czwartek, 29 listopada 2012

Stare zamczysko - Johanna Spyri


"Stare zamczysko" to mniej znana powieść autorki 'Heidi" - Johanny Spyri. W dzieciństwie mnie ominęła, a szkoda, bo pewnie bardzo bym ją polubiła. Uwielbiałam ciepłe opowieści o licznych rodzinach, a to właśnie takie dzieło.

Książka opowiada o piątce dzieci pewnej wdowy. W kolejności starszeństwa występuja tu: Bruno, Salomea (zwana Meą), Karol, Lippo i Mezli. Ich matka, pani Maxa Bergamann, jest wdową, ale zapewnia swoim pociechom ciepłe (i raczej zamożne) dzieciństwo, może też w wychowaniu liczyć na wsparcie swojego brata Filipa - ukochanego wujka dzieci.

Dom rodziny Bergamann znajduje się u podnóży wielkiej, starej budowli - zamku Wildenstein. Pani Maxa w dzieciństwie wychowywała się z małymi dziedzicami, więc zna smutną historię, która doprowadziła do tego, że zamczysko stoi od lat opuszczone, a srogi dozorca nie wpuszcza nikogo za próg. Dzieci są, rzecz jasna, zafascynowane zamkiem i historiami o nim. Pewnego dnia rzeczywistość wychodzi na przeciw ich marzeniom i do ich domu przybywają mali potomkowie rodu Wildensteinów.

Największa zaleta tej książki to urocza atmosfera panująca w domu rodziny Bergmanów, która sprawia, że odwiedza się go z przyjemnością. Każde dziecięce serce się tu ogrzeje - ale jednocześnie nie zostanie przesadnie olukrowane. Postaci dzieci są dopracowane, każde jest indywidualnością, ma swoje problemy i radości. Sporo jest tez w tej w historii humoru. Moim zdaniem lektura się nie zestarzała.

W Polsce książka została wydana jako "Stare Zamczysko" (ostatnie wydanie w 1987 r.), natomiast tytuł oryginału to "Schloss Wildenstein" (czyli zamek Wildenstein)*. Książka powstała w 1892 r.



Johanna Spyri, Stare zamczysko, Plejada 1987

* W języku angielskim powieść wydano pod dwoma tytułami: "Maxa's children" oraz "Maezli". (O ile pierwszy tytuł ma sens, bo książka opowiada o dzieciach pani Maxy, to drugi wydaje mi się naciągany. Meazli to imię najmłodszej dziewczynki, wcale nie najważniejszej w powieści. Chyba chodziło o zachowanie ciągłości tytułów książek pani Spyri. Po angielsku ukazała się "Heidi" i "Cornelia", więc i trzecią książkę nazwano dziewczęcym imieniem).

wtorek, 27 listopada 2012

Z Garibaldim na Sycylii - G.Trease


  "Z Garibaldim na Sycylii" to lekka powieść, z gatunku historyczno-awanturniczej, przeznaczona dla starszych dzieci. Polskie wydanie dodatkowo wzbogacone jest charakterystycznymi ilustracjami Antoniego Uniechowskiego.

Teraz, gdy przejrzałam książkę po latach, dostrzegam w jej treści lekceważące angielskie wywyższanie się ponad inne nacje. Oczywiście czytając powieść jako dziecko nie mogłam tego zauważyć, po prostu wciągnęła mnie wartka akcja i ciekawość zakończenia.

Młody początkujący angielski dziennikarz, Mark Apperley, proponuje redaktorowi  londyńskiej gazety swój udział w kolejnej rewolucji na Sycylii w roli korespondenta wojennego. Brał już udział we wcześniejszych wydarzeniach (w 1849 roku) jako mały chłopak, zna język włoski, a co najważniejsze zna osobiście samego Garibaldiego. Niestety, żadne argumenty nie trafiają do O`Malleya i Mark musi się poddać. Co gorsza. rozmowa kończy się bardzo niemiło, a mianowicie wyrzuceniem młodego dziennikarza z pracy. Spotyka jednak znajomego artystę-malarza dorabiającego  w dziennikarstwie"dla chleba" jako rysownik. W rezultacie tego spotkania, obaj wyjeżdżają do Włoch...

Jak na przygodową powieść przystało mamy tu różne niebezpieczne "awantury" (jak mawia MacWhirter) i oczywiście wątek miłosny na tle historycznych wydarzeń. Autor umieścił akcję powieści w czasie tzw. "wyprawy tysiąca" w 1860 roku i niewątpliwie jest to przyjemna w lekturze dawka pewnej wiedzy historycznej, do której być może sama nie dotarłabym. Aż tak bardzo nie interesowałam się historią Włoch, chociaż o Garibaldim raczej każdy uczeń w szkole chociażby słyszał.

Autor - Geoffrey Trease (1909-1998) to pisarz angielski, także twórca spektakli radiowych i telewizyjnych. Napisał 113 książek (na język polski zostały przetłumaczone tylko 3), a znany jest najbardziej właśnie z powieści historycznych dla dzieci.

G.Trease "Z Garibaldim na Sycylii", tłum. Marian L.Pisarek, "Nasza Księgarnia", Warszawa 1967

środa, 21 listopada 2012

Kapitanówna -M. Pruszkowska, Z. Krippendorf

Źródło zdjęcia: nakanapie.pl
Powieść określiłabym jako pensjonarsko - marynistyczną. Dość staroświecką i nudnawą. Z początku tak mnie nużyła, że porzuciłam książkę na dłuższy czas, potem się zmobilizowałam i skończyłam - co nieco się fabuła rozkręciła, ale porywająca nie była. Przygoda, intryga, humor, romantyczna historia - obecne, ale całość w porównaniu na przykład do książek Kornela Makuszyńskiego (weźmy chociażby "Pannę z mokrą głową" czy "Szaleństwa panny Ewy") wypada blado. Ma jednak swój urok, momentami bowiem trudno się nie uśmiechnąć.

Tytułowa bohaterka, Elżbieta, przy pomocy ciotki Zuzy- żony okrętowego ochmistrza, nielegalnie dostaje się na pokład. Ma do spełnienia tajemniczą, bardzo ważną misję, można powiedzieć rodzinną. Pasażerka na gapę szybko zostaje wykryta, ale nie ponosi konsekwencji. Znakomicie przyjęta przez załogę i współpasażerów, czuje się na statku jak ryba w wodzie, wprowadzając przy tym mnóstwo zamieszania i nieporozumień. Wraz z ciotką i panią Aliną ewidentnie coś knują, a swój tajemniczy plan wprowadzają w życie w Stambule. Swoje poczynania dziewczyna opisuje w pamiętniczku, którego fragmenty przeplatają narrację.Córka kapitana jest osóbką energiczną, żywiołową wręcz, roztrzepaną, odważną, pomysłową, zakręconą, ale o dobrym sercu. Rejs jest dla niej przygodą życia, ale i lekcją dojrzałości, odpowiedzialności. Spośród bohaterów, w większości sympatycznych,  wyróżniają się panny Schmaltz - "hybrydy", "zgagi", uprzykrzające życie załodze i innym podróżnym, egoistyczne babsztyle zainteresowane sobą i handlem. Postaci te ukazane są w negatywnym świetle, ośmieszane, na końcu dostają zasłużoną nauczkę.
Powieść zawiera wartości edukacyjne i wychowawcze. Czytelnik poznaje specyfikę życia i pracy na statku, zajęcia, rozrywki, zwyczaje i przesądy marynarzy, a także funkcjonowanie jednostki pasażersko - handlowej, zawijającej do portów Morza Śródziemnego. Wiele treści zdezaktualizowało się na przestrzeni lat  wraz z rozwojem technologii, praw handlu, czy logistyki. Oprócz wiadomości marynistycznych są  także turystyczne: opisy zabytków i miast odwiedzanych przez bohaterów. Pojawiają się echa wojny - los rodziny kapitana. Poznawczy charakter ma  zastosowanie żeglarskiej nomenklatury, marynarskiego żargonu (as- asystent, chief, radzik - radiotelegrafista, ochmistrz i inne)
W wymiarze moralnym - ukazane wartości takie jak szacunek, praca, rodzina, prawda, altruizm. Potępione kłamstwo (choć bohaterka kłamie i udaje, to w tym przypadku cel naprawdę uświęca środki), egoizm, skąpstwo itp.

