dobrze znała, stąd jej opowieści wydają się całkowicie prawdziwe i nieprzesadzone, a zabawne dialogi są w pełni naturalne (może sama końcówka była ciut naciągana).

Z informacji, które znalazłam wynika, że "Piotrek zgubił dziadka oko..." została wydana w 1976 r., a kolejne tomy pojawiały się dopiero od końca lat 90. Jeśli się mylę, proszę mnie poprawić. Na  podstawie powieści nakręcono siedmioodcinkowy serial wyemitowany w 2001 roku.

Pozostałe tomy:
2. Jasiek pisze kronikę rodzinną, a Piotrek ciągle się w kimś kocha
3. O tym, jak Jasiek został bezimiennym bohaterem albo awantura o sławę
4. Już nigdy nie będę się kłócił z Piotrkiem!
5. Całkiem zwariowane urodziny Piotrka oraz to i owo o Paluch-Rogalskiej
6. Jasiek chce być reżyserem, a Paluch-Rogalska cyrkówką

piątek, 11 lipca 2014

Zuzanka - Kornelia Dobkiewiczowa

Niewiele informacji udało mi się znaleźć o Kornelii Dobkiewiczowej (1912-1990) - kojarzę ją głównie jako autorkę zbiorów śląskich podań. O uszy obił mi się także tytuł "Ofka z Kamiennej Góry", ale nie miałam nigdy przyjemności trafić na tę powieść, nie wiedziałam też, że Dobkiewiczowa napisała również inne. Na "Zuzankę" natrafiłam przypadkiem w bibliotece i pożyczyłam, zwabiona uroczym dziewczęciem na okładce.

Po hipnotyzującym spojrzeniu panny i kwiatuszkach dookoła domyślałam się jakiejś szlachcianki, a tymczasem dostałam śląską pańszczorę - i śledząc jej losy, przepadłam bez reszty w odmętach fabuły.

W odmętach o mało co nie przepadła na samym początku powieści i sama mała Zuzanka, chuda i obdarta chłopka, lat niespełna 12. Niewesoły był los tej dziewuszki, która pod opieką kochającej, lecz ubogiej babki często głodowała. Próbując złapać rybę w Małej Panwi, o mało nie utonęła - i taki był początek odmiany jej losu.
Zuzanka, wyratowana przez niejakiego Marcina Wybrańca, pomocnika młynarza, trafiła do pracy we młynie, a później los rzucał ją swobodnie z miejsca na miejsce, od jednej ciężkiej pracy, do drugiej - jedno z zajęć wymagało wręcz sfałszowania metryki, bo było ponad siły dziecka wówczas trzynastoletniego. A dziewczyna, jako przynależąca do warstwy chłopów pańszczyźnianych, nie miała niemal nic do powiedzenia w kwestii swojego losu. Marzyła o nauce w szkole, ale kto by  się tym przejmował - tam trafiały tylko dzieci bogatych gospodarzy i ludzi wolnych. Miała jednak w życiu wiele szczęścia, spotkała na swojej drodze dobrych ludzi - ale o szczegółach musicie poczytać sami... Warto wspomnieć, że wszystko to działo się w połowie XVIII wieku, na należących do Prus ziemiach. Mieszkająca na nich ludność chłopska mówiła po polsku, nie mając jednak wielkiej świadomości narodowej, a tylko przywiązanie do języka.


Bardzo urokliwa jest to powieść, na pewno poszukam "Ofki...". Napisana chłopsko-śląską gwarą, rozgrywająca się w świecie zupełnie nam obcym (jak to możliwe - nie mieć nic do powiedzenia, co do własnego życia, być w istocie własnością folwarku), pozwala odbyć podróż w czasie i przestrzeni. Niewiele jest chyba książek dla młodych czytelników (acz ta sprawdza się doskonale i dla czytelnika dojrzałego), w których bohater przynależałby do tej nieszczęsnej części społeczeństwa. Chyba nie napotkałam żadnej. Przy tym nie nudzi, nie moralizuje i rzetelnie wciąga. Polecam.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Córka kapitana okrętu - Irena Szczepańska

Graf 1992
   „Córka kapitana okrętuIreny Szczepańskiej opowiada historię szesnastoletniej Benity Rizzo. Dziewczynka wychowywana jest przez ciotkę, gdyż matka zmarła przy jej narodzinach, a ojciec dowiedziawszy się o tym, rozczarowany dodatkowo, że nowo narodzone dziecko nie jest upragnionym synem, wyruszył na morze.
   Benitka jest raczej chłopczycą; dorasta w Sycylijskim raju, radośnie spędza czas na powietrzu, na grach i zabawach z rówieśnikami. Jej najbliższym przyjacielem jest nieco starszy Nino. Fascynuje ją z kolei jego przyjaciel; Jurek z Polski (matka Benity była Polką, a ciotka która ją chowa, to jej siostra i wychowuje ją w duchu patriotycznym).
   Dziewczynka dorasta; coraz więcej rozumie i tęskni za nieznanym ojcem. Gdy ciotka niespodziewanie umiera, Tita nie bardzo ma co ze sobą zrobić. Z pomocą Nina i Jurka, w przebraniu chłopca chowa się na statku, dowodzonym przez ojca. Ujawnia się dopiero na pełnym morzu, gdzie nie ma już innego wyjścia, jak zatrzymać ją i zagonić do pracy. Podczas długiego rejsu, Benita – a właściwie teraz Benito – pnie się stopniowo w hierarchii okrętowej, aż dociera do samego ojca…


1938 rok
   Irena Szczepańska (1908-1964) była pisarką całkiem popularną w okresie około wojennym. Dziś ciężko jest określić ile książek faktycznie napisała, ale ich wykaz w katalogu Biblioteki Narodowej stale się powiększa. Obecnie, względnie możliwe do zdobycia są trzy-cztery pozycje, wśród których najłatwiejsza, właśnie „Córka kapitana okrętu”.

    Książeczka ta, momentami naiwna, jest łatwa i przyjemna w odbiorze, a dodatkowo pozwala liznąć trochę geografii, historii sztuki, a nawet nauk społecznych. Wspólnie z bohaterami zwiedzamy Port Said i Bombaj, podziwiamy iskrzące się niezwykle nocą Morze Czerwone, ale i obserwujemy niesamowite rozwarstwienie społeczne; zarówno na samym statku, jak i podczas zwiedzania przez czwórkę głównych bohaterów (do Tity, Nina i Jurka, dołącza jeszcze przystojny, uwodzicielski Mario) kolejnych miast.

   Mnie opowieść tę podsunęła przed laty mama, która sama czytała ją jako dorastająca dziewczyna. Ja po dziś dzień lubię po nią co jakiś czas sięgnąć i chociaż przekartkować. Przetrwała już tyle lat (pierwsze wydanie pochodzi z 1938 roku), iż choć pewna obaw (obserwując po jakie pozycje sięga młodzież dziś), mam nadzieję, że nie zniknie w odmętach.

Irena Szczepańska, „Córka kapitana okrętu” 
- Księgarnia Powszechna, Kraków 1938 
- Iskry, Warszawa 1958 
- Oficyna Wydawnicza Graf, Gdańsk 1992 (seria „dziewczęca”) 
- Prowincjonalna Oficyna Wydawnicza Exar, Bochnia-Kraków 1992 (seria: Biblioteka Przedwojennego Nastolatka) 
- Wydawnictwo Prószyński i Spółka, Łódź 1998 (seria: Klasyka dziecięca) 

1958 rok

Exar 1992

1998 rok

sobota, 5 kwietnia 2014

Przypadki jejmościanki Małgorzaty (Małgosia kontra Małgosia - Ewa Nowacka)

Zaczytywałam się w dzieciństwie książkami z serii Klub Siedmiu Przygód, zaczytywałam się "Godziną pąsowej róży" Marii Kruger, więc nie mam pojęcia czemu nie natrafiłam nigdy na powieść Ewy Nowackiej. Wielka szkoda! Z pewnością stałaby się jedną z moich ulubieńszych. Cieszy mnie bardzo, że ta powieść jest wciąż wznawiana - ostatnio 3 lata temu, przez Naszą Księgarnię - a książka przecież nie taka młoda, bo w przyszłym roku skończy 40 lat.




