Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 kwietnia 2013

Kenneth Grahame, O czym szumią wierzby.

O czym szumią wierzby autorstwa Kennetha Grahame’a to klasyka wysokiego jak dla mnie poziomu, do której niezaprzeczalnie wraca się z przyjemnością po latach. Powieść została napisana w roku 1908, a po raz pierwszy wydana po polsku w roku 1938. Jest to jednak powieść, której treść jest ponadczasowa, nieulegająca ani rozkładowi ani upływom lat. Nadal cieszy się popularnością na całym świecie.

Wkraczamy w świat zwierząt, o ludzkich cechach, przyzwyczajeniach, nawykach, pasjach, wadach. Tak jak ludzie kłócą się o byle, co, godzą, próbują wzajemnie siebie zrozumieć, rozwiązują problemy. Śledzimy losy i przygody Ropucha, Kreta, Myszy, Borsuka, Szczura Wodnego. Pomimo tego, że czasami dochodzi między nimi do nieporozumienia, to jednak żyją w wielkiej przyjaźni i harmonii, wspierają się w razie potrzeby i spieszą z pomocą. Zwierzęta tak jak ludzie mieszkają w domach wyposażonych w potrzebne meble i sprzęty, mają dar posługiwania się ludzką mową i w pewien sposób reprezentują świat wytworny, z klasą, rzec by można angielskich dżentelmenów. Kret jest łagodnym stworzonkiem, domatorem; miły Szczur uwielbia podróżować; zarozumiały Ropuch posiada pałac i jeździ samochodem, a mądry Pan Borsuk potrafi posługiwać się bronią.

Książka doczekała się wielu ekranizacji, szkoda tylko, że nie goszczą one w telewizji. Powieść opowiada o najważniejszych i liczących się w życiu wartościach, o jakich ludzie nie powinni zapominać. Jest pełna ciepła, uroku, czaru i pewnego rodzaju magii. To świat staroświecki, ale i ponadczasowo mądry.

Warto wspomnieć dodanych do wydania o klasycznych i pełnych subtelnej gracji, ilustracjach autorstwa Kingi Paździurkiewicz. Książka przeznaczona zarówno dla młodszego jak i starszego czytelnika. Ponadpokoleniowa. 


Kenneth Grahame, O czym szumią wierzby (Wind in the Willows), wydawnictwo Skrzat, wydanie 2010, oprawa twarda, tłumaczenie: Maria Godlewska, ilustracje Kinga Paździurkiewicz, Seria Klasyka z feniksem, wiek 6+, stron 246.

środa, 10 kwietnia 2013

Frances Hodgson Burnett, Tajemniczy ogród.

Gdy zaczyna się okres grudniowy okres świąteczny poszukuję nieco innych lektur. Przyznam się, że Tajemniczy ogród przeleżał w stosie ładnych parę miesięcy zanim doczekał się mojej łaskawości. Nie oznacza to oczywiście, że książki nie czytałam, bo czytałam, choć lata temu i podziwiałam wersję filmową zrealizowaną przez Agnieszkę Holland. Jest to jedna z tych książek, do których się zawsze wraca z nienasyconą przyjemnością.  Wydanie, które ukazało się nakładem wydawnictwa Skrzat, zostało przetłumaczone przez Pawła Beręsewicza. Wspominam o tym, ponieważ tłumacz wykorzystał gwarę i jasno zróżnicował wypowiedzi bohaterów.

Bohaterka jest Mary Lennox, która po śmierci rodziców przyjeżdża z Indii i zamieszkuje w domu wuja Archibalda Cravena w hrabstwie Yorkshire. Na początku wydaje się, że dziewczynka jest zepsuta, ciągle niezadowolona i krnąbrna. Ciężko jest jej przystosować się do nowych warunków, ale pomagają jej w tym służąca Marta i jej brat Dickon. Wkrótce okazuje się, że dom zamieszkuje syn Archibalda, Colin Craven. Chłopiec jest przekonany o swojej śmiertelnej chorobie i staje się utrapieniem dla domowników. Jest jeszcze oczywiście zamknięty i zaniedbany ogród, który potrzebuje odnowy.