"Kapitanówna" (1967) została wydana przez  Press 86 w 1995 roku w serii "Lektury nastolatek".  Gdybym wtedy czytała tę powieść, pewnie bym ją odebrała inaczej, z większym zainteresowaniem. Może nawet nie przeszkadzałby mi spoiler zamieszczony na tylnej okładce.
Dziś książki Pruszkowskiej są mało popularne i rzadko spotykane, choć pewną furorę nadal wywołuje "Przyślę panu list i klucz" ( miód na serce mola książkowego). Niejako pod wpływem tej lektury sięgnęłam po kolejną spod  nazwiska autorki (tu w duecie z enigmatyczną Zofią Krippendorf). Niestety, już tak zachwycona nie byłam.
Obawiam się także, że współczesnym nastolatkom raczej do gustu by ta powieść nie przypadła, choć chciałabym się mylić. 
 M.Pruszkowska, Z. Krippendorf, Kapitanówna, Wydawnictwo Press 86, 1995

sobota, 17 listopada 2012

Ronja, córka zbójnika - Astrid Lindgren

Ronja to ukochane jedyne dziecko zbója Mattisa, jego oczko w głowie, urodzone w przerażającą burzową noc. Tej nocy w zamek Mattisa uderzył tak silny piorun, że domostwo rozpadło się na pół tworząc pośrodku Diabelską Czeluść. Życie zbójców i Ronji toczyło się utartym rytmem do czasu, gdy w drugiej części zamku zamieszkał wróg Mattisa zbój Borka ze swoim synem Birkiem. Niespodziewanie dla wszystkich nastolatki zaprzyjaźniają się ze sobą ponosząc dla tej przyjaźni różne ofiary aż do zerwania z rodziną. Jak skończy się ta historia? Czy zbójcy od lat żyjący w nienawiści będą w stanie pogodzić się ze sobą? Czy ojciec będzie potrafił przełknąć urażoną dumę i przyznać się przed dzieckiem do błędów? Ta nieduża książeczka to wspaniała opowieść o przyjaźni, miłości, przemijaniu. Miłość to głównie rodzicielska - świetnie są tu ukazane dwie jej odmiany - ta mądra, dojrzała, gdy pozwala się dzieciom stopniowo opuścić gniazdo ufając im, i ta druga - gdy chce się, jak najdłużej mieć dziecko pod swoją kontrolą i najlepiej wciąż blisko siebie. To również przepięknie opisany świat - las, do którego zaczyna chodzić Ronja sama - las fascynujący, ciekawy, ale również pełen niebezpiecznych, tajemniczych stworów takich, jak Szaruchy, Pupiszonki, Wietrzydła. I świetne sceny oswajania dzikich koni. I absolutnie zachwycający opis budzącego się na wiosnę życia. Tak też nam się jakoś udało, że krótko po przeczytaniu, kupiłam zestaw sześciu płytek z ekranizacjami książek Astrid Lindgren. "Ronja ..." również się tam znalazła. I choć jest leciutko zmieniona, to jest naprawdę doskonałym uzupełnieniem lektury. Polecam gorąco, myślę, że dorosłym na pewno, a dzieciom troszkę starszym - od 7-8 lat.

piątek, 16 listopada 2012

"Gród nad jeziorem" - Zofia Kossak

Są takie książki, które niezwykle silnie oddziałują na młodego czytelnika, pozostawiając ślad na całe życie.
Gdybym miała stworzyć taką własną listę lektur dzieciństwa, to na pierwszym miejscu wpisałabym bez wahania "Gród na jeziorem" Zofii Kossak (Szczuckiej-Szatkowskiej).

Przeczytałam tę powieść jeszcze w czasach szkoły podstawowej i było to naprawdę wielkie przeżycie. Pisarka stworzyła tak sugestywnie dawny świat sprzed wieków, że postaci i wydarzenia wydały mi się żywe i realne. To był mój pierwszy kontakt z fabułą osadzoną w tak odległym czasie, więc tym bardziej ta literacka wizja trafiła na podatny grunt.
Dziś, po latach wracam co jakiś czas do tej lektury, patrząc na nią również pod kątem aktualnego poziomu wiedzy historycznej o prasłowiańszczyźnie.
I co zaskakujące - pisarka zbudowała obraz życia osady niezwykle prawdopodobny. Obecnie wiemy, że mieszkańcy biskupińskiej osady nie byli naszymi prasłowiańskimi przodkami, ale też autorka nie używa tej nazwy grodu.

Można uznać, że  inspiracją do powstania utworu (w 1938 roku) było niezwykłe odkrycia w Biskupinie - wykopaliska i prace archeologiczne trwające od 1933 roku. Zbieżność dat nie jest chyba przypadkowa.

Ta opowieść powstała 74 lata temu, ale w dzisiejszym odbiorze nie znajdziemy anachronizmów  językowych, różnic między współczesną polszczyzną, a tamtą z lat 30-tych XX wieku. Pisarka stosuje terminy i określenia kultury materialnej i duchowej dotyczących opisywanych czasów, ale sama narracja jest przykładem znakomitego uniwersalnego i ponadczasowego języka literackiego.

Dla mnie historia grodu i jego mieszkańców jest świetnym, gotowym materiałem na scenariusz filmowy.

Poznajemy gród nad jeziorem początkowo oczami 6-letniego chłopca, który pilnując przed ptactwem wysychającego na dachach prosa, wypełnia sobie czas obserwacjami  osady i jej okolicy, przywołując z pamięci szczególnie ważne wydarzenia. W ten sposób wprowadza nas w codzienne życie mieszkańców, a także w ich wierzenia i zwyczaje. 
Następnie widzimy i poznajemy inne domostwa i rody. Jedni z sąsiadów to ród Kruków - doskonałych łowców, którzy i niedźwiedzia potrafili upolować. Pojawia się Olsza, siostra Marzy garncarki - młoda dziewczyna zbierająca zioła w lesie, często zaczepiana i przezywana wieszczycą. Zostanie wkrótce wybrana przez Miłosza z Kruków, przyrzeczona  na żonę.
Gdy przybywają do grodu kupcy z dalekich krain, osada ożywia się - to przecież wydarzenie raz na kilka lat i jedyny kontakt z dalekim światem zewnętrznym. Bardziej atrakcyjne dla nowości, niż jako forma zaopatrzenia - gród jest samowystarczalny całkowicie.
Ale prawie w tym samym czasie pojawia się zagrożenie  - Obcy, których w lesie pierwsza dostrzega właśnie Olsza.

Spotykają ich także odjeżdżający z grodu kupcy,  na szczęści dla nich wojowie mają inne zadanie i nie atakują.
Cóż, kiedy nikt Olszy  nie wierzy, bo to przecież dziewczyna o rozumie i odpowiedzialności  równym bydlęciu. Życie toczy się dalej, czas mija w spokoju.

Choć Miłosz próbuje później na własną rękę wytropić obcych i dociera do ich obozowiska, dostaje się w niewolę, z której ratuje go wybrana dziewczyna. To zresztą też jest źle widziane, taka samowola dziewczyny, choć przecież uratowała życie swojemu miłemu.
 Nikt inny nie pomyślał, aby mu pójść z pomocą. Opowiada co widział, namawia do działania w obronie osady. Nic jednak nie przekonuje Rady do podjęcia kroków uprzedzających atak, a postawa wróżów utwierdza starszych w ich decyzjach.

Przychodzi  zima, a wraz z nią pierwszy atak obcych wojów na gród. Atak zostaje odparty, ale najgorsze jeszcze przed mieszkańcami: głód, walka na śmierć i życie, pierwsze w dziejach osady Oblężenie...

Ta opowieść, osadzona w tak odległym czasie, jest obok literackiej formy podania wiedzy, także literacką hipotezą  dotyczącą natury ludzkiej. Cech charakteru, postaw, zachowań, sposobu  odczuwania i myślenia ludzi żyjących przed wiekami.
Dobrotliwy ojciec rodziny kupujący żonie i córkom ozdoby i świecidełka, skąpy i nieczuły inny ojciec zamieniający gospodarską córkę w niewolnicę za bogato zdobiony pas, kłótliwa przyszła świekra nie akceptująca ubogiej synowej, starcy przywiązani do tradycji, wróżowie manipulujący społecznością, myślące młode pokolenie w osobach Miłosza i Olszy...

Rozmowa kupców (dwaj Grecy i Fenicjanin) w trakcie podróży, przybliża tło zewnętrzne fabuły - wspomniane są Ateny, Egipt. rzeka Nil, Babilon, Jerozolima, Rzym...

Czytałam "Gród na jeziorem" wiele razy, ale chyba będę do tej lektury powracać.

poniedziałek, 5 listopada 2012

"Matylda" - Roald Dahl

Klasyka dziecięca, wspaniały francuski pisarz…

Nie wiem, ile razy te słowa rozbrzmiewały w mojej głowie. Nie wiem, ile osób gdzieś mimochodem mi o nim wspominało. Przyznaję ze skruchą, jeśli chodzi o klasykę dziecięcą, jestem osobą strasznie ulegającą wpływom. Więc co miałam robić? Sięgnęłam po „Matyldę”.

Pierwsze wrażenie: szok, dezorientacja. Zachowanie rodziców i  dyrektorki określę jakże popularnym ostatnio słowem masakra. Wychowana na książeczkach w których niektórzy byli mili, inni trochę mniej, w których mama była oparciem, a jak nie, to zawsze był ktoś do kogo można było się zwrócić, czytałam coś co napawało mnie strachem. Taki twór jak dyrektorka szkoły przeraził mnie nie na żarty. Znałam już seryjnych morderców, płatnych zabójców, pedofilów, jednak nic nie wywołało we mnie takich uczuć jako owo monstrum.
Podobne zdanie mam o rodzicach, których brak czasu przyprawiał mnie o przewroty w żołądku.