Powieść oparta jest na znanym pomyśle przeniesienia bohaterki w czasie - w przeszłość, podobnie jak w - chyba bardziej znanej - "Godzinie pąsowej róży". O ile jednak Anda przeniosła się z lat 60. XX wieku na koniec wieku XIX, to Małgosię czekała dłuższa podróż - cofnęła się w czasie aż o 300 lat, do okresu panowania Jana III Sobieskiego. Różnic jest więcej. Anda wylądowałą w tej samej rodzinie, w której wychowywała się współcześnie - rodzice, siostra i brat - choć mieli oni mentalność XIX-wieczną i innej rzeczywistości nie pamiętali. W roli deux-ex-machina wystąpiła piękna ciotka Eleonora (naprawdę żyjąca w tamtych czasach, dla współczesnej Andy jakaś praprapraciotka). Tymczasem w życie Małgosi wtrąciła się siła nadprzyrodzona, by nie powiedzieć nieczysta, niejaki dytko. Podmienił on miejscami Małgosię z lat 70 XX wieku i Małgosię z lat 70 wieku XVII. W ten sposób współczesna Małgosia, dość rozpuszczona pannica z 8 klasy, mieszkająca z matką w małym mieszkanku, znalazła się nagle w dworku, niezbyt bogatym, gdzie większość prac spadała na barki zubożałych mieszkanek, czyli surowej matki, pobożnej ciotki Franciszki i dwóch Małgosinych sióstr, Klary i Dorotki. A przejrzawszy się w lustrze ujrzała nasza bohaterka obcą twarz, pulchną i z loczkami, wciśniętą w suknię z gorsetem i sztywną kryzą.

Szczęśliwie dytko zadbał o swą ofiarę, wyposażając ją w wiedzę (niezbyt niestety dokładną) o obowiązujących obyczajach i znajomość ówczesnej polszczyzny - były to w końcu czasy, w których dziwnie (dwudziestowiecznie) zachowująca się niewiasta miałaby szansę trafić na stos jako czarownica. Dość rogaty charakter Małgosi sprawił niestety, że tak czy inaczej udawało jej się wprawiać otoczenie w konsternację, a nawet trwogę, co kończyło się puszczaniem krwi i egzorcyzmowaniem biedaczki. Bałam się, że cała powieść będzie polegała na ładowaniu się bohaterki w tarapaty przez jej niedostosowanie - a to byłoby zbyt podbne do "Godziny pąsowej róży". Na szczęście, Małgosia w bólach, ale przystosowała się (choć tylko na zewnątrz) i spróbowała zapanować nad niewesołą sytuacją jejmościanki, w którą się wcieliła. Jak się okazało, jejmościance Małgorzacie dziadek zapisał w testamencie cały spadek (z pominięciem matki i starszych sióstr - co nie przysporzało jej zresztą sympatii tych ostatnich, siejących rutkę ze względu na brak posagu). Matka postanowiła wydać ją korzystnie za mąż, z nadzieją, że po ślubie i otrzymaniu spadku zadba o posagi sióstr. A kandydat do ręki trafił się akurat nadzwyczaj dobry, zamożny i na stanowisku. Spłoszona Małgosia tuż po przenosinach w wiek XVII, całkiem oszołomiona, ujrzała przed sobą swego rzekomego narzeczonego, w postaci staruszka z krzywą szyją... A tu tymczasem w sąsiedztwie mieszka uroczy Joachimek, u wuja we dworze hołubce wycina przystojny pan Władysław, a sam wuj niespecjalnie ma chęć rozstawać się z Małgosinym spadkiem, nad którym sprawuje pieczę. No i sytuację z siostrami trzeba jakoś naprostować... A pani matka ciężką rękę ma, i chłosty za przewiny mogą się trafić. Nie, moi drodzy, różowo nie jest.

Ech, dzieje się w tej książce, dzieje, nie sposób wszystkiego opowiedzieć, zresztą lepiej przeczytajcie sami. Podobały mi się bardzo przygody Małgosi, podobał mi się szalenie stylizowany język, opis ówczesnych obyczajów (choć nie należy traktować powieści jak podręcznika historii). Żeby nie było tak słodko - nie podobał mi się całkiem charakterek Małgosi. Anda to była sympatyczna wariatka, a ta... Powieść zaczyna się sceną, w której Małgosia (współcześnie) okłamuje matkę, w bardzo brzydki sposób, nie odczuwając przy tym niemal żadnych wyrzutów sumienia, a nawet pewną dumę, że tak jej się świetnie udało. Co za paskudna dziewczyna, szczerze ją znielubiłam, co najmniej na pół książki. Co najgorsze, gdyby doszukiwać się książce morału, okazałoby się, że jej bezczelny charakterek doczekał się nagrody i pochwał... Drugim zgrzytem dla mnie jest próba wytłumaczenia na koniec, czemu też Małgosia się w wieku XVII właściwie znalazła. Cóż, dla zjawisk nadprzyrodzonych wyjaśnień nie ma i lepiej było to pozostawić w ten sposób. Autorka jednak stara się wszystko logicznie uzasadnić, podczas gdy już samo istnienie dytka logice przeczy. Tak czy inaczej - z czystym sumieniem polecam.

czwartek, 13 marca 2014

Maria Krüger - "Ucho, dynia, 125!"

Minęło dwadzieścia lat, od kiedy po raz ostatni miałam w rękach książkę Marii Krüger. Cóż więc skusiło mnie do sięgnięcia po kolejną historię opowiedzianą przez nią? Powodów było kilka: przede wszystkim zabawa z Jubileuszowymi Lekturami - w tym roku obchodzimy 110 rocznicę urodzin autorki; po drugie udział w wyzwaniu Klasyka Młodego Czytelnika; po trzecie - bardzo atrakcyjna cena e-booka (6zł); a po czwarte, i chyba najważniejsze - zwykła ludzka ciekawość. Jak to będzie? Czy czar "Karolci" sprzed lat będzie mi towarzyszył także tym razem? I na dodatek ten dziwny, nic nie mówiący tytuł...
Maria Krüger opisuje losy uczniów klasy V jednej z polskich podstawówek. Dzieci, jak to dzieci, zakładają swoje bandy, wymyślają różne psoty, zabawy - w końcu oprócz nauki coś ciekawego trzeba w szkole robić! Jedną z ulubionych przez uczniów zabaw była wyzywanka: "ucho, dynia, ...": jeśli ktoś niespodziewanie krzyknie do ciebie "ucho!", musisz chwycić się za ucho, jeśli dodatkowo usłyszałeś słowo "dynia!", trzymasz się także za nos, a jeśli na końcu usłyszysz jeszcze wybraną liczbę (np. 5), dorzucasz do tego 5 podskoków na jednej nodze. Zabawa nieskomplikowana, ale skutecznie komplikująca życie uczniów w szkole. Zwłaszcza tych, których bandy za sobą nie przepadały. A tak było w przypadku klasy V. Gdy pewnego dnia Jacek postanowił dać porządną nauczkę swemu największemu rywalowi Piotrkowi, spotkało go dość nieoczekiwana kara. Został psem. Dosłownie - małym żółtym jamniczkiem.

Ciąg dalszy TUTAJ! Zapraszam!

środa, 19 lutego 2014

Tego lata w Burbelkowie - Marta Tomaszewska


Marta Tomaszewska była jedną z najgoręcej ukochanych pisarek mojego dzieciństwa. Na półce mam kompletnie zdewastowany egzemplarz "Zorro, załóż okulary!", odziedziczony chyba po którejś ciotce, a "Tajemnicę białego pokoju" wypożyczałam z biblioteki co trzecią wizytę ( i skoro o tym mowa - nabrałam właśnie okrutnej ochoty na odświeżenie sobie lektury). Dorobek Tomaszewskiej jest jednak bogaty, większości nie czytałam i planuję to nadrobić. Na pierwszy ogień poszła książka nagrodzona Nagrodą Literacką im. K. Makuszyńskiego dla najlepszej książki dla dzieci roku 2000, czyli "Tego lata w Burbelkowie".

