Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alcott Luisa May. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alcott Luisa May. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 marca 2012

Małe kobietki - L.M. Alcott

Zdarzyło się kilkakrotnie, że o jakiejś książce dowiedziałam się przy lekturze czegoś innego - tak było z "Małymi kobietkami" Louisy May Alcott, które czytała Agata Abbot, bohaterka "Tajemniczego opiekuna".
Książkę, która w założeniu miała być lekturą dla dorastających panienek przeczytałam kilka lat temu jako osoba całkowicie dorosła - wcześniej nie mogłam jej nigdzie zdobyć. Przeczytałam książkę i polubiłam jej bohaterki. Jakoś niedługo potem obejrzałam ekranizację z 1994 roku i, o ile to możliwe, moja sympatia dla panien March jeszcze się pogłębiła.

Jesteśmy w Ameryce Północnej w okresie wojny secesyjnej. W Orchard House mieszka rodzina Marchów. Pan March walczy na froncie, a jego żona zajmuje się domem i wychowaniem czterech córek. Matka ma bardzo nowoczesne jak na owe czasy poglądy na wychowanie dzieci oraz na rolę kobiety w społeczeństwie, daje córkom dużą swobodę, pomaga rozwijać własne talenty i zachęca do szukania własnego miejsca w świecie. Panny March to cztery indywidualności, które pomimo dzielących je różnic bardzo się kochają i świetnie rozumieją. Najstarsza Meg jest tradycjonalistką, jej największym marzeniem jest założyć szczęśliwą rodzinę, zostać spełnioną żoną i matką. Nieco młodsza Jo to rodzinna artystka - fascynuje ją teatr, ma talent literacki i w pisaniu widzi swoją przyszłość. Jest też najbardziej niezależna z sióstr March. Z kolei Beth jest bardzo nieśmiała a jej największym marzeniem jest niesienie pomocy innym, nawet kosztem własnego zdrowia. Najmłodsza siostra Amy to jeszcze dziecko, chociaż pozuje na damę, i jak to najczęściej z najmłodszymi w rodzinie bywa jest rozpieszczona i kapryśna.

Na kartach książki śledzimy codzienne życie sióstr March, ich radości i smutki, nadzieje i rozczarowania. I chociaż książka powstała niemal 150 lat temu w dalszym ciągu może być aktualną lekturą dla młodych dziewcząt - a i dla tych starszych też. Być może dla współczesnej czytelniczki będzie ta opowieść zbytnio moralizatorska, ale trzeba pamiętać, że w okresie kiedy powstała "powieści dla dorastających panien" musiały nieść ze sobą wartości wychowawcze - to samo można dostrzec w uwielbianej przez większość młodszych i starszych czytelniczek "Ani z Zielonego Wzgórza", która chociaż powstała sporo później, to jednak napisana jest w bardzo podobnej konwencji.
Autorce udało się stworzyć wiarygodnych bohaterów, a przez to, że każda z dziewcząt jest inna czytelniczki mają większą możliwość utożsamienia się z którąś z nich.
Prosty język, nieco staroświecki urok i ciekawe postacie stworzone przez autorkę sprawiają, że książka jest idealną lekturą na długie wieczory lub leniwe popołudnia...

piątek, 9 marca 2012

Rosalynn - Louisa May Alcott

Ponieważ z dzieł pani Alcott znam tyko "Małe kobietki" z chęcią zgarnęłam z bibliotecznej półki "Rosalynn" jej autorstwa.

Wyjaśnienie pochodzenia tej książki sprawiło mi nieco problemów. Na stronie redakcyjnej brak tytułu oryginalnego (zresztą wydanie woła o pomstę do nieba, ale o tym dalej), w bibliografii Louisy May Alcott wśród oryginalnych tytułów brak "Rosalynn". Wreszcie udało mi się  zorientować, że to połączenie dwóch tomów. Oryginalna książka to "Eight Cousins", czyli "ośmiu kuzynów" (w Polsce ukazała się ona pierwotnie pod tytułem "Pięć ciotek i siedmiu kuzynów Elżuni"). Druga jej część to "Rose in Bloom" (w polskim tłumaczeniu "Rozkwitła róża" - obecnie przekłady te nie są już raczej dostępne na rynku).

W latach 90. XX w. wydano w Polsce "Rosalynn", która łączy w jednej książce oba tomy. Mam jednak pewne podejrzenia (nie wiem, czy słuszne), że nie jest to wierny przekład oryginału, ale że dokonano w nim pewnych skrótów akcji. Na stronie redakcyjnej istnieje tylko informacja, że książkę adaptowała Maria Ginter. Na czym to adaptowanie polegało - nie wiem.

Louisa May Alcott
Rosalynn
Eight Cousins (1875)
Rose in Bloom (1876)
Wyd. Geminus-Res 1992


Bohaterka książki, to w oryginale Rose, czyli Róża, ale w polskich tłumaczeniach występuje albo jako Elżunia, albo Rosalynn. Pozostanę przy tej drugiej formie, bo pod takim mianem ją poznałam :) Trzynastoletnia dziewczynka, osierocona przez rodziców, zamieszkuje w miejscu zwanym "Ciotczynem" (Aunts' Hill) - w domu swoich ciotecznych babek Abundancji i Pacyfiki, w pobliżu którego zamieszkują pozostali krewni, czyli ciotki Jane, Klara, Myra i Jo ze swoimi mężami i synami (synów tych, czyli kuzynów Rosalynn jest siedmioro - rozbrykanych urwisów w wieku od lat 5 do 15). Ciotki biadolą nad wątłą, smutną panienką, pakując w nią tony leków i wieszcząc rychłe opuszczenie padołu. Na szczęście w porę zjawia się jej stryj Aleksy, lekarz i zapalony podróżnik, który postanawia zastosować całkiem inną, i jak się okaże, bardzo skuteczną kurację. Rosalynn odnajduje radość życia i przeżywa wiele przygód w towarzystwie ciotecznych braci. Druga część jest już bardziej romansowa, bo Rosalynn wyrasta na uroczą panienkę, która cieszy się ogromnym zainteresowaniem swoich kuzynów