I wreszcie pojawiło się pytani: Jestem już tak stara? Żadnego poczucia humoru, żadnego przymrużenia oka, żadnego zrozumienia dla książki, która bądź co bądź, jest klasyką?
Nie oszukujmy się, nie zrozumiałam tej książki. Co prawda, przekaz jest dla mnie jasny (dobro wygrywające ze złem), jednak trzeba od razu uciekać się do tak drastycznych środków? Trzeba wszelkie postacie przerysowywać aż do bólu? Czemu ma to służyć?

No i Matylda. Genialne dziecko. Nie polubiłam jej, w dodatku nabawiłam się kompleksów (i tak już nabluzgałam, więc co mi zależy, będę brnęła dalej), bo Hemingwaya zaczęłam czytać jakiej siedem lat później niż ona. Ale nic, powiedzmy, że tę, jak dla mnie niezbyt przekonywującą bohaterkę, wybaczam.

Niestety, najchętniej teraz wystosowałabym kolejne zarzuty, jednak resztką sił się powstrzymam i  przejdę do sedna. Chciałabym zauważyć jedno: zabierając Matyldzie wszelakie zdolności nadprzyrodzone i oznaki geniuszu, a rodzicom oraz dyrektorce chociaż połowę ich negatywnych cech (delikatnie powiedziane), otrzymujemy banalną historię, w której nie znajdziemy  żadnego wątku nam nieznanego. To wszystko w różnych konfiguracjach spotykamy w baśniach, bajkach nie tylko u współczesnych pisarzy, ale i klasyków. Bo, jak wiadomo, motyw walki dobra ze złem jest znany od zarania dziejów.

Dlaczego więc, ta książka jest tak uwielbiana? Czy opakowanie motywu walki dobra i zła w papierek genialności dziecka i nieludzkich uczuć dorosłych wystarcza do miana klasyki? Widocznie tak…

A, że mi zawsze opakowania Andersena, braci Grimm czy Lewisa bardziej do gustu przypadały, to zostanę przy nich.

 "Matylda", R.Dahl, wyd. Zysk i S-ka, 2002

wtorek, 23 października 2012

"Elementarz" Marian Falski


Ala ma kota. Któż nie pamięta tego zdania?


"Elementarz" Mariana Falskiego, z ilustracjami Janusza Grabiańskiego ukazał się pierwszy raz w 1910 roku. Jednak pierwsze druki uważane za elementarze, tzw. abecedariusze, pojawiły się w XVI wieku. Najstarszy, zachowany w całości elementarz polski został wydany w 1633 w Wilnie i wyróżniał się bardzo starannym opracowaniem. Znany i ceniony byłElementarz dla szkół parafialnych narodowych, wydany 225 lat temu przez Komisję Edukacji Narodowej w Krakowie. W roku 2010 przypadło 100-lecie pierwszego wydania elementarza  Nauka czytania i pisania. Stąd wznowienie wydania. Tyle z historii, przejdźmy  do samego elementarza. I tu wielkie zdziwienie, zdanie Ala  ma kota w ogóle się w książce nie pojawia. Pierwszy bohater to As i jest psem. Potem pojawia się Ala i Ola, które mają lale.  

Ala i As. Lala Ali. As Ali. As i osy. Ala i osy.

Co zwraca uwagę, przy przeglądaniu pierwszych stron elementarza? Nagromadzenie samogłosek przy jednoczesnym oszczędnym używaniu spółgłosek, ale o to przecież chodzi w nauce czytania. Zdania muszą nadawać się do chóralnego powtarzania. Nie ulega wątpliwości  pozycja wywołuje uśmiech na twarzy i ogromny sentyment. Szczególnie, gdy przegląda się dalsze czytanki. Zauważalny jest podział na miasto i wieś. Czym zajmują się dzieci na wsi, a czym w mieście, jak wygląda ich droga do szkoły i oczywiście jaki zawód mają rodzice. Najbardziej pożądane, a raczej pożyteczne zawody to murarz, kominiarz, kolejarz, szewc, pracownik fabryki, aptekarz. Poza tym wierszyki Murzynek Bambo, Dwa Michały, Paweł i Gaweł, Kotek są nieśmiertelne.  A oto parę moich ulubionych "czytanek", niby proste, ale nie jeden miałby trudności z wymówieniem. 


 A oto As Ali i osa.
As stoi. A osa lata.
Ta osa lata i lata.
Taka to ta osa.
---
Jajko smakuje Oli.
Ale  jak Ola je jajko?
-Oj, Olu! Oj , Olu!
Kto tak je jak ty!  
---
One idą do kasy.
Ali tak pilno do kina.
A tam stoi kolejka.
To i one tam stoją.
---- 
Orka 
Można orać konikiem.
Ale lepiej i prędzej, 
i lżej orać traktorem.
---
 Żniwa
Można kosić zboże kosą.
Ale lepiej i prędzej, 
i lżej żąć żniwiarką.

Jednakże zdanie "Ala ma kota" jest związane z elementarzem jak żadne inne. Ala ma kota i zawsze będzie go już miała...  Ja mam ogromny sentyment do tego elementarza, mimo paru naprawdę "wychowawczych" tekstów.

poniedziałek, 15 października 2012

Emil ze Smalandii - Astrid Lindgren

Agathę Christie nazywa się królową kryminałów, zaś w dziedzinie literatury dla dzieci berło i korona należą się bez wątpienia Astrid Lindgren. Szwedzka pisarka stworzyła szereg znakomitych opowieści i grono niezapomnianych postaci, które towarzyszą dzieciństwu kolejnych pokoleń. Któż bowiem nie zna Pippi Langstrumpf (vel Fizi Pończoszanki), Braci Lwie Serce, czy gromadki dzieci z uroczego Bullerbyn! Nie sposób także  nie słyszeć o Emilu ze Smalandii, choćby za sprawą telewizyjnego serialu - będącego  adaptacją książki. Pamiętam te niedzielne przedpołudnia, gdy kto żyw gromadził się przed ekranem, by śledzić perypetie małego urwisa i usłyszeć sakramentalny niemal okrzyk "Emiiiiiiiiiil, do drewutni!"- albowiem konsekwencją psot było spędzenie przez chłopca trochę czasu w komórce na drewno. Taka kara nie była dotkliwa, ale miała pedagogiczny wymiar - to coś w rodzaju "karnego jeżyka". O popularności serialu i głównego bohatera niech świadczy fakt, iż szkolny kolega mojej siostry został z racji usposobienia i czupryny jasnoblond mianowany Emilem, to przezwisko przywarło do niego na stałe. 
Emil Svensson mieszka z rodzicami, siostrzyczką Idą, służącą Liną i parobkiem Alfredem w zagrodzie Katthult we wsi Lonneberga w Smalandii. Jest dzieckiem dość nieokiełznanym, beztroskim, bardzo pomysłowym, żywiołowym, wszędobylskim. Główną motywację stanowi dlań zabawa. Jego energia i kreatywność nieraz przynoszą opłakane skutki, z działań Emila wynika przeważnie jakiś ambaras, afera.  Aż raz ludzie ze wsi złożyli się na bilet, aby wysłać chłopca do Ameryki, byle dalej od Lonnebergi. Młody Svensson nie jest jednak krnąbrnym, złośliwym chuliganem. Ma dobre intencje, dobre serce, o czym świadczy na przykład zaproszenie staruszków z przytułku na świąteczną ucztę, czy próba pomocy Linie w wyrwaniu bolącego zęba. Nie brakuje mu dowcipu, sprytu, zaradności, ma też doskonałe podejście do zwierząt. Potrafi doić krowy i świetnie jeździ konno. Umie też strugać drewniane ludziki - dzięki temu czas odbywania kary w stolarni nie dłuży mu się aż tak. Dzieciństwo Emila jest barwne, wesołe i szczęśliwe. Kto by pomyślał, że z małego rozrabiaki wyrośnie poważny obywatel i zostanie przewodniczącym rady gminy....
O wyczynach Emila można rzec, że na wołowej skórze by ich nie spisał... Jednak zostały one uwiecznione w niebieskich zeszytach pracowicie zapisanych przez mamę. To te kajety są źródłem historyjek, które mamy okazję poznać w formie jakby gawędy. Narratorka zwraca się bezpośrednio do odbiorcy ( z założenia małego dziecka), snując opowieści  o Emilu i przystępnie wyjaśniając to, co może być niezrozumiałe dla malucha. Całość znakomicie nadaje się do głośnego czytania, materiał na audiobook pierwsza klasa!
Książkę umieszczono w przedziale wiekowym 0-10 lat, ale powinno być do 110! Perypetie bohaterów z zagrody Katthult są zabawne i zajmujące, czyta je się z przyjemnością- niezależnie od wieku, tak jak  np."Przygody Mikołajka". Na pierwszy plany wysuwa się cel rozrywkowy, ale pod płaszczykiem zabawy kryje się ciepła, mądra, wartościowa opowieść, bardzo familijna.
W tomie wydanym przez Naszą Księgarnię zamieszczono wszystkie części - "Emil ze Smalandii", "Nowe psoty Emila ze Smalandii" oraz "Jeszcze żyje Emil ze Smalandii". Brakowało mi natomiast choćby krótkiego biogramu autorki. Nie podobały mi się czarno-białe ilustracje Bjorna Berga - postaci ze szpiczastymi zadartymi nosami wyglądały jak ludziki wystrugane z drewna, a Lina zupełnie nie pasowała wizerunkowo.
Twórczość Lindgren to światowa klasyka, warto przybliżyć ją kolejnym pokoleniom, a i samemu miło powspominać.