Rozumiem dlaczego dostała nagrodę - powieść porusza wiele problemów, które pewnie wielu młodym czytelnikom spędzają sen z powiek. Dylematy w całej gamie emocjonalnych odcieni, od drobniejszych - jak zazdrość małej Krysi o ukochanego kuzyna, po najpoważniejsze - jak śmierć rodzica i spustoszenie, jakie ona czyni. Jednak coś między nami nie zaskoczyło i zastanawiam się, jaka była tego przyczyna. Po pierwsze - być może jestem już za stara,o jakieś dwie dychy starsza od targetu. Po drugie - to jedna z ostatnich książek Autorki, zmarłej w 2009 r., a "późne" książki często są, niestety, słabsze. Po trzecie - poznałam ją w postaci audiobooka, czytanego przez lektorkę, która (według mnie) interpretowała postaci w dość irytujący sposób (główny bohater każdą kwestię wypowiada tonem przepraszająco-proszącym). Porządnie napisana książka, przemyślana fabuła, rzetelnie zbudowani, choć dość jednowymiarowi, bohaterowie ( z jednym wyjątkiem), ładna polszczyzna, ważne kwestie poruszone, ale iskry mi brakło, jakiejś dawnej lekkości, fantazji. Mimo tego uważam, że młodym czytelnikom jak najbardziej można powieść podsuwać.

Bohater, Bartosz (wieku nie pamiętam, chyba około 10-letni), bardzo się cieszył na wakacyjny wyjazd nad morze - wraz z przyjacielem i pewną nieznośną Anią. Niestety, z planów nici, bo jego mama straciła pracę (problem 1, ale raczej w tle). Zamiast do Sztutowa jedzie więc Bartosz do Burbelkowa, gdzie mieszka jego wuj Mateusz z żoną i dziećmi oraz - przede wszystkim - zwariowany pradziadziuś Burbelka, liczący sobie wiosen 93. Tego pradziadziusia zazdroszczą Bartoszowi wszystkie dzieciaki - dziarski staruszek jest bowiem mądry życiowym doświadczeniem, ale i szalony fantazją ułańską. Lubi płatać figle, znienacka znikać rodzinie, ale w kłopotach jest niezastąpiony. (Niestety - wydał mi się postacią bardzo niewiarygodną i niedopracowaną. Nie mogłam jakoś załapać, na czym polegał fenomen pradziadziusiowej mądrości, który sprawił, że z daleka przybyła do niego Zosia, a jego fantazja, która zachwycała wszystkie dzieci, zdawała mi się bardzo naciągana). Wracając do rzeczy - Bartosz przybywa do Burbelkowa, dręcząc się bezsensowną kłótnią z Anią (młodociane sympatie jako problem z nr 2). Na miejscu mamy wysyp kolejnych problemów. Mała kuzynka Bartosza, Krysia, jest o niego bardzo zazdrosna, co czasem prowokuje ją do brzydkich zachowań (problem nr 3). Kuzyn Bartosza go nie lubi, co również prowokuje go do brzydkich zachowań (problem nr 4). W burbelkowskich lasach poluje kłusownik (problem nr 5, a swoją drogą mała sarenka, która wykrwawiała się przez wiele godzin była może zbyt dokładnie opisana jak na książkę dla dość młodego odbiorcy, choć to problem boleśnie prawdziwy). A podczas spacerów Bartosz natyka się na tajemniczą dziewczynkę z kotkiem w objęciach oraz tatusiem o pustych oczach. Dziewczynka ta, imieniem Zosia, wraz z dręczonym depresją ojcem (problem nr 6), wynajmuje pokój w domu pradziadziusia.

Marta Tomaszewska, Tego lata w Burbelkowie, Nasza Księgarnia, Warszawa 2000

środa, 11 grudnia 2013

Większy kawałek świata - Joanna Chmielewska


 

Swoje pierwsze zetknięcie z "Większym kawałkiem świata' pamiętam bardzo dobrze. Byłam chora, zasmarkana, leżałam pod kołdrą, ciężko znudzona. Sięgnęłam po książkę, przeczytałam pierwszą stronę i w jednej chwili znalazłam się na suchej, rozgrzanej i kompletnie pustej drodze, siedząc na stercie bagaży obok rozgoryczonych Tereski i Okrętki. To była moja pierwsza książka z tymi bohaterkami i pozostała moją ulubioną. Czytałam ją tysiące razy, nadal do niej wracam, choć od bohaterek jestem już niemal dwa razy starsza. Szkoda tylko, że marzenie o spędzeniu właśnie takich wakacji, jak te opisane w powieści, pozostało niespełnione...

A wakacje te obfitowały w całą masę przygód. Zaczęło się już w dniu wyjazdu. Zaprzyjaźniony sąsiad miał zawieźć siedemnastoletnie przyjaciółki (z kajakiem-składakiem i wspomnianą stertą bagażu) do Augustowa. Tam planowały spędzić wakacje, mieszkając w chałupie znajomego rybaka, a od czasu do czasu robiąc wypad na jezioro. W połowie trasy jednak samochód odmówił współpracy. W rezultacie wakacyjny transport dziewcząt oddalił się na holu pomocy drogowej, a one same, po kilku godzinach oczekiwania na poboczu wyludnionej drogi w upalne niedzielne popołudnie, złapały autostop, który wywiózł je w zupełnie inne miejsce, gdzieś nad Mamry. Żadnej znajomej chałupy tam rzecz jasna nie było, a mapy nie miały. (To znaczy miały. Bardzo dokładną. Augustowa...) Tam - ku rozpaczy Okrętki, a zachwytowi Tereski, co wiele mówi o ich charakterach - rozpoczęły się ich pierwsze całkowicie samodzielne wakacje, pod namiotem, rozbijanym na dziko w lesie, na kajaku, z pęcherzami na dłoniach od wioseł, z nieudolnie montowanym żaglem z nocnej koszuli, z Gangesem, ahystokhatą,  tajemniczym zbrodniarzem rozkopującym ich ogniska oraz - być może - ukrytymi skarbami... 

Inne przygody Tereski i Okrętki zostały opisane w tomach 'Zwyczajne życie" (pierwszym w kolejności) oraz "Ślepe szczęście". Jak w całej twórczości Chmielewskiej sporo w tych książkach wątków autobiograficznych, Tereska bardzo przypomina samą Autorkę, a Okrętka - jej przyjaciółkę Jankę.

Polecam wszystkim, dużym i małym. Zimą zwłaszcza...

wtorek, 12 listopada 2013

Ucho od śledzia - Hanna Ożogowska




„Cud+miód+ryba+kit=ucho od śledzia”

Jedno mieszkanie w zrujnowanej warszawskiej kamienicy i tłum lokatorów. „Co pokój, to inne przedstawienie, inni aktorzy i tyle nowych obserwacji”: państwo Szafrańcowie, niegdysiejsi właściciele całego domu i obszernego apartamentu, w którym po wojnie mocno się zagęściło; pani Tołłoczko, nauczycielka ze zszarpanymi nerwami; pani Aniela, pielęgniarka z jamnikiem; monter Czernik, kawaler i ceniony fachowiec; państwo Piotrowscy z dwoma synami i maszyną do szycia. Na małej powierzchni nietrudno nadepnąć komuś na odcisk, w rozdrażnieniu rzucić złym słowem, urazić cudze uczucia. Mimo to ten kołchoz nie jest gniazdem wściekłych os, chociaż i rajem bywa rzadko. W gruncie rzeczy jednak lokatorzy są sobie bliscy; łączą ich wspólne przeżycia trudnych powojennych lat, zżyli się, znają swoje problemy i starają się sobie nawzajem pomagać. Wypracowali stan chwiejnej równowagi, która zazwyczaj pomaga im przetrwać wśród codziennych kłopotów. Do czasu, aż w mieszkaniu pojawia się dwoje nowych małoletnich lokatorów.