To książka, która fascynuje dzieci i dorosłych i zmusza do refleksji. Pokazuje jak ważne jest beztroskie dzieciństwo i co oznacza, wychowanie dzieci bez obecności rodziców. Wskazuje również jak wielką rolę odgrywa w życiu przyroda, która jest pełna czaru, fantazji, uroku. To historia mądra i bardzo wzruszająca. To wspaniała książka, którą cieszyć się można w każdym wieku.


Warto nadmienić, że w książce znaleźć można klasyczne ilustracje, które utrzymane są w kilku kolorach. Odnajdziemy też grafikę roślin wraz z nazwami i ich łacińskimi odpowiednikami. Książka wydana została w twardej oprawie graficznej, kartki są szyte, a dodatkowa zakładka jest atutem.


Frances Hodgson Burnett, Tajemniczy ogród, wydawnictwo Skrzat, tłumaczenie: Paweł Beręsewicz, ilustracje: Alicja Rybicka, seria: Klasyka z feniksem, kategoria wiekowa: 10+, oprawa twarda, stron 322.   

czwartek, 29 listopada 2012

Stare zamczysko - Johanna Spyri


"Stare zamczysko" to mniej znana powieść autorki 'Heidi" - Johanny Spyri. W dzieciństwie mnie ominęła, a szkoda, bo pewnie bardzo bym ją polubiła. Uwielbiałam ciepłe opowieści o licznych rodzinach, a to właśnie takie dzieło.

Książka opowiada o piątce dzieci pewnej wdowy. W kolejności starszeństwa występuja tu: Bruno, Salomea (zwana Meą), Karol, Lippo i Mezli. Ich matka, pani Maxa Bergamann, jest wdową, ale zapewnia swoim pociechom ciepłe (i raczej zamożne) dzieciństwo, może też w wychowaniu liczyć na wsparcie swojego brata Filipa - ukochanego wujka dzieci.

Dom rodziny Bergamann znajduje się u podnóży wielkiej, starej budowli - zamku Wildenstein. Pani Maxa w dzieciństwie wychowywała się z małymi dziedzicami, więc zna smutną historię, która doprowadziła do tego, że zamczysko stoi od lat opuszczone, a srogi dozorca nie wpuszcza nikogo za próg. Dzieci są, rzecz jasna, zafascynowane zamkiem i historiami o nim. Pewnego dnia rzeczywistość wychodzi na przeciw ich marzeniom i do ich domu przybywają mali potomkowie rodu Wildensteinów.

Największa zaleta tej książki to urocza atmosfera panująca w domu rodziny Bergmanów, która sprawia, że odwiedza się go z przyjemnością. Każde dziecięce serce się tu ogrzeje - ale jednocześnie nie zostanie przesadnie olukrowane. Postaci dzieci są dopracowane, każde jest indywidualnością, ma swoje problemy i radości. Sporo jest tez w tej w historii humoru. Moim zdaniem lektura się nie zestarzała.

W Polsce książka została wydana jako "Stare Zamczysko" (ostatnie wydanie w 1987 r.), natomiast tytuł oryginału to "Schloss Wildenstein" (czyli zamek Wildenstein)*. Książka powstała w 1892 r.



Johanna Spyri, Stare zamczysko, Plejada 1987

* W języku angielskim powieść wydano pod dwoma tytułami: "Maxa's children" oraz "Maezli". (O ile pierwszy tytuł ma sens, bo książka opowiada o dzieciach pani Maxy, to drugi wydaje mi się naciągany. Meazli to imię najmłodszej dziewczynki, wcale nie najważniejszej w powieści. Chyba chodziło o zachowanie ciągłości tytułów książek pani Spyri. Po angielsku ukazała się "Heidi" i "Cornelia", więc i trzecią książkę nazwano dziewczęcym imieniem).

piątek, 6 lipca 2012

Ania z lechickich pól (t. 3) - Maria Dunin-Kozicka

 Oficjalnie, trzecim tomem, zakończyłam przygodę z polską Anią. Recenzja poprzednich części TU i TU.