wtorek, 9 października 2012

"Czarodziej z Nantes" - Nadzieja Drucka

Wybrałam do tego wpisu książkę o życiu i twórczości wielkiego wizjonera, zadając sobie jednocześnie to pytanie: czy ktoś dzisiaj sięga po jego powieści? A szczególnie, czy jest to młody czytelnik? Sama nie mam możliwości sprawdzenia, bo akurat teraz w najbliższej rodzinie i wśród znajomych brak  czytelników z tego przedziału wiekowego. Dzieci albo jeszcze nie posiadły sztuki czytania, albo są już dorosłe.
Odwołuję się więc do własnych wspomnień, które są już klasyką życiową.
W naszym pokoleniu młode mole książkowe czytały Verne`a (znam kilkanaście jego powieści).Tak więc książka o życiu znanego mi autora była w tamtym czasie bardzo cennym uzupełnieniem.


"Czarodziej z Nantes" jest powieścią napisaną prostym, ale ładnym językiem. W dedykacji czytamy : "Książkę tę wnukom moim poświęcam". Od razu dodam tu kilka słów o autorce, bo duże znaczenie dla postrzegania tego pisarstwa ma fakt, że Nadzieja Drucka urodziła się w rodzinie rosyjskiej i opanowała język polski dopiero jako osoba dorosła.
Nadzieja O`Brien de Lacy , księżniczka Drucka - ur. 17 stycznia 1898 w Warszawie, zm. 29 sierpnia 1986r.
Była sanitariuszką w czasie I wojny światowej. Wtedy poznała swojego przyszłego męża, za którego wyszła w 1917 roku w Moskwie. Po wojnie, w 1918 roku, wróciła z mężem do Polski. W majątku  Augustówek mieszkała do 1939 roku. W tym okresie działała społecznie, pisała i tłumaczyła, należała do PEN-Clubu, utrzymywała także kontakty z białą emigracją rosyjską. Czas II wojny przeżyła w Polsce, w tym powstanie warszawskie.
Po zakończeniu wojny pozostała w kraju i napisała kilka książek - w tym "Czarodzieja z Nantes" (1963).

Książka opisuje życie Juliusza Verne`a od momentu, gdy jako kilkunastoletni chłopiec bezskutecznie usiłuje uciec na statku w daleki świat, aż do chwili jego śmierci. Poznajemy pisarza jako człowieka - najpierw jako syna w relacji z rodzicami (szczególnie ojcem). A następnie jako męża, ojczyma i ojca. Widzimy jego drogę do pisarstwa - to ważny moment, gdy on sam zdał sobie sprawę, że nikt inny przed nim tak nie pisał. Wszelkie naukowe i techniczne elementy jego książek nie były fantazją wymyśloną tak sobie, bez gruntownych podstaw. Pisarz całe życie się uczył, zbierał wiadomości (gromadzone na fiszkach w specjalnych katalogach). Możemy także poznać bliższe okoliczności powstawania niektórych powieści, w powiązaniu z aktualnymi wydarzeniami politycznymi, odkryciami naukowymi i geograficznymi, eksperymentami lub po prostu z życie codziennym.
Życie rodzinne z Verne`em nie było łatwe. Był dobrym kochającym człowiekiem, ale o duszy artysty.
Chciał pracować w spokoju, w izolacji, a to nie dawało się łatwo pogodzić z codziennością. Miał natomiast szczęście spotkać wydawcę, który co prawda dzięki niemu zarobił wiele pieniędzy, ale też sam pisarz stał się za życia sławnym i bogatym. W 1886 roku spotkała go tragedia (o której sam pisarz zabronił wspominać), był to zamach na jego życie. Przypadkowy postrzał z ręki młodego człowieka chorego psychicznie, który zaciążył na reszcie życia pisarza.

Nadzieja Drucka "Czarodziej z Nantes", Nasza Księgarnia 1967, Wydanie II

środa, 3 października 2012

"Wielka, większa i największa", "Długi deszczowy tydzień" - Jerzy Broszkiewicz


Właściwie nie wiem, czy powinnam pisać o tych książkach w tonie pochwalnym, czy krytycznym - mój stosunek do nich podlegał znacznym przemianom w czasie.

"Wielka, większa i największa" została wydana w 1960 r. i przez wiele lat była lekturą dla klas piątych. Bohaterowie to znajomi z podwórka, Ika (Irka) i Groszek, którzy odkrywają na parkingu samochód marki Opel Kapitan. Kapitan okazuje się być obdarzony inteligencją - dzięki niemu dzieci przeżywają trzy niezwykłe przygody, co jedną to większą, jak w tytule. Najpierw ratują małego chłopczyka z rąk porywaczy, potem załogę samolotu rozbitego na Saharze (sic!), a w końcu całą ludzkość - przekonując przedstawicieli pozaziemskiej cywilizacji, że ludzie to całkiem miłe stworki są, a te bomby atomowe, to tylko taki wypadek przy pracy.

Sześć lat później Broszkiewicz opublikował dalsze przygody Iki i Groszka, w książce pt. "Długi deszczowy tydzień", całkiem odmiennej od poprzedniczki. Nie ma tu żadnej fantastycznej otoczki, to typowa opowieść przygodowa o grupie dzieciaków, które wyręczają milicję i samodzielnie łapią przestępców - w tym przypadku cynicznych złodziei dzieł sztuki ludowej. Wyraźnie jest tu nawet wspomniane, że "Wielka, większa i największa" to literacka fikcja, książka napisana przez tatę Groszka, a gadające samochody nie istnieją.

Obie książki doczekały się licznych wznowień, a "Wielka, większa i największa" została zekranizowana w 1963 r.

Z "Wielką, większą..." zetknęłam się najpierw w szkole, prawdopodobnie właśnie w tej piątej klasie i nie mogłam przez nią przebrnąć. Nie wiem czemu, byłam przecież dzieckiem czytającym namiętnie, a jednak z miejsca zapałałam szczerą niechęcią do wydumanych przygód bohaterów i głupiego grata. Kilka lat później sięgnęłam po książkę jeszcze raz, dobrowolnie, mimo że wyrosłam już z grupy docelowej, i szalenie mi się spodobała. Do tego stopnia, że do dziś zdarza mi się ją podczytywać.

Dla odmiany "Długi deszczowy tydzień", przeczytany też w dzieciństwie, jakiś czas po "Wielkiej, większej..." od razu mi się spodobał. Żywiłam szczere uwielbienie dla dziecięcych prlowskich detektywów, te wszystkie kapelusze za sto tysięcy, czarne parasole, o Janeczce i Pawełku nie wspominając, to był mój żywioł. W ramach sentymentalnych powrotów zafundowałam sobie teraz ponowną lekturę powieści i... straszliwie się rozczarowałam. Fabuła dość oklepana, czyta się może nie najgorzej, ale te dzieci... Schematyczne postaci, zbudowane wokół jednej cechy charakteru (Pacułka dużo je i mało mówi, Włodek w kółko wtrąca angielskie zwroty, a Katarzyna ma nietypowy dla dziewczyny umysł ścisły), wyrażające się zupełnie niedziecięcym językiem, zresztą myślące też po dorosłemu (a średnia wieku to jakieś 12-14 lat). Niektórych wspomnień lepiej chyba nie próbować wskrzeszać...

