Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść fantastyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść fantastyczna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2014

Piotruś Pan i Wendy - J.M. Barrie

Dopiero co pisałam o pewnym bohaterze, którego zna każdy, nawet jeśli nie czytał powieści, a już nam się na tapetę (a raczej na bloga) pcha kolejny. Oto ON - zawsze młody, zwinny, sprytny, skory do przygód i nieznośnie zarozumiały. Piotruś Pan. Chłopiec, który z kart literatury dla dzieci przeskoczył do poradników psychologicznych, stając się archetypem wiecznie niedojrzałego mężczyzny. W tym wpisie nie będziemy jednak zajmowali się infantylizmem i problemami damsko-męskimi, jaki tenże generuje...

No, dalej, myślimy o czymś przyjemnym i lecimy za Piotrusiem - cały czas prosto, aż do rana. Jeśli coś Wam zabrzęczy koło ucha nie łapcie za zwiniętą gazetę - to nie mucha, tylko wróżka, zwana Cynowym Dzwoneczkiem. Tylko uważajcie - jest zabójczo (dosłownie) zazdrosna o Piotrusia. Tego uroczego łobuziaka, który ma jeszcze wszystkie mleczne zęby i który jest przekonany o własnej wspaniałości. "Ależ ja jestem sprytny!" - powtarza, nawet jeśli sprytem wykazał się tak naprawdę ktoś inny. Aha, szarpnijcie Piotrusia czasem za nogę i przypomnijcie mu swoje imię. Ma w zwyczaju zapominać, jeśli za długo kogoś nie widzi. A chociaż nauczył Was latać, to przecież nie powiedział, jak się ląduje. Nie jest to proste i może być dość nieprzyjemne - jeśli na przykład trafi Was strzała zapodzianych chłopców. Albo jeśli z jakichś niewytłumaczalnych przyczyn najdzie Was chęć lądowania na terytorium Czerwonoskórych lub na pirackim statku Kapitana Haka. Nie róbcie tego zresztą, proszę. W końcu Kapitan Jakub Hak był jedynym człowiekiem, którego bał się Długi John Silver (a przecież nawet sam Flint bał się Długiego Johna)*. Najokrutniejszy z okrutnych, z hakiem zamiast dłoni, a jednocześnie szalenie samotny wśród innych piratów, tak irytująco nieokrzesanych. Sam Hak był namiętnie przywiązanym do dobrych manier absolwentem doskonałej szkoły z tradycjami. Nienawidził Piotrusia Pana za jego zarozumiałość, a zarazem potwornie dręczył się przeczuciem, że być może maniery Piotrusia są w istocie lepsze niż jego...

Już lepiej lądujcie wśród Czerwonoskórych, być może wykorzystacie element zaskoczenia, bo tego się na pewno nie będą spodziewać. Nibylandia jest co prawda światem wyobraźni, ale jednak działa według ściśle ustalonych reguł. Istnieje na przykład procedura wojny z Czerwonoskórymi. Indianie ZAWSZE atakują pierwsi, tuż przed świtem, podczas gdy biali stawiają palisadę i czekają, nerwowo nadeptując na suche gałązki... 

Ale "Piotruś Pan i Wendy" to nie tylko dzikie przygody, walki z Indianami i piratami. To w dużej mierze opowieść o... matkach. O matkach, które będą czekać na swoje zagubione dzieci, jak długo będzie trzeba (a może wcale nie będą? Czy to była prawda, Piotrusiu, czy tylko jedno z twoich zmyśleń?) O dzieciach, które będą zawsze do swoich matek tęskniły (a może istnieje jeden wyjątek?). O Wendy - postaci tytułowej na równi z Piotrusiem - małej dziewczynce, która stała się przybraną matką dla całej gromadki chłopców. Swoją drogą, Wendy to nieco irytujący jednowymiarowy koncentrat instynktu macierzyńskiego. Radością  jej życia było gotowanie, pranie, sprzątanie, cerowanie skarpet, opatulanie kołderkami i podawanie lekarstw, niech się schowa Śnieżka ze swoimi krasnoludkami.