W tym tomie Ania udaje się do Francji na studia, gdzie w międzynarodowym gronie przyjaciół i z młodzieńczym zapałem rozprawia o budowie lepszej przyszłości. Rozmowy te trącą niestety silnym dydaktyzmem, ale jednocześnie są też dobrym przykładem nastrojów czasów dwudziestolecia, kiedy żywe wspomnienie pierwszej wojny budziło w ludziach chęć przebudowy świata w taki sposób, by już nigdy wojen nie było. Co się, jak wiadomo, boleśnie nie udało.

Ten francuski początek jest średnio udany, ale akcja robi się znacznie ciekawsza po powrocie Ani do Polski. Dziewczyna postanawia od razu stanąć na własnych nogach, znajduje pracę w pomocy społecznej (ze względów ideowych niezmiernie cenioną) oraz malutkie mieszkanko. Trudno powiedzieć, by dziewczyna chowana była pod kloszem (patrz poprzednie części), teraz ma jednak szansę zetknąć się z prawdziwie ciemną stroną życia. Dunin-Kozicka doskonale sportretowała najbiedniejsze dzielnice Warszawy i tłumy potrzebujących - pozbawionych nie tylko pieniędzy, ale i perspektyw, a mimo to nie zawsze prawych i uciśnionych, często znajdujących się w nędzy na własne życzenie lub domagających się pomocy, na która nie zasługują. Jak widać nic się od tamtych czasów nie zmieniło, a pisarka widziała życie nie tylko w bieli i czerni, ale i w całej gamie szarości.

Poza tym mamy oczywiście - jak w tytule - miłość Ani. Bohaterka ma dużą szanse wpaść w tę sama pułapkę, co jej matka i obdarzyć uczuciem kogoś, kto na to nie zasługuje, ale czy wpadnie, czy nie, tego już Wam zdradzać nie będę.

To co jest najbardziej wstrząsające w tej książce z punktu widzenia współczesnego czytelnika, to wszechobecna śmierć. Wielu młodych znajomych Ani umiera, przede wszystkim na gruźlicę, a wśród ubogich podopiecznych nie ma właściwie rodziny, w której żyłyby wszystkie dzieci. To co w obecnej Polsce uznajemy za normę (umiera tylko niewielki procent dzieci i to z powodu nieuleczalnych chorób, a nie biedy, a śmierć młodego człowieka jest zawsze nieoczekiwanym wstrząsem), w czasach Ani uważane byłoby za niewiarygodny dobrobyt. Warto o tym pamiętać, kiedy znów najdzie nas ochota ponarzekać.


Cała trylogia jest niezwykle ciekawa, ale raczej dla dorosłych. Ze względu na mocno archaiczny język pewnie nie znajdzie uznania wśród nastolatków. Polecam jednak wszystkim zainteresowanym, bo poza ciekawą akcją, to fascynujący portret świata od dawna nieistniejącego.

Ania z lechickich pól. T. 3. Miłość Ani, Maria Dunin-Kozicka, Centrum Informacyjno-Reklamowe CIR 1990