W dzieciństwie podobała mi się też szalenie powieść science-fiction Broszkiewicza "Ci z Dziesiątego Tysiąca" i jej drugi tom "Oko Centaura". I trochę się teraz boję ponownie sięgać...


poniedziałek, 1 października 2012

“Wspomnienia niebieskiego mundurka” Wiktor Teofil Gomulicki

Zaczynam chyba rozumieć kobiety, które stając przed szafą pełną ciuchów wykrzykują ze zgrozą: “Łomatko! W co ja się mam ubrać?!”. Zaczynam, bo sam stanąwszy ostatnio przed regałem pełnym książek stwierdziłem, że, noż kurczę, nie mam czego przeczytać. Leciałem po grzbietach, a w głowie, jak ze starej, gramofonowej płyty, zacięta igła odtwarzała swoje: to nie, to nie, to nie … Potrzebny był plan ratunkowy. Wspomniana na początku, anonimowa kobieta, bierze w takich razach kartę płatniczą i udaje się do przybytku rozpusty zakupowej, czyli centrum handlowego, skąd wychodzi ukontentowana z naręczem ciuchów. Ale, jako że człek ze mnie ambitny, kupno nowej książki, jako rozwiązanie zbyt prozaiczne, odrzuciłem. Postanowiłem za to udowodnić tej grupie ludzi, która narzeka na ceny książek, że poczytać dobre, ba, świetne rzeczy, można całkowicie gratis. Rezultatem tego postanowienia było pobranie ze strony Wolnych Lektur “Wspomnień niebieskiego mundurka” Wiktora Teofila Gomulickiego.
Nawet nie wiecie jaką straszliwą, wewnętrzną walkę stoczyłem ze sobą, żeby w tym tekście nie użyć sformułowania “urocza ramotka”, które zagnieździło mi się w głowie już od pierwszych stron tej wzruszającej opowieści, opisującej szkolne czasy grupki uczniów XIX-wiecznej szkoły powszechnej, działającej w małym, prowincjonalnym miasteczku. Przegrałem. To jest urocza ramotka. Z jednej strony tak strasznie niedzisiejsza, bo kudy tam współczesnym długopisom do gęsich piór, kałamarzy i czernidła. Gdzie napuszczanie na belfrów chrabąszczy, a gdzie zakładanie kosza na głowę i ordynarne wyzwiska? Gdzie wreszcie zwyczaj chodzenia uczniów pod rękę (?) podczas rozmowy, zachwyt poezją, wylewna przyjaźń …? Z drugiej zaś, niemal współczesna w: po kryjomu palonych papierosach, napuszonych młodzieńczych przechwałkach, próbach udowodnienia swojej odwagi głupimi próbami czy niechęci do nauki. Bo pewne rzeczy się przecież nie zmieniają. Sami zobaczcie.

Jeden podczas lekcji usiadł tyłem do nauczyciela. Drugi, znudzony wykładem, przeciąga się i na cały głos ziewa. Trzeci położył głowę na książce i zasnął. Czwarty wytknął dwa palce i z całą szczerością zwierza się nauczycielowi, że „okropnie chce mu się jeść”. Piąty, wywołany do lekcji, wstać nie może, gdyż… urwał mu się guzik od spodni.

Piękna to lektura, zachowująca doskonałe proporcje w opisywaniu spraw poważnych i niezaprzeczalnie komicznych. Dająca możliwość spojrzenia od strony ucznia w system ówczesnej edukacji, ale i przybliżająca stosunki społeczne. Dla mnie jednak, przede wszystkim, pozwalająca poznać grupkę świetnych, pełnych ideałów i energii młodych ludzi, czytanie o przygodach których było prawdziwą przyjemnością. Mógłbym tu jeszcze długo wymieniać sceny, które zapadły mi w pamięć. Tę ze spaniem w trumnie i ze straszeniem ożenkiem, celem zagonienia do nauki. Mógłbym, ale lepiej usłyszeć te historie z “ust” samego Gomulickiego.
I co, można dobrze i za darmo? Można. Jeśli jeszcze dodać, że Wolne Lektury udostępniają tekst w kilku formatach obsługiwanych przez urządzenia mobilne oraz zaopatrzony w ponad 400 przypisów*, to jedynym minusem jaki widzę jest brak rysunków Konstantego Górskiego, o których pan Wiktor wspomina w “Od autora”.

* Na początku wielość przypisów mnie denerwowała, bo większość określeń znałem, ale po zastanowieniu stwierdzam, że o ile ja wiem co to jest np. “poślad”, to dzisiejszy dwudziestolatek już niekoniecznie :)

poniedziałek, 17 września 2012

"I ty zostaniesz Indianinem" Wiktor Woroszylski

Nie wiem jak to jest dziś. Bo choć w czasach I-phonów, I-padów czy inszych I-podów, I-ndianin pasuje jak znalazł, to chyba jednak mało który współczesny jedenastolatek marzy o zostaniu wodzem czerwonoskórych, okazałym pióropuszu, świadczącym o niezwykłej odwadze posiadacza, na głowie i tomahawku zatkniętym za pas. Że o skalpach niecnych, białych kujotów za tymże pasem, nie wspomnę. Ich rozognione spojrzenia i myśli kierują się raczej ku wyżej wymienionym gadżetom, niż zabawom w Indian. I dlatego właśnie “I ty zostaniesz Indianinem” może nie znaleźć u współczesnego, młodego odbiorcy takiego oddźwięku, jaki znalazło u starego piernika, który do dziś pamięta radość ze znalezionych pod choinką prezentów: indiańskiego pióropusza właśnie oraz kamizelki, gwiazdy szeryfa i dwóch coltów. Nie znaczy to jednak, że książka jest zła czy zramolała. Po prostu nie zdziwi mnie, że dzisiejszy czwarto-, piątoklasista nie ogarnie, jak można się jarać jakąś tam siekierką. Ja ogarniam. Mnie się podobało.
Historia Mirka, chłopca, który przez swoje uwielbienie dla rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej wplątuje się w naprawdę poważną aferę kryminalną jest odrobinę przesiąknięta dydaktycznym smrodkiem. Na szczęście wartka akcja idealnie spełnia rolę odświeżacza, sprawiając że wciągnięty w nią czytelnik, bez kręcenia nosem łyknie wtręty o honorze, odwadze, poświęceniu, czyli różnych nieżyciowych dziś pojęciach*. Co prawda stary wyjadacz w mojej osobie pokręci z niedowierzaniem głową np. przy historii nawrócenia bandyty i alkoholika na uczciwą drogę (i mleko z płatkami owsianymi, miast “sety” i ogóra), którego to nawrócenia dokonuje główny bohater używając jeno siły perswazji, ale w końcu są rzeczy, o których …
Jest w snutej przez Mirka opowieści wszystko to, co rajcowało mnie i przyciągało do lektury, kiedy byłem w jego wieku. Tajemnica związana z tomahawkiem podarowanym chłopcu przez podejrzanego osobnika mieniącego się wujem z Ameryki. Przygoda, która zaczyna się niewinnie, by następnie porażać dramaturgią kolejnych zdarzeń. Humor, który przejawia się zwłaszcza w prowadzonych przez postaci dialogach**. I choć jest w niej też odrobina kadzenia władzy ludowej, to jednak ten fakt przeszkadzał mnie, staremu chłopu. Dla młodszego odbiorcy to fakt raczej bez znaczenia.
Polecam uwadze, acz należy wziąć poprawkę na to, że powyższe pisze niegdysiejszy, nałogowy czytacz “Złota gór czarnych”, Sat-Okha czy Grey Owla, który na moment wyłączył dorosłą wiedzę***, wrócił do lat dzieciństwa i dał się porwać opowieści o dzielnym młodzieńcu, pragnącym zasłużyć na piękne, indiańskie miano.
PS. Szkoda, że Bohdan Butenko opracował graficznie jedynie obwolutę książki :(


* Sarkazm mode on.
** Szczególnie urzekł mnie, ba, do lektury zachęcił, wybrany na chybił trafił dialog Mirka i Szyjki (jeden z bandytów) o zwyczajach śniadaniowych rodziny “normalnej” i z marginesu.
*** Czyt. znów wierzył w szlachetność Indian i wszystkie przypisywane im przez literacką legendę przymioty.

piątek, 14 września 2012

Spotkajmy się w Bangkoku - Anna Glińska

"(...) W pogodne wczesne popołudnie światło w tropikach jest tak przenikliwe, że wydobywa z morza mnóstwo kolorów, przejaskrawia je, nasyca nadmiernym blaskiem. Zaraz za otoczką śnieżnej piany, okalającej statek, smuży się drobnymi falami jasna, niemal perłowa szarość, potem gęstnieje, ciemnieje, aż przechodzi w śniade migotliwe srebro, w błękitna stal, jasny błękit, intensywny błękit, turkus, nefryt, zieleń malachitu. I całe ogromne morze od burt po horyzont błyszczy do bólu w oczach, mieni się, płonie jak od utajonego w głębi białego ognia. (...)"  

W tej książce, wydanej blisko 40 lat temu, prawie wszystko wtedy było i teraz jest egzotyką.

Było ...
Sama podróż w tak niezwykłych warunkach w czasach realnego socjalizmu, niedostępna dla większości zwykłych obywateli. Zwiedzanie (choć krótkotrwałe) portowych miast znanych tylko z lekcji geografii.
Wielobarwny świat kapitalistycznego Zachodu z jego obfitymi dobrami konsumpcyjnymi. Bajkowość Dalekiego Wschodu...