Ale co ja Wam będę opowiadać, sami przeczytajcie.


Geneza powstania powieści o Piotrusiu Panu została spopularyzowana w filmie "Marzyciel" z Johnym Deppem w roli J. M. Barriego. Pisarz był zaprzyjaźniony z rodziną nazwiskiem Llewelyn Davies, która "obrodziła" w małych chłopców - było ich aż pięcioro. Kiedy Barrie poznał Daviesów na świecie był Geoge, John i malutki Peter. Pisarz zabawiał straszych braci opowieściami o tym, że ich mały Peter potrafi latać, ponieważ dzieci przed urodzeniem się są ptakami. Tak narodziła się postać Piotrusia Pana**. Niektórzy uważają też, że pierwowzorem bohatera mógł być starszy brat pisarza, David, który zginął tragicznie w wieku lat trzynastu. W literaturze Piotruś Pan pojawił się w roku 1902, w kilku rozdziałach utworu dla dorosłych (sic!), zatytułowanego The Little White Bird. Dwa lata później Barrie napisał sztukę teatralną, w której również pojawiła się postać Piotrusia Pana, Peter Pan; or, the Boy Who Wouldn't Grow Up. W 1906 r. wspomniane rozdziały zostały wydane osobno, już jako historia dla dzieci, pod tytułem Peter Pan in Kensington Gardens. Zaś w 1911 r. na półki trafiła wreszcie powieść Peter Pan and Wendy, oparta na owej sztuce teatralnej. 

Chłopcy Daviesów z ojcem
Co się stało z rodziną Daviesów? Zanim Piotruś Pan wylądował po raz pierszy na kartach książki na świecie pojawił się  Michael, a w 1903 r. ostatni z braci - Nicholas. Niestety, nad rodziną wisiało chyba jakieś fatum. Najpierw zmarł ojciec, a niedługo po nim matka. Barrie został jednym z opiekunów chłopców. George i Michael zmarli młodo, pierwszy zginął w czasie walk I wojny światowej, drugi utonął. Peter Llewelyn Davies natomiast uważał "Piotrusia Pana" za swoje przekleństwo - prasa uwielbiała pisać o nim per "Piotruś Pan" ("Piotruś Pan się żeni", "Piotruś Pan idzie do wojska"). Szalę goryczy przeważył fakt, że nie odziedziczył po pisarzu praw do jego powieści (otrzymał je londyński szpital dziecięcy), co wynagrodziłoby mu irytujący rozgłos. Być może to stało się jedną z przyczyn jego alkoholizmu. Ostatecznie Peter popełnił samobójstwo.
 
J.M. Barrie

"Piotruś Pan" doczekał się trzech polskich tłumaczeń. Po raz pierwszy powieść została wydana już w 1913 r. w przekładzie Zofii Rogoszówny, kolejne było tłumaczenie Macieja Słomczyńskiego, a ostatnie -  Michała Rusinka. 

Powstało sporo ekranizacji "Piotrusia Pana i Wendy" - pierwsza, niema, w 1924 r.
 

Dobrze widzicie, Piotruś Pan był kobietą ;)

Disney stworzył dwa filmy animowane - pierwszy "Piotruś Pan" z 1953 r. był oparty na sztuce teatralnej Barriego Peter Pan; or, the Boy Who Wouldn't Grow Up. Drugi, Piotruś Pan: Wielki powrót z 2002 r. bazował na krótkim fragmencie zakończenia książki "Piotruś Pan i Wendy", mówiącym o córce Wendy - Jane. Powstała też całą seria (sześciu jak dotąd) filmów o Dzwoneczku, taki nibyprequel do Piotrusia Pana. 

Przy całym szacunku do produkcji Disneya, zwłaszcza tych klasycznych, uważam, że udisneyowienie zrobiło krzywdę wielu książkom. "Piotruś Pan i Wendy" jest naprawdę rewelacyjną lekturą, ale bywa smutny, poważny i... drastyczny. Zabija się tu naprawdę, "na śmierć". 