lub

Ania z lechickich pól. T. 3. Miłość Ani, Maria Dunin-Kozicka, AIR 1990

wtorek, 22 maja 2012

Pępek węża - Ewa Lach

Ewa Lach jest autorką chyba zupełnie nieznaną czytelnikom poniżej trzydziestki. Ci starsi pamiętają cykl o rodzinie Sawanów oraz „Romeo, Julię i błąd szeryfa”. Te pisane z humorem i pełne celnych obserwacji obyczajowych powieści o nastolatkach i ich problemach niewiele się, moim zdaniem, zestarzały, pomijając może peerelowskie realia. Zasługa to niezwykle naturalnego języka pisarki, która nie siliła się na młodzieżowe stylizacje ani nie operowała drętwym językiem częstym nawet w młodzieżowych utworach z epoki (może dlatego, że sama debiutowała jako szesnastolatka powieścią napisaną trzy lata wcześniej – tyle bowiem trwało w latach sześćdziesiątych wydanie książki). Czyniąc narratorami powieści ich nastoletnich bohaterów, unikała też konieczności rozsnuwania dydaktycznego smrodku, co nie oznacza, że książki nie miały wartości wychowawczych: bohaterowie jednak uczyli się na własnych błędach i sami dochodzili do odpowiednich wniosków.
Przypominam Ewę Lach dlatego, że niedawno wpadł mi w ręce „Pępek węża”, wydany w 1987 roku. Przed lekturą dałbym sobie głowę uciąć, że wcześniej tej powieści nie widziałem na oczy, po przeczytaniu nie jestem już tego taki pewien, gdyż całość brzmiała dość znajomo. Być może dlatego, że skrojona jest według wzoru dobrze opanowanego przez autorkę, co jednak nie oznacza wtórności i nudy.
„Pępkiem węża” jest Renata Miś. Jak sama wyjaśnia: „Jestem pępkiem węża! [...] Turystycznego, rodzinnego. Wiesz, taki się czasem formuje rządek pod górkę. Głowa węża: tata, szyja: babcia [...]. Pierś węża to mama, bo głównie zajmuje się karmieniem. Pępek to ja, a ogon: reszta”. Podczas wakacyjnej wyprawy z wężem rodzinnym w góry poznaje Rafała, a ta przypadkowa znajomość ściągnie na nią kłopoty. Po powrocie do domu Renata z niepokojem zaczyna obserwować, jak stosunki między rodzicami zaczynają się psuć: padają ostre słowa, zarzuty, pretensje. Dziewczyna za przyczynę zamętu uznaje Pannę Magister, współpracowniczkę ojca, która prosi go o pomoc w jakichś doświadczeniach, a potem zaczyna coraz częściej odwiedzać w domu. Przejęta domniemanym rozpadem małżeństwa rodziców Renata zaczyna mieć problemy w szkole, pogarszają się też jej stosunki z koleżankami, gnębi ją zazdrość o ładną i utalentowaną kuzynkę, która pomieszkuje u Misiów. Coraz częściej słyszy wyrzuty matki i kazania ojca. Wreszcie postanawia wymyślić coś, żeby uratować swoją rodzinę i odstraszyć nielubianą Pannę Magister. Podejmuje też próbę wyciągnięcia się z dwój i zaprzyjaźnienia z dotychczasową rywalką z klasy. Znienacka na jej życiu mrocznym cieniem kładzie się niepokojąca postać Rafała, który okazuje się narkomanem. (Swoją drogą, w jakiej sielankowej epoce rozgrywa się akcja: ojciec chemik musi wyjaśnić swoim dzieciom, co to są narkotyki i czym grozi ich zażywanie. Dziś pewnie zostałby przez progeniturę zabity śmiechem i poinformowany, co zażywa się na szkolnych wycieczkach i jakie są efekty. No może przesadzam, przypuszczalnie szczerość w stosunkach rodzice-dzieci aż tak nie wzrosła).
Akcja toczy się wartko, nie brakuje dramatycznych zwrotów, tylko humoru jakby mniej niż w innych powieściach Ewy Lach. Na tle dzisiejszej literatury dla nastolatków, złożonej chyba wyłącznie z tłumaczonych pamiętników księżniczek i tłuczonych seryjnie (podejrzewam, że przez automaty) romansów wampirycznych, książka wypada zaskakująco świeżo, mimo upływu lat. Nie wiem, czy z tą opinią zgodziliby się gimnazjaliści. Dla nich pewnie Renata Miś i jej problemy to jakiś kompletny Spitsbergen (jak mawia bohaterka), a sama powieść to koszmarna ramota (zamiast „ramota” wstawić dowolne młodzieżowe słowo oznaczające obciachowy staroć). I na dodatek bohaterowie, żeby zadzwonić, biegają do sąsiadów. A to już zupełnie nie do pojęcia. Starszym natomiast polecam, może nie na początek znajomości z twórczością Ewy Lach, ale dla jej rozszerzenia.
Ewa Lach, Pępek węża, Czytelnik 1987.