Agnieszka, daleka krewna nauczycielki, nie wytrzymała u swoich dotychczasowych opiekunów, którzy pomiatali sierotą. Michał, siostrzeniec Czernika, z kolei został oddany pod opiekę wuja, bo nie znosił swojego ojczyma. Dziewczynka szybko wtapia się w małą społeczność: grzeczna, uczynna, skora do pomocy, nikomu nie wadzi. Z Michałem za to nieustannie są jakieś afery: jęzor ma paskudny, zawsze coś przygada albo odpyskuje, a sianie zamętu wydaje się go bawić. Na dodatek pomysły ma iście elektronowe, Warszawę zna lepiej niż mieszkający w niej od urodzenia Witek Piotrowski, a w szkole nie daje sobie w kaszę dmuchać. Trzeba będzie paru bolesnych przejść, by dotarło do niego, że z ludźmi lepiej żyć dobrze, a życzliwych i przyjaciół trzeba cenić.


Jak przystało na bardzo dobrą powieść (bezapelacyjnie moja ulubiona książka Hanny Ożogowskiej) mamy tu a) dużo humoru, b) sporo awantur – i w sensie domowych zadrażnień, i burzliwych wypadków (wyniesienie kolekcji etykiet zapałczanych naklejonych na drzwiach od szafy! wybuch gazowego piecyka!), c) psychologicznych obserwacji i życiowych problemów, d) detali obyczajowych i e) podjęty wprost, a nie ogródkami, problem przemocy domowej i jej wpływu na charakter i rozwój dziecka (a konkretnie Michała, dla którego wyjazd do Warszawy ma być ratunkiem przed ostatecznym upadkiem: porzuceniem szkoły, bijatykami i awanturami z ojczymem). Do tego f) kształtowanie się przyjaźni i praca nad własnym charakterem. Ze smaczków z epoki mamy walkę z chuligaństwem i czyny społeczne, trudności mieszkaniowe i mały traktacik o modzie męskiej, do tego odrobinkę dydaktycznego smrodku: pochwałę kursów dokształcających czy umoralniające kwestie, którymi dorośli raczą młodzież (plus wychowawcze lanie spuszczane za grubsze przewinienia). Punkty od a do f, a także bonusy, składają się na całość barwną i zaskakująco świeżą; tylko odzywki Michała ciut zalatują naftaliną (chociaż mam wrażenie, że jego koronne „ucho od śledzia” trzyma się dobrze, a i „cud-miód-ryba-kit” da się czasem usłyszeć, co prawda raczej od tych, którzy się na Ożogowskiej wychowywali), nie jest to jednak woń odstraszająca i szybko przestaje się ją czuć. 

Hanna Ożogowska, Ucho od śledzia, Zielona Sowa 2002.

poniedziałek, 4 listopada 2013

TYDZIEŃ Z LITERATURĄ DZIECIĘCĄ I MŁODZIEŻOWĄ „Nowe przygody Bolka i Lolka. Urodziny”


Wydawnictwo: Znak
data wydania: 7 listopad 2013r.
oprawa: twarada
liczba stron: 224






Jesienią 1963 roku w Bielsku-Białej zrealizowano pierwszy odcinek najsłynniejszejpolskiej kreskówki o przygodach Bolka i Lolka. Wynika z tego, że chłopcy obchodzą 50. urodziny. Nie ma chyba dorosłej osoby, która nie patrzyłaby na niesfornych braci z sentymentem. Podbili oni serca milionów Polaków. Z okazji urodzin znani polscy pisarze: Marcin Wicha, Wojciech Bonowicz, Rafał Kosik, Anna Onichimowska, Bronisław Maj, Jerzy Illg oraz Leszek Talko napisali opowiadania o przygodach Bolka i Lolka.

Chłopcy w wersji animowanej  przeżywali przygody związane z bohaterami książek dla dzieci i młodzieży. W pierwszym odcinku pt. "Kusza", w reżyserii Władysława Nehrebeckiego, wcielają się w postać Wilhelma Tella. W 1973 twórcy filmu wprowadzili na życzenie żeńskiej części widowni nową postać – Tolę. Wszystkie bajki z Bolkiem i Lolkiem powstały w Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej. Przez 23 lata (1963–1986) nakręcono ponad 150 odcinków w 10 seriach oraz dwa filmy pełnometrażowe. Tyle historii - teraz skupmy się na książkowej wersji.

Chłopcy w wersji papierowej są już unowocześnieni. Oglądają telewizję, grają na laptopie, używają dyktafonu i o zgrozo - jedzą chipsy! Zamiast Toli - występuje Zuzia. Niby szczegół, ale jednak robi różnicę. Nie czytają więc książek i nie chcą wcielać się w bohaterów książkowych - pragną polecieć na Marsa i wziąć udział w telewizyjnym show. Nie marzą o tym, aby zostać kowbojami, rycerzami czy Robinsonem. A to już robi wielką różnicę. Pomysł z wydaniem książki  jak najbardziej trafny, gorzej z wykonaniem. O wiele bardziej wolę Bolka i Lolka w wersji animowanej, takiej jeszcze bez dialogów niż chłopców kłócących się o pilota do telewizora. Choć rozumiem, że ta wersja miała trafić do współczesnego odbiorcy, takiego, którego właśnie główną rozrywką jest oglądnie telewizji czy granie w gry komputerowe. Na szczęście całość rekompensuje wydanie, bo jak na urodzinową wersję przystało, jest przepięknie edytorsko przemyślane. Twarda oprawa, szycie, pozłacane litery na okładce i oczywiście cudowne ilustracje – takie jak w kreskówkach sprzed pięćdziesięciu lat. Można jedynie żałować, że Bolek i Lolek nie mają godnych sobie następców, a kino animowanie w Polsce praktycznie nie istnieje. Teraz to jeszcze półbiedy, kiedy to dziadkowie i rodzice pamiętają o takich postaciach. Gorzej za parę lat, bo jakie postacie nasze dzieci będą darzyć sentymentem?


Więcej o akcji  TYDZIEŃ Z LITERATURĄ DZIECIĘCĄ I MŁODZIEŻOWĄ  TU [KLIK]

poniedziałek, 21 października 2013

Dziennik Franciszki Krasińskiej - Klementyna z Tańskich Hoffmanowa



Ależ przeżyłam niesamowitą przygodę! I to z nie byle jaką postacią... Bardzo rzadko tak wciąga mnie i porusza czyjś dziennik czy pamiętnik. Tym razem jednak Klementyna z Tańskich Hoffmanowa zaciekawiła mnie niesamowicie osobą Franciszki Krasińskiej. Nazwisko znane, a jakże, skojarzyłam z Zygmuntem Krasińskim. I jakiż to był błąd! Nie ten czas, nie to miejsce, ni ci ludzie. Na szczęście.

Spędziłam bowiem kilka przyjemnych dni w XVII-wiecznej Polsce, rządzonej przez Augusta III, barwnej, butnej, szlachtą stojącej Polsce, która w niedługim czasie miała zniknąć w map Europy. Tam poznałam młodą, wesołą osóbkę - Franciszkę Krasińską. To ona pokazała mi barwny i jakże inny od współczesnego świat szlachty, tamtejsze obycie, sposób prowadzenia konwersacji. Dzięki niej poznałam różne ciekawe zwyczaje panujące na zamkach, w pałacach i we dworach. W końcu także dzięki niej poznałam kawałek historii Polski - wszystkie bowiem informacje zawarte w pamiętniku są jak najbardziej zgodne z faktami historycznymi. Gdy dodamy do tego bardzo bogaty w opisy, nowinki, niezwykle emocjonalny i jak najbardziej osadzony w XVII wieku styl pisania - czegóż więcej nam potrzeba. Nic, tylko brać lekturę do ręki i czytać, czytać, czytać...

