czwartek, 5 stycznia 2012

Zaczarowane baletki - Noel Streatfeild


Ogromnie żałuję, że nie miałam okazji przeczytać "Zaczarowanych baletek" w dzieciństwie, bo książka jest naprawdę urocza. A że jako dziewczynka miałam obsesję na punkcie baletu, pewnie spodobało mi się podwójnie. Chociaż, wbrew tytułowi, balet nie jest wcale głównym tematem tej powieści. A baletki wcale nie są zaczarowane. Ale zacznijmy od początku...

Akcja rozgrywa się w pierwszych dekadach XX w., w Londynie. Pewien starszy pan, naukowiec zafascynowany skamielinami (fosyliami) przygarnia osieroconą krewniaczkę, Sylwię. Kiedy dziewczynka podrasta, jej opiekun udaje się w bardzo długą podróż, z której zamiast pamiątek przywozi (lub przesyła)... nie, nie pamiątki, ale... dzieci. Najpierw do domu trafia malutka Paulina, uratowana z zatopionego Titanica. Wkrótce potem mała Rosjanka Piotrowna, której rodzice zmarli, a na końcu Pusia, córeczka francuskiej baletnicy, która wybrała karierę zamiast dziecka. Starszy pan, zwany przez dziewczynki Dziamem, opiekuje się podopiecznymi, ale - tylko teoretyczne. W praktyce znika na kilkanaście lat i słuch o nim ginie, a cała opieka spada na barki młodej Sylwii i jej dawnej niani.

Tymczasem dziewczynki dorastają, a zasoby finansowe nikną. W obliczu nędzy konieczne staje się zapewnienie dzieciom źródła utrzymania i w ten sposób dziewczęta trafiają do szkoły teatralno-tanecznej, a stamtąd - na scenę. Każda ma jakiś talent: Paulina - aktorski, Pusia - baletowy, a Piotrowna... cóż, Piotrowna ma nieprzydatny zupełnie na scenie talent do sprzętów mechanicznych...

Noel Streatfeild przez 10 lat występowała w teatrze. Pisała więc o tym, na czym się znała od podszewki, czy może raczej - od kulis. Sama nigdy za kulisami prawdziwego teatru nie byłam (zwłaszcza angielskiego i to w latach 20.), dlatego z wielkim zaciekawieniem chłonęłam doskonale odmalowane detale. Dziewczęta są wyraziste i urocze, a ich losy ciekawe, czego można chcieć więcej?

W oryginale książka ma tytuł "Ballet shoes", czyli po prostu 'baletki', nie wiem, czemu polski wydawca dorzucił słowo 'zaczarowane', bo nijak się to ma do treści. Inna sprawa, ze i oryginalny tytuł nie oddaje wiernie zawartości, ale za to zapoczątkował całą "butową" serię. Następne w kolejności były "Tennis shoes", potem "Circus shoes", "Theater shoes" itd. Niestety w Polsce wydano tylko jeszcze jedną książkę pt. "Złota jabłoń" ("Apple Bough", wydana też jako "Travelling shoes"), ale mam nadzieję, że pozostałe uda mi się poznać w oryginale.

"Zaczarowane baletki" zostały co najmniej dwukrotnie zekranizowane - jako miniserial z 1975 r. oraz film z 2007 r. z Emmą Watson, który recenzowałam na moim blogu.

Polecam gorąco.

Noel Streatfeild, Zaczarowne baletki (Ballet shoes), Rytm, 1997.

11 komentarzy:

  1. Ooo, i już mam odpowiedź - obejrzę sobie film. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie takiej książki szukałam! Od jakiegoś czasu ćwiczę rekreacyjnie balet i bardzo mnie zafascynowało życie baletnic. Szukałam polskich blogów pisanych przez takie dziewczyny, ale niewiele ich jest. Dzięki za notkę:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Panna Emilka - w takim razie polecam "Annę - zaczyna się nowe życie" Justusa Pfaue i kolejne dwie części: "Anna balerina" i "Brawo Anno". W "Zaczarowanych baletkach" więcej jest aktorstwa niż baletu.
    Jest też książka "Baletowa rodzina" Mabel Esther Allan, ale tej nie czytałam, więc nie wiem, ile w niej tańca. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ wielką przyjemność mi zrobiłaś przypominając o tej książce. Nie miałam pojęcia, że została zekranizowana. Częstym będę u Ciebie gościem. Pozdrawiam;).

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo lubię film na podstawie tej książki. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zarówno książka jak i film są dopiero przede mną, ale naprawdę dziwię się, że nie czytałam "Zaczarowanych baletek" jako dziewczynka. Byłam zakochana w "Małej księżniczce" czy "Ani z Zielonego Wzgórza", a te 'baletki' mi jakoś umknęły.
    Wiem! Musiało ich po prostu nie być w mojej bibliotece, bo całą resztę połknęłam ;)

    Naprawdę świetny blog i pomysł, a listy książek to po prostu majstersztyk. Jeszcze raz Ci gratuluję! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Marietta - do usług i zapraszam. Jeszcze wiele pięknych książek przed nami :)

    Lena - mnie też się bardzo podobał, a oglądałam go jeszcze przed przeczytaniem oryginału. Jest dość wierny, z wyjątkiem nieistniejącego w książce wątku romansowego.

    Przyjemnostki - miałam ten sam problem - nie było książki w mojej bibliotece. Ale nigdy nie jest za późno, żeby nadrobić braki ;)

    Bardzo dziękuję, chociaż pomysł bloga padł najpierw ze strony Agnesto i Mery, bo ja początkowo myślałam tylko o cyklu na moim blogu.
    A robienie list było sporą frajdą, chociaż czasochłonną :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie znam "Baletek", ani autorki. Jak dobrze,że dzięki sobie nawzajem możemy odkryć tyle nieznanych nam do tej pory książek.
    A, miło mi, że się przyczyniłam do powstania tegoż miejsca ;-)
    Pozdrawiam ;-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Agnesto - ja też się bardzo cieszę, że wyszłaś z takim pomysłem, sama pewnie bym się nie zdecydowała :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie czytałam "Zaczarowanych baletek", ale o ile pamięć mnie nie myli wspomina o nich główna bohaterka filmu "Masz wiadomość" Nory Ephron. Poszukam jej w naszej bibliotece.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem pewnie jedyną kobietą na świecie, która nigdy nie oglądała "Masz wiadomość", więc niestety nie wiem, czy wspomniano tam o "baletkach" ale jest to możliwe, bo już mi ktoś o tym pisał :)

      Usuń