sobota, 12 maja 2012

Karolcia - Maria Krüger

M. Kruger, Karolcia, Wyd. Siedmioróg 1995, s. 134.
 
Wiele osób wymienia "Karolcię" jako jedną z najulubieńszych książek dzieciństwa. Jej obecność w kanonie lektur szkolnych dla najmłodszych sprawia, że nie sposób nie znać tej opowieści o błękitnym koraliku. Któż z nas nie chciał mieć takiego talizmanu! Kto nie marzył o tym, by być niewidzialnym, by latać czy rozmawiać ze zwierzętami! Czytając "Karolcię" można tego było doświadczyć choć w wyobraźni. Maria Krüger, znana autorka literatury dziecięcej, napisała tę powieść w 1959 roku, a więc już od ponad pół wieku kolejne pokolenia czytają o perypetiach sympatycznej dziewczynki.

Karolcia ma osiem ( no, prawie dziewięć) lat, wraz z rodzicami i ciotką Agatą przeprowadza się do nowego mieszkania przy ulicy Kwiatowej. W szparze podłogi starego lokum znajduje śliczny błękitny koralik. Szybko okazuje się, że ma on magiczną moc- spełnia życzenia. Dziewczynka dzieli się swoją tajemnicą z kolegą Piotrem, razem przeżywają niesamowite przygody. Muszą być czujni, by talizman nie wpadł w  ręce złej czarownicy Filomeny, która przybiera ciągle nowe twarze. Przed nimi także pewna misja - ocalić ogród - miejsce zabaw okolicznej dzieciarni. Czy im się to uda i co się stanie z kamyczkiem - trzeba przeczytać!

W opowieści pojawiają się latająca taksówka, domek Baby- Jagi. Indianie oraz zaczarowane kamienne lwy, zwariowane hece dzieją się w domu towarowym i w zoo. Jest także codzienne życie, w którym trzeba rano jeść owsiankę i szybko wracać z podwórka do domu na obiad, żeby mama się nie martwiła. Wśród bohaterów są zarówno dzieci - koleżanki i koledzy głównej dwójki - jak i dorośli, np. wspomniana ciocia,  rodzice, czy sam prezydent miasta, ale również czarownica. Zwyczajność została okraszona magią i baśniowością. Całość jest opowiedziana prostym językiem, zrozumiale dla kilkulatka.

Dla młodego czytelnika najważniejsze i najbardziej przemawiające są przygody, humor, fantastyka. To wszystko jest w "Karolci", ale i nie obędzie się bez nutki nienachalnego dydaktyzmu. Autorka nie prawi morałów, a pozytywne wartości ukazuje poprzez zachowanie, decyzje i czyny bohaterów. Karolcia i Piotr mają możliwość spełnić swe marzenia, na wyciągnięcie ręki mogą mieć najwspanialsze zabawki. Czy jednak piękna lalka warta jest ubytku mocy niebieskiego koralika? Dzieci dokonują wyboru i postanawiają uczynić coś dla innych, dla wspólnego dobra, zależy im na tym, aby wszyscy mieszkańcy ulicy Kwiatowej byli szczęśliwi.

Przyjemnie czyta się "Karolcię", także po latach. Nie ma w niej natłoku szczegółów z minionej epoki, który sprawiałby, że tekst "trąci myszką" i wymaga przypisów dla współczesnych najmłodszych odbiorców. Chociaż kilka "reliktów" można by znaleźć np. popołudniowe wydania gazet - dziś wszystkie bieżące wiadomości bohaterowie znajdowaliby na lokalnym portalu, domy towarowe  - dziś mowa byłaby o hipermarketach. Uśmiech, w sensie pozytywnym, budzą marzenia dzieci - skakanka, wrotki, spotkanie z Indianami. Dziś byłyby to smartfony, kinekboxy i bógwico. [W ogóle idea ogrodu-parku, gdzie wszyscy się bawią na karuzeli, huśtawkach, zjeżdżalni i kołobiegu (!)*, wydaje się dziś ciut archaiczna. Nie byłoby sprzeciwu, gdyby zrównano plac z ziemią i postawiono McDonalds'a.] 
Ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi....Gdzie te szczere, wrażliwe, dobroduszne i grzeczne dzieciaki... Kto wie, jaki użytek z magicznego błękitnego koralika uczyniłyby w naszych czasach współczesne latorośle...