Kto (tak jak ja) nie zna historii Franciszki Krasińskiej, temu na pewno nie streszczę jej tu w całości. Ale zdradzić kilka faktów mogę. Otóż nasza bohaterka wiodła bardzo monotonne, aczkolwiek dla niej ciekawe życie na maleszowskim zamku, gdzie się urodziła i wychowywała pod okiem obojga rodziców. Miała trzy siostry, z których najbardziej kochała starszą Baśkę. Wkrótce po zamążpójściu Basi rodzice postanowili wysłać drugą w kolejce do ożenku Franciszkę na nauki do Warszawy. Tam pod okiem Madame Strumle uczyła się etykiety, dobrych manier, języka francuskiego, haftu i innych potrzebnych pannom na wydaniu elementów ówczesnej edukacji. Następnie trafiła do swej krewnej, księżnej, która pokazała jej wielki świat książąt i królów. Świat, który Franciszkę zgubił. Poznała tam bowiem miłość swego życia i na nieszczęście pozostała jej wierna. Ot i koniec, więcej nie zdradzę. 

Czy Franciszka Krasińska była szczęśliwa? W czasie pisania pamiętnika tak. Energia, żywiołowość, ciekawość świata wypełniały każdy zapisany w nim dzień. I gdyby nie Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, pewnie nie dowiedzielibyśmy się, jak było naprawdę. Autorka dokończyła pisany przez bohaterkę dziennik własnymi informacjami z życia Franciszki. I niestety nie były to wesołe opisy. Nieszczęśliwa miłość, potajemny ślub, odtrącenie przez najbliższych, życie z dala od męża, luksusów, bez własnego domu. Jednym słowem szczęście opuściło naszą bohaterkę wraz z nadejściem wielkiej miłości. 

Serdecznie polecam wszystkim tę lekturę! Musicie ją przeczytać, po prostu.

powyższy tekst zamieściłam na swoim blogu

środa, 16 października 2013

Niewiarygodne przygody Marka Piegusa - Edmund Niziurski




Niektóre młodzieńcze lektury zostają z człowiekiem na zawsze - tylko czasem objawia się to w bardzo dziwny sposób. Z "Piegusa" na przykład zostało mi nazwisko jednego z bohaterów - Wieńczysław Nieszczególny... I zawsze, kiedy ktoś mówi, że "to jest nieszczególne", dopowiadam: "to taki Wieńczysław Nieszczególny", niestety często na głos, no, nie mogę się opanować. (Z innych głupot w klimacie - "znienacka" to dla mnie zawsze "z Nienackim", ech, a potem mi się ludzie dziwnie przyglądają...)

Marek Piegus, lat trzynaście, ma w życiu nieprawdopodobnego pecha, NIEWIARYGODNEGO wręcz. Najprostsze życiowe czynności, jak choćby odrabianie lekcji, kończą się dla niego całą serią przygód. Niestety, nie są to przygody, o jakich młody człowiek może marzyć, tylko lawinowo następujące po sobie nonsensowne wydarzenia, które biednego Marka tłamszą, przygniatają i zostawiają wycieńczonego oraz udręczonego. A potem się ludzie dziwią, czemu on ma zawsze struta minę... Od odrabiania lekcji jeszcze gorsze okazuje się bycie klasowym dyżurnym, a już zwykłe wagary kończą się zupełnie dramatycznie, bo uprowadzeniem przez gang złoczyńców. Na pomoc Markowi musi wyruszyć gromadka harcerzy oraz prywatny detektyw Hippollit Kwass.

Uwielbiałam "Marka Piegusa' w dzieciństwie, uwielbiam i dziś. Urzeka mnie każda z absurdalnych przygód, język, humor i fantastyczne pomysły (kryminalne podziemie!). Polecam każdemu, chociaż pewnie nie do każdego przemówi. Mój mąż, zapoznany z książką w wieku dorosłym, zgrzytał zębami podczas czytania.

Powieść została wydana po raz pierwszy w 1959 r., doczekała się licznych wznowień oraz ekranizacji. W 1967 r. nakręcono bardzo udany serial, składający się z dziewięciu około półgodzinnych odcinków (można obejrzeć TU). Natomiast 30 lat później książka zyskała tom drugi, zatytułowany "Nowe przygody Marka Piegusa (również niewiarygodne)".

wtorek, 8 października 2013

"Zwyczajne życie" Joanna Chmielewska

Korzystając z faktu, że Kitek buszował po sklepach, Bazyl zebrał zadek w troki, zainstalował się w kawiarence i przeczytał stron kilka “Zwyczajnego życia”. I stała się jasność. Jasność w temacie następującym: starszych książek pani Chmielewskiej w miejscach publicznych nie czytać. Bo to i kawusią akuratnie pitą można się, jak i otoczenie najbliższe, opluć, i niezdrową ciekawość gawiedzi ciągle wyszczerzoną paszczą wzbudzić alboli też, poprzez chrząkanie dżentelmena/damy* niegodne, narazić się na ostracyzm i kose spojrzenia. O gromkim śmiechu nie wspomnę, bo do czegóż to podobne, tak w centrum galerii handlowej siedzieć i na przekór pędzącym we wszystkich kierunkach, spoconym i złym jak osy ludziom, zaśmiewać się z lektury.

No dobrze, ale co jest takiego w historii dwóch podlotków w wieku licealnym, że człowiek reaguje w sposób narażający zwieracze na ciężką próbę i bez pudła pozwalający zrozumieć sensowność powiedzenia “posikać się ze śmiechu”? 


Może to zderzenie dwóch żywiołów: ognia i wody. Ognia, czyli Tereski, wulkanu energii, gejzeru działania, rakiety, która walczy z tytułowym zwyczajnym życiem próbując przekuć je w jedną nieustającą przygodę. I wody, czyli Okrętki, której zwyczajne życie nie przeszkadza i chętnie by je sobie pędziła, gdyby nie magnetyczne oddziaływanie przyjaciółki, która zaraża entuzjazmem i w rezultacie przekonuje kumpelę do najdzikszych hec.


Może to humor sytuacyjny, który wynika co prawda z najniespotykańszych (?) zbiegów okoliczności, ale darujmy to autorce (podobnie jak jej sympatię do MO), bo przecież wiadomo, że życie nie takie scenariusze... Ot, pójdzie człowiek w krzaki na grzybobraniu, a tam opieńki ścina wujek Staszek, co to 20 lat temu wyjechał za chlebem do Toronto. To i nie dziwota, że dziewczyny, które całkiem przypadkiem (przy pomocy roztrzepania Tereski), zgadzają się w czynie społecznym zebrać po podwarszawskich sadownikach i stolicznych działkowiczach, 1000 (słownie: tysiąc!!!) sadzonek drzewek owocowych, mogły co i rusz trafiać na członków złowieszczej szajki przemytników i psuć im szyki. A psuły w pięknym stylu.


Pewnie mógłbym znaleźć jeszcze kilka “może” i rozwlekle za nimi argumentować, ale chyba znać już mój entuzjazm, więc na powyższym poprzestanę. Dodam tylko, że warto po “Zwyczajne życie” sięgnąć po to, żeby dowiedzieć się: dlaczego najlepszym remedium na oczekiwanie ukochanego jest rąbanie drewna, dlaczego najlepszym środkiem transportu jest blat stołu na kółkach i dlaczego obcy facet oprowadza dwie nastolatki po swojej chałupie, szczegółowo opowiadając o jej wystroju. 


Podsumowując. Ogień zalany wodą daje parę. W tym przypadku parę przyjaciółek na śmierć i życie, o niezwykłych breweriach których czyta się z prawdziwą przyjemnością. Szykujcie się, bo Wasze brzuszki będą robić szejked!


*niepotrzebne skreślić

"Nawiedzony dom" Joanna Chmielewska

“Nawiedzony dom”, to pierwsza część cyklu przygód dwojga uroczych przedstawicieli tzw. młodszej młodzieży, czyli Janeczki i Pawełka Chabrowiczów oraz ich wielce utalentowanego psa Chabra. To w tym właśnie tomie my zaczynamy znajomość z nastoletnimi detektywami, a oni sami poznają nieziemskiego czworonoga. Tyle tytułem drętwego zagajenia.