Jest...
Dla młodego czytelnika lub czytelniczki, egzotyką są dzisiaj realia tamtych czasów.
Obowiązujący ustrój i wszystko, co z niego wynikało. Cały system własności państwowej (statek i zatrudnieni na nim ludzie). Inny poziom rozwoju światowej techniki , szczególnie środki łączności.

Siedemnastoletnia Tunka płynie na polskim statku "Farys"  w swój pierwszy w życiu dalekomorski rejs.
Nie jest w szkole, chociaż to klasa maturalna i rok szkolny trwa. Decyzją dorosłych ten rejs będzie dla niej najlepszym lekarstwem po stracie ukochanej siostry bliźniaczki. Tunka nie może  odzyskać spokoju po śmierci Zazy, zadręczając się wątpliwościami, czy to przypadek przez przedawkowanie, czy świadomy wybór samobójstwa.
Czytając książkę wtedy, w tamtym czasie, czytałam o egzotycznej dla mnie narkomanii. Wydawało mi się, że to problem sztuczny, marginalny. Podobnie jak przemyt narkotyków. Co prawda szeptało się w na ucho w szkole, że jacyś tam "wąchają klej". Ale większość z nas nigdy się z tymi jakimiś nie zetknęło. Tutaj w powieści narkotyki są jednoznacznie związane z hippisami, którzy w Polsce nigdy nie byli zjawiskiem masowym.

Jako nastolatka skupiłam się przede wszystkim na postaci głównej bohaterki i  jej przeżyciach. W swej bajkowej podróży Tunka odnajduje pierwszą miłość i zapowiedź prawdziwej przyjaźni.
Bo ta opowieść właściwie jest bajką, mocno polukrowaną w dodatku.
Mimo tragedii, która dotknęła Tunkę, dalsze wydarzenia to jedno pasmo dobroci - takie kolorowe zdjęcia jak z luksusowego wtedy Polaroida.. Wszystko, co spotyka dziewczynę w czasie rejsu jest dobre, życzliwe, miłe, wesołe, zabawne, interesujące, fascynujące.
Teraz dostrzegam tę jednostronność, bo wtedy pochłonęłam książkę jak to się mówi jednym tchem.
Jest napisana żywym językiem, nie brakuje tu dowcipu i żartu, a warstwa opisowa (zarówno życia na statku, jak i oglądanych portów) naprawdę przykuwa uwagę.
Teraz nie jesteśmy w stanie obejrzeć wszystkich dostępnych filmów na wielu kanałach dzięki telewizji satelitarnej i możemy w kilka chwil odnaleźć w internecie zdjęcia i filmiki o każdym miejscu na świecie. Wtedy pozostawały książki z marnymi ilustracjami (po długotrwałym czasie wydawniczym), czasopisma "Poznaj świat", "Kontynenty" i czarno-biała telewizja z ubożuchną ofertą.

I jeszcze kilka słów o autorce.
Mam kilka książek Anny Glińskiej, ale długo zupełnie nic o pisarce nie wiedziałam. Dopiero w czasach internetowych poszukałam...  i co znalazłam?
Anna Glińska to pseudonim literacki Natalii Gałczyńskiej, żony naszego poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Anna Glińska "Spotkajmy się w Bangkoku", Wydanie I, Wydawnictwo Morskie, Gdańska 1973

środa, 5 września 2012

Czarka - Ludwika Woźnicka



Nie zetknęłam się w dzieciństwie z przygodami Irki i jej niezwykłego.. kotka, a szkoda, na pewno by mi się spodobały. Ludwika Woźnicka stworzyła cały cykl o Irce i Czarce, który składa się z pięciu całkiem poważnych objętościowo powieści: Czarka (1961), Wakacje z Czarką (1965), Irka, Czarka i niezdara (1966), Z Czarką w cyrku (1970), Z Czarką w rejs (1976).

Niezwykła przygoda Irki rozpoczyna się w przaśnej rzeczywistości Polski końca lat 50. Być może dzieci nie zwrócą uwagi na ten niezwykły obrazek rodzajowy, który mnie bardzo uderzył, czyli czteroosobową rodzinę stłoczoną w jednym pomieszczeniu, w dodatku w kuchni (sic!), w mieszkaniu dzielonym przez współlokatorów. Szczęśliwie rodzina Irki otrzymuje piękne nowe mieszkanie, całe dwa pokoje z kuchnią tylko dla nich, i przeprowadza się w euforii na drugi koniec Warszawy. Razem z rodzina wędruje mały czarny kotek, znajdka, którego pozostawienie Irka wybłagała u matki. Kotek jest słodki i kochany, ale troszkę dziwny. Niby za duży jak na kociaka, ale zachowuje się jak dziecko i próbuje ssać, zamiast jeść z miseczki. Szczęśliwie nowy sąsiad zna się na zwierzętach i choć dziwnie się uśmiecha na widok Czarki (tak nazwano kotka), to pomaga w jego wychowaniu.

Kotek rośnie jak szalony i w pewnym momencie nie da się już przymykać oczu na fakt, że... po prostu nie jest kotkiem. Wkrótce wychodzi na jaw, że Czarka jest zagubioną przez cyrk czarna panterą! Pantera czy nie, Irka nie zamierza wyrzec się "kiciusia" i wraz z dzieciakami z podwórka buduje piętrowe intrygi, które mają uratować Czarkę.

Nie zdradzę chyba zbyt wiele, informując że wszystko kończy się dobrze dla każdej z zainteresowanych stron, a przygody Irki i Czarki są kontynuowane w kolejnych tomach. W "Wakacjach z Czarką" oraz "Irce, Czarce i niezdarze" mamy pierwsze w życiu Irczyne wakacje nad morzem na obozie dla cyrkowców. W tomach tych Czarka schodzi na plan drugi, a na pierwszy wysuwają się codzienne dziecięce problemy. Mamy tu dzieci niechciane i odpychane, rozwiązywanie konfliktów w grupie rówieśniczej, troszkę moralizowania (zgrabnie podanego, bez wyraźnych recept, ale jednak dziecko może się domyślić, na postępowaniu którego bohatera warto się wzorować). Dwóch ostatnich tomów: "Z Czarką w cyrku" i "Z Czarką w rejs" nie udało mi się znaleźć. Szukać raczej nie będę, bo to jednak zdecydowanie książki dla młodszych dzieci (myślę, że optymalna byłaby grupa wiekowa 7-12 lat), ale chętnie kiedyś podsunę je własnemu potomstwu.

Ludwika Woźnicka jest w ogóle ciekawą postacią. Miała siostrę bliźniaczkę, Zofię, także autorkę książek dla dzieci. Jako Żydówki przeszły wojenne piekło. Być może trauma powojenna spowodowała, ze obie popełniły samobójstwa w latach 80. Obie przyjaźniły się po wojnie z Jadwigą z Jasiewiczów Kaczyńską i były chrzestnymi matkami braci Kaczyńskich.

środa, 29 sierpnia 2012

Tajemnica Gerty - Maria Susanna Cummins


Kiedy jako dziewczynka czytałam "Tajemnicę Gerty", nie miałam pojęcia o okolicznościach powstania książki. Historia wydawała mi się ciekawa, choć nieco sentymentalna i trochę "naciągana". Zgrabne zakończenie zbyt mocno bazowało na zbiegach okoliczności, jak na moje trzeźwe 10-letnie spojrzenie ;) Może inaczej bym je oceniała, gdybym wiedziała, że książka powstała w roku 1854, czyli ponad 150 lat temu! Przed "Małymi kobietkami" Alcott, przed "Heidi", przed powieściami Hodgson Burnett i L.M. Montgomery, czyli przed tymi wszystkimi książkami, które dziś uważamy za dziewczęcą klasykę.

Kiedy ukazała się "Tajemnica Gerty" (oryginalny tytuł to "The Lamplighter", czyli "Latarnik"), okazała się - mówiąc po dzisiejszemu - oszałamiającym bestsellerem. W ciągu 20 dni sprzedano 20 tys. egzemplarzy, w ciągu pierwszych 8 tygodni - 40 tysięcy, a przez pierwsze 5 miesięcy - 65 tysięcy.  Debiut 27-letniej Amerykanki - Marii S. Cummins - okazał się drugą najlepiej sprzedającą się książką po "Chacie wuja Toma". Powieść została natychmiast wydana poza Stanami Zjednoczonymi, w samej Wielkiej Brytanii sprzedano ponad 100 tys. egz. Przetłumaczono ją na inne języki, m.in. francuski, niemiecki, holenderski i polski. Wydanie polskie ukazało się już w 1860 r., pod tytułem "Latarnik z Bostonu".