Spod pióra M. Kruger wyszła także druga część przygód Karolci - "Witaj, Karolciu"(1970), a Krzysztof Zięcik napisał kolejną - "Karolcia na wakacjach" (2009). Osobiście nie czytałam żadnej z nich. Wolę pozostać w sentymentalnym świecie pierwszej opowieści. Egzemplarz, który czytałam niegdyś, pochodził ze szkolnej biblioteki, był obłożony w szary papier, więc nie pamiętam okładki, ale kojarzy mi się mniejszy format, a co za tym idzie większa objętość książeczki.

(*Ten sam sprzęt z zabaw dziecięcych wspominała M. Kuncewiczowa w "Fantomach")

poniedziałek, 7 maja 2012

Kaktusy z Zielonej Ulicy - Wiktor Zawada

Przybyłem, przeczytałem i … roześmiałem się radośnie, bo choć nie da się ukryć, że prawie czterdziestolatek odbiera tę książkę zupełnie inaczej niż rówieśnik głównych bohaterów (powiedzmy 10-latek), to jednak nie zmieniło się aż tak wiele.
“Kaktusy …”, to książka o wojnie widzianej oczyma grupy urwisów, mieszkańców domu usytuowanego przy jednej z zamojskich ulic. Dzidek Cent, Bysiek Stawski, Milka i jej brat Jędrek Szelest, spędzają wakacje 1939 roku bawiąc się w Indian, tłukąc z ekipami z innych ulic i próbując poradzić sobie z andrusem i psotnikiem z sąsiedztwa - Jaśkiem od Pawła. Niestety, nadchodzi 1 września ...
Eee, sztywna ta notka mi wychodzi jakby mi kto kij w...  portki wsadził! A przecież, mimo całej okupacyjnej grozy, mimo atmosfery ciągłego zagrożenia, widoku śmierci i kolejnych niemieckich okrucieństw, których świadkami są dzieci, to książka pełna humoru i żywa jak srebro, do którego czasem porównujemy niesfornych małolatów. Bo jak tu się nie uśmiać z Polci Kapelusik, która wali z pierwszego piętra doniczką prosto w łeb volksdeutscha Pacurka? Jak nie dopingować Kaktusów, kiedy wycinają Szwabom kolejne numery nie zważając na własne bezpieczeństwo? Jak nie przyklasnąć Jaśkowi, który z młodego - gniewnego półanalfabety, przeistacza się w wykształconego, małoletniego patriotę. Nie da się i nie dało ćwierć wieku temu, podczas pierwszej lektury.
Dzisiejsza młodzież powie pewnie: “Nudy!”, bo to i wampirów nie ma, a choćby i tak spektakularnych wybuchów jak te z opisywanego niedawno “Jutra”. Co to, teczkę Niemcowi ukradli albo budkę wartowniczą przestawili? Phi, też mi! Ja zaś uważam, że warto zwrócić na ten staroć uwagę, bo lektura ta, to świetna lekcja przyjaźni, historii i patriotyzmu. I choć można kręcić nosem, że dziś się tak dla młodzieży nie pisze, a przygody ekipy z Zielonej trącą, w dobie wirtualnych zabaw i organizowania dziecku czasu (hippika, karate, balet etc.), myszką, to ja zachęcam do lektury. Niech dzieciaki zobaczą, że kiedyś wystarczyło parę leszczynowych kijów, latarka wyproszona od ojca i dwa wiadra rozbuchanej wyobraźni, żeby przeżyć jedne z najlepszych przygód dzieciństwa. A że przy okazji młodzi czytelnicy poznają ciemne strony II wojny światowej? Tym lepiej. Dla mnie - bomba!

