wtorek, 20 sierpnia 2013

"Czarne Stopy" Seweryna Szmaglewska

Skleroza sklerozą, ale żeby po ludziach trzeba było sobie przypominać, że akcja czytanych w młodości książek, miała miejsce nie tylko w stolicy, na Mazurach czy po innych Malborkach, ale również na terenie własnej Małej Ojczyzny, to już wstyd. Bladość mych jagód pąs więc wstydu krasi, a gwoli pokuty samemu sobie na tę okoliczność zadanej, ruszyłem pozycji z przygodami osadzonymi w Górach Świętokrzyskich szukać. I tym oto sposobem przeczytałem o dziejach pewnego harcerskiego obozu, który grupa młodzieńców rozbiła w okolicach znanej mi skądinąd góry Radostowej, nad równie znaną Lubrzanką, w pobliżu, a jakże, znanych, Mąchocic.
Od razu śpieszę donieść, że to książka nie na dzisiejsze czasy. Bo kto to widział wozić dzieci na wczasy na pace rozklekotanej ciężarówki, miast klimatyzowanym autobusem? Który rodzic pozwoliłby, żeby jego pociecha kąpała się w zimnej rzece, gdy standardem jest wanna z hydromasażem i jadła pajdę chleba z marmoladą pod herbatkę z wody gotowanej nad ogniskiem (fuj, fafrącle!), rezygnując ze szwedzkiego stołu z krułasantami i kawiorem (a co, jak inclusive, to inclusive)? No właśnie. A Seweryna Szmaglewska opisała harcerski wypoczynek w wersji tuż powojennej, czyli raczej non niż all.
Mimo powyższej szydery mam jednak nadzieję i mocno w to wierzę, że moi synowie za wypoczynek uznawać będą raczej spartańskie warunki harcerskiego obozu niż piernaty trzygwiazdkowego hotelu. Że podobnie jak Marek Osiński i jego koledzy odnajdą dużo radości w pieszych rajdach po ziemi swoich przodków i dane im będzie doświadczyć emocji związanych z udziałem w podchodach. Bo proza Szmaglewskiej mimo, że z mojego punktu widzenia, nieco naiwna, to jednak i we mnie, starym cynicznym pryku, rozpaliła chęć zakupienia namiotu, biwakowania, zjadania samodzielnie przyrządzanych nad ogniem turystycznej maszynki posiłków i co za tym wszystkim idzie, zyskania choćby namiastki poczucia niczym nieskrępowanej wolności.
To książka niezbyt (cóż to jest pół wieku z haczykiem?) stara, ale już dla dzisiejszego odbiorcy w wieku lat nastu na wskroś staroświecka. Wydarzeniem jest w nim spotkanie weterana partyzanta, nocna warta i śledztwo w sprawie ginącego z namiotu kwatermistrzowskiego mleka. Nie ma gadżetów, supermocy i szybkiej, teledyskowej akcji. Są za to dylematy wieku cielęcego, jest patos smarkaczych postanowień i siła wspólnych przeżyć. Normalką jest to, że harcerz zna alfabet Morsa, że pomaga starszym i potrzebującym, że zajmuje się zwierzętami. Słowem, świat starych wartości, ot co.
Skłamałbym, gdybym powiedział, że powieść mnie porwała. Zdarzały się ziewnięcia, zdarzał cyniczny rechot, ale ostatecznie stwierdzam, że to dobra książka. Rozbudzająca potrzebę przeżycia Przygody, takiej właśnie, przez duże P. i to najlepiej w okolicznościach dzikiej przyrody. Kierująca uwagę czytelnika na to, co na wyciągnięcie ręki: lokalne legendy, nieznane zakątki, ludzie. I przypominająca, że jak człowiek był młody, to wystarczył “lasek” złożony z pięciu drzew na krzyż plus garść nieokiełznanej wyobraźni, żeby świetnie bawić się w towarzystwie rówieśników przez cały boży dzień.
PS. Sympatycznym dodatkiem w czytanym przeze mnie wydaniu były nieliczne (szkoda!) ilustracje Zbigniewa Lengrena. Odsyłam do niezawodnej w takich razach jarmili :)
PPS. Dla miłośników aktorskich talentów panów: Malajkata i Pazury - jest film na podstawie. Niestety oprócz tego, że jest, nic więcej o nim powiedzieć nie mogę :)

2 komentarze:

  1. Książkę ongiś czytałam, film - zdaje mi się - też oglądałam, ale skleroza sklerozą...

    OdpowiedzUsuń