Bohaterkę, Gertrudę Flint, poznajemy jako 8-letnią nieszczęśliwą dziewczynkę. Osierocona przez rodziców, wychowywana jest - a raczej trzymana z łaski - przez podłą babę, Nan Grant. Dziewczynka jest przyzwyczajona do głodu, zimna i bicia, ale pewne tragiczne wydarzenie przechyla szalę krzywd. Gerta decyduje się uciec, choć jej szanse przeżycia na ulicy są żadne. Na szczęście trafia pod opiekę samotnego staruszka, tytułowego "Latarnika". W ubogim, lecz ciepłym domu, życie małej powoli się odmienia. Dziewczyna poznaje dobrą i piękną jak anioł Emilię, niewidomą pannę z zamożnego domu, która roztacza nad Gertą opiekę.W przeszłości Gerty, tak jak i Emilii, kryje się jednak wiele tajemnic, które będą musiały wyjść na światło dzienne...

Maria S. Cummins, Tajemnica Gerty, Wyd. Novus Orbis 1993.

Informacje o okolicznościach wydania książki zaczerpnęłam z Wikipedii i Literary Encyklopedia.

środa, 22 sierpnia 2012

"Słonecznikowa dziewczynka" Renata Opala


Wydawnictwo: Skrzat
Rok wydania: 2011
Seria: Bajki zasypianki 
Liczba stron: 136 
Okładka: twarda




Bez zła prawdopodobnie nie byłoby dobra, bo nie potrafilibyśmy go dostrzec, podobnie jak nie umielibyśmy odróżnić dnia, gdyby nie było nocy.  Walka dobra ze złem od zarania wieków była motywem w  literaturze. Opowiadania, legendy, mity, baśnie, powieści wykorzystają bardzo często ten motyw. Właśnie w baśniach poznajemy go najwcześniej, bo już od najmłodszych lat.    

"Słonecznikowa dziewczynka" jest klasyczną baśnią. Zawiera wszystkie elementy gatunkowe. Jest król, królowa, żyją sobie w Słonecznikowym Królestwie, jest jeszcze wróżka, smok i dla kontrastu Królestwo Smutku ze złą królową i królem, czarownicą. To postacie. A fabuła też iście baśniowa.

Dawno, dawno temu w Królestwie Słonecznikowym zawsze świeciło słońce. Ciepły klimat pozwalał kwitnąć kwiatom, dlatego wszystkie dzieci otrzymywały imiona kwiatów, krzewów lub owoców. Dodatkowo rodzice wzbierając imię dla swojej pociechy sadzili w ogródku kwiat o takiej samej nazwie. Tak więc królestwo pełne było Róż, Dalii, Bratków, Storczyków, a grządki zapełnione prześlicznymi, kolorowymi roślinamiW dość niezwykłych okolicznościach pojawia się na świecie królewska córka - Mirabelka, czyli Słonecznikowa dziewczynka. Dorasta ona beztrosko, ciesząc się każdą chwilą. 

Jednak na to przepełnione słońcem królestwo, nadciągną czarne chmury. Pewnego dnia Mirabelka zostaje porwana przez wysłanników Krainy Wiecznego Smutku.  Ale jak to zawsze w baśniach bywa, wszystko szczęśliwe się skończy. Zanim do tego dojdzie najpierw zwycięży dobro, a zło zostanie ukaranie, pracowitość będzie nagrodzona, a lenistwo potępione, czarownica okaże się dobrą wróżką, a Kraina Smutku wróci do swej dawnej postaci - Krainy Marzeń. Równie ciekawy jest watek science-fiction i wszechpotężnego robota ROBOTRONA oraz pochwała jedzenia owsianki.
     
Baśnie przekazują dziecku najważniejszą prawdę o życiu: to, że na świecie istnieje dobro i zło, a od indywidualnego człowieka zależy, jakiego wyboru dokona. Jeżeli wybierze dobro, czeka go nagroda, jeżeli zło - kara. Czy pomimo naiwności powyższego stwierdzenia, w głębi duszy nie wierzymy w tę prawdę? Czy nie kierujemy się nią w naszym życiu? 



Bardzo ciepła, z moralem, przepełniona prawdami życiowymi, momentami nawet wzruszająca (chęć poświecenia swojego życia dla dziecka w przypadku królowej) opowieść, idealna bajka-zasypianka. Brawa i uznanie dla Wydawnictwa Skrzat za wznowienie oraz przypomnienie baśni. Pierwsze wdanie było z roku 1988. Poszperałam trochę w necie i znalazłam okładkę z tego wydania. Chyba bardziej uroczą. 
 

Kornelia - Johanna Spyri

Johanna Spyri, XIX-wieczna szwajcarska pisarka, jest najbardziej znana dzięki swojej powieści dla dzieci pt. "Heidi". Nie jest to jednak jedyne jej dzieło, którego fabuła ma miejsce w idyllicznej krainie szwajcarskich Alp - także "Kornelia" toczy się w tej okolicy.

Kornelia wiedzie radosne życie w zamożnym domu u podnóża Alp. Wesoła jak ptaszek i lubiana przez wszystkich spędza dnie na zabawie. Jej matka zmarła, kiedy dziewczynka miała trzy lata, a ojciec nie zna się na wychowaniu dziewczynek i nie potrafi utrzymać żywej córki w ryzach. Kucharka i pokojówka rozpieszczają dziewczynkę, nawet jej prywatny nauczyciel nie jest surowy i wydawałoby się, że żadna chmurka nie pojawia się nigdy na tym radosnym firmamencie. Niestety sytuacja zmienia się, kiedy ojciec musi wyjechać w podróż i sprowadza do domu swoją ciotkę i jej przyjaciółkę. Kobiety maja za zadanie utemperować dziewczynkę i wpoić jej zasady dobrego zachowania. Kiedy ojciec wraca, zastaje dziecko dzikie, ponure i zamknięte w sobie. Co się stało pod jego nieobecność i czy kiedykolwiek z dziewczynki wyrośnie słodka Kornelia, podobna do matki, jak sobie to wymarzył ojciec? Jaką rolę odegra w wychowaniu dziewczynki uboga rodzina z Frankfurtu?

To niedługa i sympatyczna powieść, która mówi sporo o przewadze dobrego matczynego serca nad surowymi zasadami w wychowaniu dzieci. Pamiętam, że kiedy czytałam powieść jako mała dziewczynkę, zachwyciła mnie i zdaje się, że uwielbiałam Kornelię znaczenie bardziej niż Heidi.

Johanna Spyri, Kornelia, Oficyna Wydawnicza Graf, wyd. 1: 1991, wyd. 2: 1993

wtorek, 21 sierpnia 2012

Księżniczka Dżawacha - Lidia Czarska

Pozornie fabuła książki "Księżniczka Dżawacha" jest banalna. Dziewczynka osierocona przez ukochaną matkę. Dziki i niezależny charakter, z którym ojciec nie do końca potrafi sobie poradzić. Surowa babka, która domaga się utemperowania wnuczki i wysłania jej na pensję dla dobrze wychowanych panienek. Niechęć do potencjalnej macochy. I wreszcie dziki ptaszek zamknięty w klatce murów szkoły dla dziewcząt. Niby wszystko już było*, ale - ech, jak to zostało napisane!

Przede wszystkim bohaterka to nie byle kto, ale gruzińska księżniczka Nina Dżawacha-ogły-Dżamata i już samo to miano wystarczyłoby, żebym się zakochała w książce i bohaterce. Nina wychowuje się wśród dzikich krajobrazów, na swoim koniu Szalonym pędzi po górskich przełęczach i jest jak  nieokiełznany ptak. Ma jednak dobre serce, mężny charakter i kieruje się w życiu kodeksem honorowym. Podziwia wojowniczych górali i chce zostać prawdziwą dżygitką. Wolność jest dla niej jak powietrze. Jest ukochaną córką swego ojca, ale tragedie nie omijają gniazda rodu Dżawacha - kiedy Nina okazuje się ostatnią żyjącą młodą przedstawicielką rodu, babka stawia na swoim. 11-letnia Nina zostaje wysłana na petersburską pensję. Tam musi nie tylko nagiąć się do licznych ograniczeń, ale także nauczyć żyć wśród innych dziewczynek, dla których dumna tatarska księżniczka nie znaczy wiele.

Powieść podzielona jest na dwie części - pierwsza opowiada o życiu Niny w Gruzji, druga o pensji. Pierwsza jest wspaniałym obrazem mało nam znanej Gruzji w II połowie XIX wieku (punktem odniesienia w czasie może być powstanie imama Szamila, z którym walczył dziadek Niny i jego synowie) - czułe zwroty w tym języku brzmią jak muzyka, a krajobrazy przyprawiają o zawrót głowy. Druga część to już typowa powieść o pensji dla dziewcząt, ze wszystkimi małymi intrygami i psotami, ale i piękną przyjaźnią.

Powstał cały cykl o Ninie Dżawacha, niestety poza pierwszym tomem, dość łatwo dostępnym na allegro, reszta to niemal białe kruki. Nie jestem nawet pewna, czy wszystkie części przetłumaczono. Chociaż można potraktować pierwszy tom jako zamkniętą całość, ja jednak jestem bardzo ciekawa dalszych losów księżniczki i mam nadzieję zdobyć resztę. Ci, którzy znają rosyjski, nie będą mieli problemu - wszystkie tomy dostępne są online, np. tu. Trzeba uważać, bo "Księżniczkę Dżawacha" wydano w Polsce w 2000 r. pod zmienionym tytułem "Pożegnanie z dzieciństwem" - to jedna i ta sama książka.