Kiedy kilkanaście..., no dobra, kilkadziesiąt lat temu, zaczytywałem się perypetiami wyżej wymienionej dwójki z pewnością …, ba, skleroza zeżarła pewność, ale, z dużą dozą prawdopodobieństwa, zazdrościłem rodzeństwu przede wszystkim siebie nawzajem. I psa. I tej wielkiej chałupy z tajemniczym strychem. Dziś zazdroszczę Chabrowiczom progenitury, która co prawda wyprawia przenajdziksze hece, ale jest dobrze wychowana i inteligentna jak diabli. No i psa. Bo pies ciągle robi wrażenie. A jako, że punkt widzenia zmienia się wraz z procesem siwienia, to już niekoniecznie podobają mi się tak bardzo: nocne (zresztą, dzienne też) łażenie po dachu, straszenie starszych ludzi halloweenową dynią, darcie portek na hakach i ogólne robienie starych w trąbę.

Fabuła prosta, wydawałoby się, jak drut. Ot, przeprowadzka związana z pozyskaniem przez ojca rodziny spadku, w postaci kamienicy, zmienia się w jedną wielką komplikację. A to nie ma reduktorków potrzebnych do remontu przedwojennej instalacji wod. kan., a to szpetna lokatorka nie chce opuścić jednego z mieszkań, a to ktoś szura i wyprawia inne brewerie na zamkniętym od czasu wojny strychu. A w tej całej kołomyi wydarzeń dwójka rezolutnych niebożątek, które aż się palą do przeżycia przygody i, co oczywiste, niejako przy okazji, pomocy ułomnym dorosłym. I to właśnie oni będą motorem napędowym książki, a ich pomysły i wyskoki, które tak mi imponowały przed ćwierć wiekiem, podnosić będą teraz moje rodzicielskie ciśnienie i włosy na głowie.

“Nawiedzony dom” to książka, która pozbawiona jest scen skutkujących tubalnym rechotem czy tarzaniem się ze śmiechu po podłodze, ale niezaprzeczenie zabawna humorem słownym i sytuacyjnym. Taka, no, jakby ją tu w jedno słowo ująć? Miła? Niech będzie, bo właśnie tak, miło, spędziłem z Chabrowiczętami czas. A ponieważ książki pani Joanny lepiej czytać, niż czytać o nich, malusieńka próbka, która zaświadczy, że dzieci są naprawdę wyrobione życiowo i która być może zwabi Was do tajemniczej kamienicy.

“Osobnik odsłonił na moment teren swojej działalności i wówczas okazało się, że skrobie po lakierze na drzwiach. Wyskrobał połowę litery „D” i właśnie ją wykańczał.
- Chuligan - zawyrokowała Janeczka.
Osobnik skrobał dalej, aż wreszcie wyszło mu to „D”. Trochę nieforemne, ale za to wielkie.
- Iiii tam - mruknął Pawełek z odcieniem wzgardliwego zniechęcenia wobec tak mało pomysłowego wandala. - Wiadomo, co pisze...
- Wcale nie - zaprotestowała Janeczka, żywo zainteresowana. - Zobacz, to wcale nie jest „u”.”

poniedziałek, 7 października 2013

Po prostu Lucynka P. - Maria Kruger



Podrzutek w stylu retro

Ta powieść była retro już w chwili wydania trzydzieści lat temu. Mamy rok 1970. Szczytem luksusu jest mieszkanie znanej aktorki, urządzone „pod piekielną modernę” („Wszystko z gąbki, plastiku i nadmuchiwane. [...] zielona wykładzina udająca trawę, a sufit był pomalowany na niebiesko w białe obłoczki”), przyjaciół zaprasza się do domu na telewizję, bo nie wszyscy jeszcze mają aparaty. Podaje się przy tej okazji jajecznicę, słone paluszki, owoce, jogurt, razowy chleb z masłem i ogórkiem, a po gościach luksuje się pokój.

W tej pięknej epoce Lucynka Prandota, córka dziennikarza i świeżo upieczona maturzystka, przygotowuje się do egzaminów wstępnych na studia i rozsmakowuje w dorosłości. Rozmowy z ojcem, trochę nauki, ale głównie odpoczynek: spacery, spotkania z przyjaciółkami, odrzucanie zalotów Daniela, kolegi z klasy. Czyli jak to w powieści dla młodzieży: czas dojrzewania i pierwszych uczuć. Najwyraźniej jednak autorka uznała, że to za mało na porządną książkę. Należało coś skomplikować. Ojciec Lucynki wyjeżdża służbowo za granicę, by komentować mecze piłkarskiej reprezentacji, a samotnej dziewczynie zostaje dostarczone dziecko. Dostarczone i porzucone przez wyrodną matkę, która ma zamiar ruszyć w świat, by robić karierę.

Motyw nastolatki z podrzutkiem do oryginalnych nie należy, że przypomnę tylko Rillę ze Złotego Brzegu. Maria Kruger też wykorzystała go w swojej „Szkole narzeczonych”, ze znacznie jednak lepszym efektem niż w „Lucynce P.”. Jak wiadomo, opieka nad maluchem ma służyć wyrobieniu w młodej bohaterce odpowiedzialności, pomóc się ustatkować i nabrać doświadczenia wychowawczego – bardzo pożytecznego w późniejszym życiu. Kompletnie zielonej Lucynce przydaje się wsparcie przyjaciółki Beśki i niezastąpionej gosposi, pani Lodzi. Dziewczyna wchodzi w obowiązki opiekunki, a na dodatek próbuje rozwiązać zagadkę pochodzenia niemowlaka.

Dobrze zapowiadająca się powieść (interesująco zarysowany stosunek Prandoty do córki, bolesne przejścia rodzinne, które same w sobie mogłyby wystarczyć za temat książki,  wiarygodne, sympatyczne, choć niekiedy kreślone dość pobieżnie postacie Lucynki i jej rówieśników; drewniany jest tylko brat głównej bohaterki), z niebanalnie prowadzoną narracją – głos oddawany jest kolejnym postaciom, w tym także pobocznym – w chwili pojawienia się podrzutka wyraźnie rozłazi się w szwach: mamy historię ni to o komplikacjach życiowo-uczuciowych, ni to komedię omyłek. Tempo akcji spada razem ze spadkiem aktywności przemęczonej Lucynki. Gdzieś w tle przemykają jej rówieśnicy, tata Prandota śle entuzjastyczne wiadomości z wyjazdu, poszukiwania ojca dziecka postępują niemrawo, za to niemowlak podbija bez reszty Lucynkę i panią Lodzię, co może tłumaczyć niechęć do znalezienia wreszcie jego prawnego opiekuna. Nieco ożywienia wniósłby humor, ale jedna pani Lodzia, która używa słów „frenetycznie” i „panicznie” w niewłaściwych znaczeniach, to za mało. Niedookreślone są też realia; chociaż pojawia się dokładna data wydarzeń, to i owo zgrzyta, jakby autorka na szybko poprawiła wcześniejszy maszynopis i oddała go wydawnictwu. Moim zdaniem zmarnowany został pomysł na dobrą książkę o relacjach rodzinno-przyjacielsko-uczuciowych, w zamian otrzymaliśmy dość naiwną fabularnie historyjkę (koszmarne zakończenie!), troszkę nudnawą, choć nie pozbawioną do końca wdzięku.

Maria Kruger, Po prostu Lucynka P., Iskry 1980.

piątek, 4 października 2013

"Siódme wtajemniczenie" Edmund Niziurski

Często, gęsto, czytelnicy odżegnują się od powrotów do literatury z lat cielęcych, bojąc się, że ponowna lektura ulubionych kiedyś książek spowoduje, nazwijmy go roboczo, klops poznawczy. Klops zaś przejawi się m. in. tym, że w całej krasie ujrzymy niedociągnięcia, dłużyzny czy fatalne rozwiązania fabularne, na które, niewyrobionymi czytelnikami będąc, w transie pochłaniania kolejnych stron, nie zwracaliśmy uwagi. Jego symptomem może też być spostrzeżenie, że prawdy objawione, które przemawiały do naszej wyobraźni naście czy nawet dziesiąt lat temu, teraz wywołują w nas śmiech i dobroduszne kiwanie głową. Ba, sama akcja, która kiedyś burzyła w nas krew i wzbudzała chęć do naśladownictwa głównych bohaterów, teraz budzi jedynie politowanie. Piszę o tym wszystkim przy okazji "Siódmego wtajemniczenia", bo to książka, którą dotknął szczególnie ten ostatni objaw właśnie. Tym, którzy w tym momencie mieli szczery zamiar rzucić się w sieciowym odpowiedniku rejtanowskiego gestu, by bronić najlepszej ponoć powieści pana Edmunda, oszczędzę koszul. To, że odbiór jest dziś inny, nie oznacza, że "Siódme wtajemniczenie", to kicha i szkoda na nią czasu. Po prostu, jak śpiewa Krzywy, "to już nie to samo".