poniedziałek, 12 marca 2012

Księżniczka - Zofia Urbanowska

Słyszałam o dydaktyzmie Zofii Urbanowskiej, oglądałam romansową okładkę z serduszkiem (ohydną, swoją drogą) i byłam pełna jak najgorszych przeczuć co do lektury. Tymczasem "Księżniczka" okazała się przemiłą niespodzianką. W swoich czasach zresztą była "bestsellerem" i nawet przetłumaczono ją na język francuski. Chętnie czytałabym więcej takich polskich perełek. Jane Austen i siostry Bronte wielkimi są, ale na Anglii świat się nie kończy, a polskie panienki XIX-wieczne też miewały ciekawe żywota ;)

Zofia Urbanowska
Księżniczka 
1886
Wyd. Tenten 1991

Bohaterka książki, siedemnastoletnia Helenka, wychowywała się w bogatym domu. Śliczna jak obrazek dziewczyna ma dobre serce, ale przyzwyczajona jest do zbytków i zaspokajania zachcianek. Jej matka to wzór arystokratki, kobieta, której ulubionym zajęciem jest siedzenie w pozie omdlałej na szezlongu, a w swej córce wytrwale pielęgnuje ów uroczy "rys słabości", który jej zdaniem jest główną ozdobą dziewczyny. Ojciec to człowiek dobry, ale niepotrafiący gospodarować pieniędzmi, których zawsze miał pod dostatkiem. Dobre serce i nieumiejętność odmowy wpędzają go w końcu w poważne długi. Rodzina staje na skraju bankructwa.


Helenka, dotąd żyjąca głównie myślą o balach, na których właśnie zaczęła bywać, staje nagle w obliczu nieuniknionej nędzy. Matka ma dwie białe, delikatne i lewe rączki, ojciec jest stary i schorowany, a ratunku szuka w modlitwie. Helenka musi zakasać swoje muślinowe rękawki i wziąć się do pracy.

Jako "panna sklepowa" trafia do firmy ogrodniczej i domu rodziny Radliczów. Dom ten w niczym nie przypomina jej własnego. Rodzina nazywana jest przez Helenkę szyderczo "kwakrami" - ze względu na skromny i prosty styl życia. Powoli jednak rozpieszczona panienka dostrzega pielęgnowane przez Radliczów wartości i rozpoczyna długi a zwłaszcza nader bolesny proces wewnętrznej przemiany.

Obawiałam się ciężkiego przypadku romansu, ale wątek miłosny występuje tu na bardzo dalekim planie. Główną rolę odgrywa przemiana bohaterki oraz zmagania z ciężką sytuacją finansową. Walka Helenki o uratowanie rodziców przed bankructwem naprawdę wciąga. W dodatku historia pracy bohaterki nad własnym charakterem jest psychologicznie prawdziwa - żadne tam hop siup, tylko pot, łzy i wewnętrzny bunt. Poza samą fabułą powieść jest po prostu ciekawym obrazkiem obyczajowym Polski okresu rozbiorów, a także stosunków polsko-niemieckich. W dodatku to zdecydowanie pozytywistyczno-feministyczne dzieło, podkreślające rolę kobiet w społeczeństwie, a także konieczność kształcenia tychże w czymś więcej niż śpiew i haft. Książka Urbanowskiej niewątpliwie ma pełnić rolę edukacyjną, zresztą została napisana na konkurs "Tygodnika Ilustrowanego" na powieść ukazującą obraz i wzór "dojrzałej kobiety, a kobieta przedstawiona być miała na polu właściwego jej działania w rodzinie lub poza jej obrębem". Abstrahując jednak od nauk płynących z lektury, sama fabuła jest wyjątkowo wciągająca, styl uroczy, a przekazywane nauki niezmiennie aktualne.

Zachęcam gorąco i samej sobie życzę podobnych literackich odkryć.