Bardzo mi się podobała ciepła i radosna atmosfera tej książki. Mam ochotę zapoznać się z innymi powieściami pisarki - niestety po polsku chyba nic poza "Małymi kobietkami" nie jest dostępne, więc pozostaje zgłębianie oryginałów.


Niestety, jak wspomniałam, polskie wydanie jest okropne. Powieść z pewnością nie miała żadnego kontaktu z redaktorem językowym lub choćby korektorem. Błąd na błędzie. Znaki interpunkcyjne utkane w najdziwniejszych miejscach lub ich brak (np. kropek na końcu zdania - to chyba nie wymaga wielkiej wiedzy od wydawcy ), brakujące słowa lub fragmenty zdań (!), dziwne tłumaczenia imion (ciotka Jesse po polsku nazywa się Jo), bardzo widoczne błędy w przekładzie, odbierające sens niektórym zdaniom. Teraz narzekamy na literówki w książkach, ale mam wrażenie, że taki twór jednak by nie przeszedł. Mimo to jestem wdzięczna wydawnictwu Geminus-Res, że przybliżyło polskim czytelnikom jedną z niesłusznie zaniedbywanych u nas powieści L.M. Alcott. Marzy mi się jednak porządne wznowienie.


 

Polska okładka niestety nie zachwyca:

sobota, 18 lutego 2012

Małe kobietki - L.M.Alcott

Louisa May Alcott pisarka amerykańska, jedna z pionierek literatury kobiecej i powieści dla dziewcząt w Stanach Zjednoczonych. W czasie wojny domowej pracowała jako pielęgniarka-wolontariuszka i na tych obserwacjach oraz doświadczeniach oparta jest jej pierwsza, zasługująca na uwagę publikacja – Hospital Sketches (Szkice szpitalne). W kilka lat później, kiedy wydawca zwrócił się do niej o napisanie książki dla dziewcząt, powstała powieść Little Women (Małe kobietki).

Niedawno to właśnie ja trzymałam tę książkę w rękach. Nie po raz pierwszy zresztą. Przygody, a raczej dorastanie czterech dziewcząt podbiły kiedyś wiele serc. Jednak czy cały czas to było możliwe? Tak, by i moje zatrzepotało gwałtownie? W czasach, gdy moralność, kulturę wygodniej jest schować do kieszeni i zapomnieć?
Szczerze mówiąc, wątpiłam. Z drugiej strony, przecież ja kocham moje siostry Bronte czy Austen za tę molarność i kulturę. Więc dlaczego i „Małe kobietki” miałyby mi się nie spodobać? 

Autorka wprowadza nas w świat bohaterów, podczas gdy trwa wojna secesyjna. Poznajemy cztery siostry. Każda inna, różna od drugiej jak przeciwna  strona świata, a jednocześnie tak podobna. Meg piękna, wrażliwa, niezdecydowana. Jo postrzelona, bezpośrednia i  posiadająca bujną wyobraźnię. Beth nieśmiała, cicha, skromna. Amy rozkapryszona, trochę samolubna. Każda z nich chce się stać choć troszkę lepsza. Dąży do tego każdego dnia, otwiera nowe karty. Jednocześnie przeżywa niby zwyczajne, a jednak wciągające i zabawne przygody.

Po takim wstępie na myśl przychodzi Montgomery. „Małe kobietki” miały coś z książek Kanadyjki (mimo, że były napisane wcześniej). Coś nieuchwytnego,  jakby dobra wróżka przelatywała przez karty książki. Jednocześnie sporo się różniły.

Pierwszy tom był pełen pouczających fragmentów. Czuło się wtedy różnicę pomiędzy autorkami. W „Małych kobietkach” rzucały się one w oczy, czasem aż irytowały. Widać było wtedy jak zmienił się przez ten czas świat. W aktualnych czasach niektóre z zasad zostały by po prostu wyśmiane.

Drugi tom był inny. Chciałoby się również dodać: lepszy. Nasze bohaterki już dorosły. Przeżywały miłostki, wzloty i upadki. Widać było tak wiele zmian w ich charakterze, zachowaniu. Jednak wtedy autorka popełniła niewybaczalny błąd.

Powiecie, że to raczej plus dla amerykańskiej pisarki, bo nie trzymała się schematów. Jednak ja po raz drugi przeżywałam to wielkie rozczarowanie. Po raz drugi czułam jakby Wszechświat został naruszony.
Wtedy właśnie pani Alcott obudziła we mnie tę małą dziewczynkę.

Mimo wszystko uważam, że ponowne spotkanie z lekturą było udane. Mam zamiar jeszcze raz sięgnąć po to wydanie co kiedyś (jednotomowe), które było nieco okrojone, jednak przypadło mi do gustu o wiele bardziej. Nic tam nie było aż tak przesadzone. W tym chyba troszkę jest. A może to po prostu ja trochę inaczej patrzę?