Historię Gustawa Cykorza, ucznia klasy 6B i z racji świeżych przenosin do nowej budy, tzw. klasowego fuksa, odbierałem chyba kiedyś bardziej przez pryzmat bogatej, dziecięcej wyobraźni, która pozwalała mi widzieć przedstawioną opowieść w sposób, w jaki postrzegał ją ten biedny, niezrzeszony w żadnej z klasowych koterii (Blokersi vs Matusy), nieszczęśnik. Tajna baza była tajną bazą, a nie opuszczonym górniczym pomieszczeniem ukrytym między hałdami. Serkoza i mlekoza były tajemniczymi substancjami, a nie kefirem czy jogurtem dostępnymi dziś w każdym sklepie. Arsenał robił kolosalne wrażenie, a nie, jak dziś, wywoływał cyniczny uśmieszek. Że nie wspomnę już o Wielkiej Kołomyi Elementarnej, którą wówczas chciało się przetestować w szkole, a obecnie, cóż ... Słowem, całość miała posmak Wielkiej Przygody i brało się to wszystko z dobrodziejstwem inwentarza w postaci odlotów z Komandorem czy innych oniryczności, które podczas ponownej lektury tylko mnie drażniły.

Można by zamknąć "Siódme wtajemniczenie" w słowach - kluczach, tak chętnie używanych w dorosłym opisywaniu książek. "Powieść inicjacyjna", "z pogranicza jawy i snu" czy też mająca "cechy realizmu magicznego", jak chce polska Wiki. Można, ale po co? To przecież, tylko lub aż, świetna opowieść o młodym chłopaku, który szuka swojego miejsca w nowej budzie. Który chce się dostosować i szamocze w wyborach, jednocześnie próbując pozostać sobą i nie sprzeniewierzyć się swoim ideałom. Jest też "Siódme ..." niezłym studium władzy oraz życia w organizacji, oczywiście wszystko z przymrużeniem oka. Całość okraszona humorem ("opaczkowywanie" jeńców bawiło mnie tak samo mocno jak kiedyś), dynamiczna (z niewielkimi wyjątkami) i świetnie napisana. Niestety, podobnie jak Marlow, nie jestem pewien czy na tyle to wszystko atrakcyjne, żeby przyciągnąć współczesnego, młodego człowieka.

niedziela, 22 września 2013

Pan Samochodzik i święty relikwiarz - Zbigniew Nienacki



Trzecia z książek o młodym Panu Samochodziku chyba najbardziej przypadła mi do gustu. Najbliżej jej duchem do właściwej serii, jest porządna historyczna zagadka, jest atmosfera tajemnicy, a niekiedy i lekka grozą powiewa, jest wreszcie bardzo ciekawe miejsce akcji. A dzieje się rzecz w samym środku bagnistej łąki, na niewielkiej "wysepce', zwanej właśnie Uroczyskiem, na której znajduje się spory kopiec, zdaniem archeologów - kryjący stary kurhan. Okolice bagnistej łąki, zamieszkanej li i jedynie przez żarłoczne komary, to zapadłe wsie, których mieszkańcy podejrzliwie łypią okiem na bandę archeologów, którzy przybyli zapewne szukać skarbów. Żeby się jeszcze do łypania ograniczali, ale na domiar złego, jak mogą, tak się starają utrudnić naukowcom życie. Nie dość że nie chcą im sprzedawać jedzenia, to jeszcze kradną im narzędzia, zwalając winę na... diabła Kuwasę, czyli lokalnego Lucyfera, w którego wydaja się święcie wierzyć. Toteż grupa badaczy, w której plącze się przyszły Pan Samochodzik vel Tomasz, zamiast rozkopywać kurhan, głównie złorzeczy wieśniakom i gra w siatkówkę. Tomasz w rozrywkach udziału nie bierze, bo - jak zwykle - nie może jakoś odnaleźć wspólnego języka z rówieśnikami. Za to jest zafascynowany znajdującą się nieopodal kolegiatą, potężną romańską budowlą, która wydaje się dziwnie na na miejscu, stojąc na tym odludziu*. Wiąże się z nią tajemnica zaginionego relikwiarza, a jej grube mury kryją skrytkę, do której nie sposób się dostać.

Sam Tomasz natomiast nadal pozostaje dość niesympatycznym typem. Tchórz (do czego się zreszą przyznaje) i ślamazara, zupełnie niewysportowany, co mu płeć piękna nie zapomni wytknąć. Matematyka i łacina to jego dwie achillesowe pięty. Jakim cudem wyrośnie z niego przyszły detektyw? Mimo wszystko młody Tomasz i Pan Samochodzik z późniejszych tomów, to postacie charakterologicznie spójne - podejrzewam, że Nienacki obu stworzył na swoje podobieństwo. Uwaga - to jedyny tom, który kończy się Tomaszem zakochanym z wzajemnością...

O kompletnym pomieszaniu chronologii pierwszych trzech tomów (lub  trzech prequeli do serii, czy jak je chcecie nazywać) oraz zmianie tytułów pisałam już tutaj i tutaj.

Zbigniew Nienacki, Uroczysko, Nasza Księgarnia 1957.
Zbigniew Nienacki, Pan Samochodzik i święty relikwiarz, Świat Książki 1997.
Wszystkie wydania można zobaczyć TU


* Od razu nasunęła mi się myśl o kolegiacie w Tumie koło Łęczycy i jak się okazało słusznie, bo Autor właśnie nią się inspirował.

piątek, 20 września 2013

Szukam pana Kalandra - Wiktor Zawada





Sylwek Mącik: „ani »orzeł« klasowy, ani ostatni »osiołek«. Ot, zwyczajny chłopiec, jakich wielu spotykamy każdego dnia na swojej drodze”. Ten zwyczajny chłopiec, dzięki wstawiennictwu swojego polonisty, dostaje promocję do następnej klasy liceum, po czym konkursowo podpada gronu pedagogicznemu i własnym rodzicom. Krewki ojciec widzieć nie chce jedynaka na oczy, zabiera matkę chłopaka i wyjeżdża na wieś. A ty, Sylwku, radź sobie sam.

W gruncie rzeczy Sylwek to porządny, chociaż chwilami naiwny chłopak, więc postanawia wziąć się w garść i znaleźć jakąś pracę. Po ostrej rywalizacji zdobywa posadę gońca w lokalnym „Gońcu Wieczornym”. Poznaje tajniki pracy redakcji, bierze udział w kilku spektakularnych dziennikarskich wyczynach, które elektryzują miasto, nawet sam zaczyna pisać krótkie notatki. Rzecz jasna, przy okazji wiele razy daje się wkręcić i pada ofiarą licznych psikusów, zwłaszcza w drukarni, którą sobie szczególnie upodobał.

Rywalem Sylwka o pracę był Józek Kurzawa zwany „Kardynałem”, mający już to i owo na sumieniu. Mącik jednak, z delikatną zachętą „czynników oficjalnych” w postaci sierżanta MO, stara się z Józkiem zaprzyjaźnić i pomóc mu wyjść na prostą. Sam, oczywiście, przy tym daje się wykorzystywać i wpada w kłopoty.