"Księżniczka Dżawacha" była chyba największym "bestsellerem" Lidii Czarskiej, ale i poza nią była to pisarka bardzo płodna i poczytna. Stworzyła około 80 książek (w latach 1901-1916), których bohaterkami - w większości przypadków - były silne i mądre kobiety i dziewczęta. Od 1920 r. publikacja jej książek była w Związku Radzieckim zabroniona (choć czytano je potajemnie). Pisarka żyła w biedzie aż do śmierci w 1938 r. Dobiero pod koniec lat 80. przywrócono Czarską do łask i wznowiono część jej powieści.

Cykl o rodzie Dżawacha:
  1. Księżniczka Dżawacha / Pożegnanie z dzieciństwem (Княжна Джаваха, 1903)
  2. Wspomnienia pensjonarki / Pamiętnik pensjonarki (Записки институтки, 1901)
  3. Zosia Wisowska (Люда Влассовская, 1904) - podobno to tylko wybióczy przekład fragmentu powieści
  4. Druga Nina (Вторая Нина, 1907)
  5. Gniazdo rodu Dżawacha (Джаваховское гнездо, 1911)
  6. ??? (Дели-акыз, 1915)
  7. ??? (Вечера княжны Джавахи, 1916)
L. Czarska, Księżniczka Dżawacha,  Wyd. KS 1991
L. Czarska, Pożegnanie z dzieciństwem, Wyd. Ethos 2000

* Oczywiście - z punktu widzenia współczesnego czytelnika. Nie potrafię powiedzieć, do jakiego stopnia były to motywy wyeksploatowane w roku 1903, choć Czarska na pewno pierwsza nie była.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

W świecie dziewcząt - Elizabeth T. Meade

Elizabeth Thomasina Meade Smith, znana jako L.T. Meade, to irlandzka pisarka przełomu XIX i XX w., która ma na swoim koncie ponad 300 książek, z których około połowa przeznaczona była dla młodych czytelników. Do najsłynniejszych należała powieść pensjonarska "W świecie dziewcząt" z 1886 r., która szczęśliwie doczekała się przekładu na język polski*.

Hesia Thornton** została właśnie osierocona przez ukochaną matkę. Ojciec, który za bardzo nie umie poradzić sobie z wychowaniem córek, decyduje się oddać starszą do zakładu panny Willis, zwanego Jaśminówką. Niezależna dziewczynka jest zrozpaczona i spodziewa się wszystkiego co najgorsze. Musi porzucić dotychczasową swobodę i uwielbianą maleńką siostrzyczkę Misię***.

Szkoła dla dziewcząt okazuje się jednak nie tak przerażająca, jak sobie ją Hesia wyobrażała. Nawet żelazna dyscyplina nie jest trudna do zniesienia. Jest jednak jedna chmurka na firmamencie - nieznośna Andzia Forest, dziewczę urocze i uwielbiane przez całą szkołę, ale przy tym psocące co niemiara. Hesia uznaję Andzię za okropną dziewczynę, a trwając w tym uporze, szybko ją do siebie zraża. Wojna między uczennicami nabiera rozpędu i o mały włos nie doprowadza do prawdziwej tragedii.

Powieść jest urocza, lekka, trochę naiwna i stanowi miły obrazek obyczajowy swoich czasów i obyczajów. Poleciłabym ją dziewczynkom w wieku 8-12 lat - nadal ma szansę się podobać.


* Z tego co wiem, tylko cztery książki spotkał ten zaszczyt.
** W oryginale Hetty, skrót od Hester.
*** W oryginale Nan.


Elizabeth T. Meade, W świecie dziewcząt, Ethos 2000


piątek, 17 sierpnia 2012

MITY GRECKIE DLA DZIECI


Tysiące lat temu starożytni Grecy opowiadali sobie historie o bogach, potworach, herosach i bohaterach. Mity były przekazywane przez kolejne pokolenia aż do współczesności. Opowieści tu przywołane sięgają samych początków czasu…*

W którejś z młodszych klas szkoły podstawowej udało mi się zdobyć za dobre wyniki w nauce Mitologię Parandowskiego. Od tej pory regularnie podczytywałam tę cudowną książkę, która do dziś stoi na honorowym miejscu na półce. Mimo, że jest już stara i zaczytana, ciągle lubię brać ją do ręki i otwierać na przypadkowej stronie.  Wyobraźcie sobie więc moją radość, kiedy dzięki uprzejmości wydawnictwa Jedność trafiła do mnie genialnie wydana księga Mity greckie dla dzieci. Jak już wspominała przy okazji recenzji Słowniczka ortograficznego Cecylki Knedelek uważam, że Wydawnictwo Jedność wydaje jedne z najlepszych książek dla dzieci. Wszystkie te pozycje z którymi miałam już do czynienia są dopracowane w każdym calu. Tak też jest z przepięknym wydaniem Mitów greckich. Kiedy wzięłam tę księgę po raz pierwszy do rąk oniemiałam. Okładka w iście klasycznym stylu, zdobiona złotymi ornamentami wspaniale prezentuje się w mojej biblioteczce. W środku zaś dobrej jakości kredowy papier, przepiękne ilustracje, które rozbudzą wyobraźnię każdego czytelnika. Tekst jest jakby wtopiony w mityczne obrazy, zresztą zobaczcie sami:

http://www.jednosc.com.pl/


Mity podane są w sposób bardzo przystępny dla młodszego czytelnika, ale jednocześnie nie infantylnie, co pozwala na ciekawą lekturę także dorosłym. Dodatkowo na marginesach znajdują się rozbudowane wyjaśnienia niektórych wątków, czy dokładniejsze prezentacje postaci mitologicznych opatrzone małymi ilustracjami. Pozwoli to bardziej dociekliwym zaspokoić ciekawość i poszerzyć wiedzę, a młodszym dzieciom pomoże zrozumieć trudniejsze zagadnienia.

Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej poznajemy najbardziej znane i lubiane mity greckie. Puszka Pandory, dwanaście prac Heraklesa, Minotaur i labirynt, Dafne, dziewczyna w drzewo przemieniona, wyprawa po złote runo, Orfeusz w Hadesie, Eros i Psyche, życie Achillesa, przygody Odyseusza  i wiele, wiele innych. Dowiecie się z nich jak powstało niebo i ziemia, skąd wzięli się bogowie.  Poznacie bliżej ich sylwetki, atrybuty i często bardzo niebezpieczne przygody. Czy Afrodyta wyłoniła się z piany? Kim była Hydra, Cerber i harpie? Jakie prace miał do wykonania Herakles? Odpowiedzi na te wszystkie pytania znajdziecie w tej przepięknej skarbnicy mitów.

Druga część, to przewodnik po mitach. Znajdziecie tutaj postaci oraz niektóre miejsca pojawiające się w opowieściach zamieszczonych w tej książce. Wszystko zostało pogrupowane według kategorii takich jak bogowie, potwory, ludzie  itd., dzięki czemu można w bardzo prosty sposób znaleźć potrzebne informacje. Do tej części autorzy dołączyli też kolorowe mapy Starożytnej Grecji i rejonu Morza Śródziemnego, na których zaznaczono ważniejsze wydarzenia i umiejscowiono wiele postaci mitologicznych.
Na końcu znajduje się jeszcze słowniczek zawierający trudniejsze słowa, z którymi młody Czytelnik może się spotkać przy okazji lektury, a także najważniejsze nazewnictwo greckie i rzymskiej.

Zbiór mitów przeszedł moje najśmielsze oczekiwania i mogę tylko żałować, że nie został wydany, kiedy byłam tą małą dziewczynką zafascynowaną kulturą Starożytnej Grecji . Za to mój syn na pewno będzie miał  tę niewątpliwą przyjemność, co mnie niezmiernie cieszy.
Jeśli oczekujecie solidnego wydania na wysokim poziomie Jedność was nie zwiedzie. Wiem, wiem zaleciało trochę wazeliną. Trudno. Takie jest moje zdanie.  Nie znajduję słów uznania dla dziecięcych publikacji tego wydawnictwa. Zapewniam was jednak, że moja opinia jest całkowicie szczera i nie związana z tym, że współpracuję z Jednością.  Polecam gorąco !

Możecie zajrzeć do książki o tutaj [klik]

*A. Milbourne, L. Stowell, Mity greckie dla dzieci, Kielce 2012, s. 7



Tytuł: Mity greckie dla dzieci
Autorzy: Anna Milbourne i Louie Stowell
Tłumaczenie: Paulina Zaborek
Ilustracje: Simona Bursi, Elena Temporin i Petra Brown
Wydawnictwo: Jedność
Rok wydania: 2012
Stron: 304