W 2003 r. powstała bardzo dobra, moim zdaniem, ekranizacja w reżyserii P. J. Hogana, która nie odbiera "Piotrusiowi" ani uroku, ani powagi. A bohater już zawsze będzie miał dla mnie uśmiech Jeremy'ego Sumptera...

 












Warto wspomnieć też o filmie "Hook" z 1991 r., inspirowanym "Piotrusiem Panem", z Robinem Williamsem w roli tytułowej i Julią Roberts jako Dzwoneczkiem.






* Uwielbiam tego typu odwołania w literaturze. Długi John i Flint to oczywiście piraci z "Wyspy Skarbów" Stevensona.
** Peter Pan - "Pan" od imienia bożka z greckiej mitologii, nie mylić z "panem Piotrem" (wtedy oryginał musiałby mieć tytuł Mr. Peter ;))

Piotruś Pan i Wendy, J.M. Barrie (tłum. Michał Rusinek), Znak Emotikon, Kraków 2014

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak za egzemplarz książki - dzięki niej odbyłam wreszcie podróż, która ominęła mnie w dzieciństwie.

środa, 3 października 2012

"Wielka, większa i największa", "Długi deszczowy tydzień" - Jerzy Broszkiewicz


Właściwie nie wiem, czy powinnam pisać o tych książkach w tonie pochwalnym, czy krytycznym - mój stosunek do nich podlegał znacznym przemianom w czasie.

"Wielka, większa i największa" została wydana w 1960 r. i przez wiele lat była lekturą dla klas piątych. Bohaterowie to znajomi z podwórka, Ika (Irka) i Groszek, którzy odkrywają na parkingu samochód marki Opel Kapitan. Kapitan okazuje się być obdarzony inteligencją - dzięki niemu dzieci przeżywają trzy niezwykłe przygody, co jedną to większą, jak w tytule. Najpierw ratują małego chłopczyka z rąk porywaczy, potem załogę samolotu rozbitego na Saharze (sic!), a w końcu całą ludzkość - przekonując przedstawicieli pozaziemskiej cywilizacji, że ludzie to całkiem miłe stworki są, a te bomby atomowe, to tylko taki wypadek przy pracy.

Sześć lat później Broszkiewicz opublikował dalsze przygody Iki i Groszka, w książce pt. "Długi deszczowy tydzień", całkiem odmiennej od poprzedniczki. Nie ma tu żadnej fantastycznej otoczki, to typowa opowieść przygodowa o grupie dzieciaków, które wyręczają milicję i samodzielnie łapią przestępców - w tym przypadku cynicznych złodziei dzieł sztuki ludowej. Wyraźnie jest tu nawet wspomniane, że "Wielka, większa i największa" to literacka fikcja, książka napisana przez tatę Groszka, a gadające samochody nie istnieją.

Obie książki doczekały się licznych wznowień, a "Wielka, większa i największa" została zekranizowana w 1963 r.

Z "Wielką, większą..." zetknęłam się najpierw w szkole, prawdopodobnie właśnie w tej piątej klasie i nie mogłam przez nią przebrnąć. Nie wiem czemu, byłam przecież dzieckiem czytającym namiętnie, a jednak z miejsca zapałałam szczerą niechęcią do wydumanych przygód bohaterów i głupiego grata. Kilka lat później sięgnęłam po książkę jeszcze raz, dobrowolnie, mimo że wyrosłam już z grupy docelowej, i szalenie mi się spodobała. Do tego stopnia, że do dziś zdarza mi się ją podczytywać.

Dla odmiany "Długi deszczowy tydzień", przeczytany też w dzieciństwie, jakiś czas po "Wielkiej, większej..." od razu mi się spodobał. Żywiłam szczere uwielbienie dla dziecięcych prlowskich detektywów, te wszystkie kapelusze za sto tysięcy, czarne parasole, o Janeczce i Pawełku nie wspominając, to był mój żywioł. W ramach sentymentalnych powrotów zafundowałam sobie teraz ponowną lekturę powieści i... straszliwie się rozczarowałam. Fabuła dość oklepana, czyta się może nie najgorzej, ale te dzieci... Schematyczne postaci, zbudowane wokół jednej cechy charakteru (Pacułka dużo je i mało mówi, Włodek w kółko wtrąca angielskie zwroty, a Katarzyna ma nietypowy dla dziewczyny umysł ścisły), wyrażające się zupełnie niedziecięcym językiem, zresztą myślące też po dorosłemu (a średnia wieku to jakieś 12-14 lat). Niektórych wspomnień lepiej chyba nie próbować wskrzeszać...