Pisząc o „Tajemnicy zielonej pieczęci” Hanny Ożogowskiej, Elenoir  zauważyła, że powieściowy element chuligański nosił się w latach pięćdziesiątych z charakterystycznym bikiniarskim szykiem. Późniejsi literaccy chuligani czerpali z wizerunku gwiazd rock’n’rolla czy polskiego bigbitu. I tak Józek „Kardynał” na wizytę do Hanki, koleżanki Sylwka, stroi się nad wyraz elegancko:
Gdyby nie fioletowa, tak dobrze mi znana twarz, przysiągłbym, że w progu stoi jeden z mistrzów mocnego uderzenia. Słynny Beatles, bądź przynajmniej filar NO TO CO. Pod szyją miał żabocik nieskazitelnej czystości, klatkę opinał serdaczek w haftowane kwiatuszki, okrągłe jak rury spodnie ściśle opinały muskularne nogi, obute w trzewiki z zadartymi nosami i na damskim obcasie. Całość osoby wieńczył fantazyjnie zakręcony lok i bokobrody jak u stangreta hrabiego Potockiego, sięgające w dodatku do dolnej szczęki. Bokobrody musiały być chyba doklejone, bo pamiętam, że na basenie miał co najmniej o połowę skromniejsze. W tej chwili od osoby gościa powiało stuprocentowym adikałonem. 
Bigbitowy styl na rysunku Ludwika Paczyńskiego.

(Oryginalny styl a la NO TO CO wyglądał tak:)


To zresztą tylko jeden z licznych w tej książce smaczków z epoki późnych lat sześćdziesiątych. Poza tym jest mowa o chuligańskich wybrykach, bezwładzie biurokracji, której obojętny jest los pamiątek narodowych, kreatywnej księgowości, bezmyślności handlowców, którzy nie chronią sklepów przed włamaniami, a także – co pozostaje tematem wiecznie żywym – o upadku piłki nożnej. Akcja rozgrywa się w nienazwanym mieście położonym nad Brudnicą. Ponieważ Wiktor Zawada był dziennikarzem lubelskim, można podejrzewać, że właśnie Lublin służył mu jako wzór dla miejsca akcji (dziękuję Lirael za konsultacje topograficzne). „Wąskie ulice mieszczańskich kamienic zdobnych w balaski i kopułki oraz nieliczne skąpe w zieleń placyki otoczyły pierścieniem kolorowe osiedla i nowoczesne, przeszklone fabryki”. Uroczy obrazek, chociaż z innego zdania wynika, że te kolorowe osiedla nie miały, jak to zwykle w tamtych czasach i jeszcze długo po nich, żadnej potrzebnej mieszkańcom infrastruktury, skoro „owo »city« do dziś pozostało jednak centrum handlowo-biurowym i miejscem codziennych pielgrzymek mieszkańców kolorowych osiedli”.

Niezłe tempo i mnóstwo humoru to główne zalety powieści. Znakomicie scharakteryzowani są pracownicy redakcji „Gońca”: cała menażeria dziennikarska i woźny, pan Aleksander. Wiele dowiadujemy się o pracy drukarzy z epoki przedcyfrowej. Trochę słabiej wypadają starania Sylwka o umoralnienie Józka „Kardynała”: przez swe szlachetne działania Mącik wpada w rozmaite tarapaty, a przy okazji czytelnik narażony jest na wysłuchiwanie, wraz z bohaterem, licznych kazań. Pod koniec smrodek dydaktyczny robi się dość gęsty i daje się go wytrzymać tylko dzięki temu, że równoważą go detale pracy w drukarni. Mimo to „Szukam pana Kalandra” ma wciąż wiele uroku, a przy okazji jest też dokumentem czasów Władysława Gomułki, choć to z pewnością nie było zamiarem autora.

Wiktor Zawada, Szukam pana Kalandra, ilustr. Ludwik Paczyński, Wydawnictwo Lubelskie 1971.






środa, 18 września 2013

Piraci z Wysp Śpiewających - Adam Bahdaj


Gdyby Adam Bahdaj pisał współcześnie i gdyby istniała jeszcze Jugosławia, podejrzewałbym, że jakieś tamtejsze ministerstwo turystyki zaprosiło tego autora na długie wakacje w swoim kraju, dało sute diety i prosiło, by sławił uroki jugosłowiańskich gór i plaż. „Piraci z Wysp Śpiewających” powstali jednak pół wieku temu, kiedy Polakom każdy zagraniczny wojaż jawił się jako niedostępny luksus, mogę więc uwierzyć, że Bahdaj opiewał góry Sinjajevina i adriatyckie wybrzeże z potrzeby ukazania rodakom kawałka szerokiego świata, do którego zapewne miał łatwiejszy dostęp niż jego czytelnicy.

Jugosławia, według Bahdaja, to piękne góry z czystymi jeziorami i balsamicznymi lasami, zabytkowe miasta pełne pamiątek po Rzymianach czy Wenecjanach, ciepłe morze usiane romantycznymi wysepkami, a także życzliwi i gościnni ludzie, którzy na dźwięk polskiej mowy jeszcze szerzej otwierają serca. Szczególnie jeśli spotkają kogoś takiego jak wujaszek Leon.

Wuj Leon bowiem to postać nieprzeciętna, z rudą brodą godną pirata, partyzancką przeszłością, znajomością języków obcych i nieprzepartym urokiem osobistym. Ma też starodawny samochód zwany pieszczotliwie „mamutem” oraz siostrzeńca, którego zabrał na wakacyjną wyprawę do Jugosławii. Po czym niemal zaraz na jej początku lekkomyślnie zgubił wszystkie przydziałowe dewizy w kwocie stu dwudziestu dolarów. W przeciwieństwie swego czternastoletniego towarzysza podróży, Marcina, nie wydawał się tym szczególnie przejęty i zamierzał jechać dalej, żywiąc się tym, co da natura i rozbijając namiot w co urokliwszych miejscach.

I tak bez pieniędzy, ale za to z uśmiechami na twarzach bohaterowie zwiedzali Jugosławię, popadając w rozliczne tarapaty, z których zawsze wychodzili obronną ręką. O fabule trudno mówić, to raczej ciąg epizodów – dramatycznych, jak zagubienie się w jaskini, awanturnicznych – jak wyprawa paczki małolatów motorówką na pełne morze, czy zabawnych – jak oswajanie dzikiego osła. Wszystko, rzecz jasna, przy słonecznej pogodzie i na tle krajobrazów godnych folderu każdego biura podróży. Nasi bohaterowie nie cenili sobie jednak tłocznych kurortów i eleganckich hoteli, drażniła ich ciżba turystów, która wręcz uniemożliwiała spokojne kontemplowania uroków świata. „Wśród ruin kłębiło się mrowie turystów. Ogromnie im się podobały te ruiny, bo cały czas tylko fotografowali. Nic, tylko pstryk, pstryk! Na tym przecież polega nowoczesna turystyka. Jedzie się tysiąc kilometrów po to tylko, żeby zrobić tysiąc i jedno zdjęcie. [...] Potem [turysta] wraca do Paryża, Londynu, Frankfurtu i chwali się, gdzie to on nie był i czego nie widział, a właściwie nic nie widział, bo patrzał na wszystko przez obiektyw swego aparatu”. Aktualne, czyż nie? Tyle że dziś nawet nie trzeba wracać do domu, żeby się pochwalić, wystarczy komórka z dostępem do internetu.

Bahdaj wykazał się godną podziwu powściągliwością – obcą choćby Zbigniewowi Nienackiemu – i nie okrasił książki encyklopedycznymi informacjami o geografii i dziejach miejsc występujących w książce. Dzięki temu bez trudu można uwierzyć, że jej narratorem jest prawdziwy nastolatek.

Z sielankowymi „Piratami” najlepiej zaszyć się w upalne popołudnie w jakimś przyjemnym cieniu i popijając wodę z cytryną, czytać niespiesznie w oczekiwaniu na własne wakacje. Oby równie udane, jak te wujaszka Leona i Marcina.

Adam Bahdaj, Piraci z Wysp Śpiewających, ilustr. Hanna Kohlmann-Maczubska, Nasza Księgarnia 1980.