W dzieciństwie podobała mi się też szalenie powieść science-fiction Broszkiewicza "Ci z Dziesiątego Tysiąca" i jej drugi tom "Oko Centaura". I trochę się teraz boję ponownie sięgać...


środa, 29 lutego 2012

Niekończąca się historia - Michael Ende

 

Każdy pewnie zna (przynajmniej każdy w wieku zbliżonym do mojego ;)) "Niekończącą sie historię" za sprawą ekranizacji z 1984 r. (Czy gra wam teraz w głowie piosenka Limahla "Neverending stooory" la lala la la la...?)

Był sobie kiedyś chłopiec imieniem Bastian, zaniedbywany przez owdowiałego ojca, wyśmiewany przez kolegów. Chłopiec zdobył wielką tajemnicza księgę i wyczytał w niej historię Fantazjany, krainy, której grozi ogromne niebezpieczeństwo, gdyż pochłania ją nicość, a jej władczyni, Dziecięca Cesarzowa, jest nieuleczalnie chora. Na poszukiwanie lekarstwa dla niej wyruszył Atreju, z pomocą Fuchura, smoka szczęścia. Bastian kibicował jego poszukiwaniom, az w końcu sam stał się częścią niekończącej sie historii i mógł ocalić Dziecięcą Cesarzową i Fantazjanę.

Wszyscy znamy tę historię, ale to nie jest cała historia. To nawet nie jej połowa.

Filmowcy zekranizowali tylko pierwszą część opowieści. Nie wspomnieli o tym, że Bastian na długi czas pozostał w Fantazjanie, próbując w tym czasie obalić Dziecięcą Cesarzową i sam obwołać się Dziecięcym Cesarzem, a także zabić Atreyu. Nie żartuję. Z kolei Fantazjana to też nie takie milutkie miejsce, jak można by sądzić na podstawie filmu - ograbiła Bastiana ze wszystkich wspomnień, odebrała mu nawet imię i o mało co chłopak nie skończył w mieście pełnym obłąkanych. Więc jeśli zastanawiacie się, czy warto przeczytać książkę, jeśli zna się film, możecie być pewni, że warto.

"Niekończąca się historia" zaskoczyła mnie swoim mrokiem. Bliżej jej do "Księgi Rzeczy Utraconych" Connelly'ego niż do Krainy Narnii. Mamy tu doskonałe obrazy depresji, czystego zła, podstępu, obłędu i wreszcie przerażającą, niepowstrzymanie postępującą nicość. Może lepiej, że nie czytałam tej książki w dzieciństwie - miałabym koszmary. To bardzo dorosła powieść o fantazji. Pisarz tak połączył wszystkie składniki, że ani dorosły, ani młody czytelnik nie będzie się nudził przy książce, a każdy dostrzeże w niej coś innego.Tak samo zresztą było w przypadku innej książki Endego, którą czytałam - "Momo" - ona także pod fabułą dla dzieci kryła bardzo poważne treści.


Ende to mistrz wyobraźni, jego fantazja - tak jak i Fantazjana - nie mają granic. Nigdzie nie spotkałam tylu przedziwnych stworów - prawdę mówiąc, niektórych upiornych, jakby żywcem wyjętych z obrazu Hieronima Boscha - i takiego nagromadzenia nazw i imion, prawdziwych łamańców językowych (ale bez tego zadęcia częstego w powieściach fantasy).

Gorąco polecam.



PS. A czy wiecie, że w książce Atreju miał zielonkawą skórę i czarnogranatowe włosy, a smok szczęścia - białe łuski, długie wąsy i pysk przypominający lwa? To tylko w filmie indiański Atreju lata na dużym włochatym psie ;)