Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
środa, 9 lipca 2014
Sto jeden dalmatyńczyków - Dodie Smith
Dawno, dawno temu była sobie mała chora dziewczynka, której bardzo, ale to bardzo się nudziło, bo od tygodnia leżała w łóżku. Na szczęście mama pożyczyła dla niej książkę, zdobną w disneyowskie ilustacje*. I już chwilę później nuda zniknęła, jakby jej nigdy nie było. Dziewczynka razem z bohaterami powieści, dalmatyńczykami Pongo i Mimi, przeżywała radość z narodzin ich piętnaściorga uroczych szczeniąt, a później strach i niechęć do upiornej Tortuelli, wielbicielki futer, która zapragnęła płaszcza z centkowanych skór dalmatyńczyków. Razem z Pongo i Mimi przeraziła się, kiedy ich szczenięta zniknęły i rozpaczliwie wyczekiwała na wieści o nich, które mogły dotrzeć z innych części kraju. Razem z nimi opuściła ciepły dom państwa Poczciwińskich i wybrała się w daleką i niebezpieczną podróż na farmę, na której prawdopodobie przetrzymywane były szczeniaki. Błąkała się, głodowała i marzła, ale też spotkała nowych przyjaciół i poznała wyśmienity smak grzanek z masłem (przynajmniej w wyobraźni - ale przez długi czas wierzyła, że to jedna z najpyszniejszych potraw świata... właściwie nadal w to wierzy). Wreszcie spróbowała uwolnić i sprowadzić w bezpieczne miejsce całą chmarę uprowadzonych przez Tortuellę psiaków.
Minęło prawie 25 lat od momentu, kiedy byłam tą dziewczynką, ale lekturę pamiętam do dziś. Bardziej swoje wrażenie niż elementy fabularne, chociaż akurat scena z grzankami z masłem utkwiła w mojej pamięci na mur. Nie tak dawno upolowałam identyczny egzemplarz powieści w antykwariacie - wydany przez Wydawnictwo Alfa w 1990 - i z przyjemnością przeczytałam ponownie, z zachwytem przypominając sobie szczegóły. Polecam gorąco, jestem pewna, że współczesnym dzieciom się spodoba, wcale się nie zestarzała, choć napisana została w 1956 roku - jest urocza. Nadal jest wznawiana, ostatnie wydanie było chyba w 2002 r.
* Wg informacji na stronie tytułowej ilustracje na podstawie filmu Walta Disneya opracowali Maria i Andrzej Andrzejewscy - zastanawiam się, czy wydawnictwo dostało na to zgodę od studia Walta Disneya.
środa, 23 kwietnia 2014
The Children Who Lived in a Barn - Eleanor Graham
Eleonor Graham to angielska redaktorka i recenzentka książek dla dzieci. Trzy z jej czterech książek zaginęły już dawno w mrokach dziejów (The Story of Jesus, The Story of Charles Dickens oraz Six in a Family), ale czwarta była w Anglii dość popularna. Wydana po raz pierwszy w 1938 r., doczekała się licznych wznowień, a ostatnio została wydana po raz kolejny przez wydawnictwo Persephone, znane za sprawą swoich jednolitych szarych okładek i pięknie zdobionych wklejek.
"Dzieci, które mieszkały w stodole" to powieść o rodzeństwie, które zostaje nagle bez opieki rodziców i musi radzić sobie samo.
Akcja książki rozgrywa się w latach 30. XX wieku na angielskiej wsi. Rodzeństwo Dunnet, 13-letnia Susan, około 12-letni Bob, 9-letnie bliźniaki Joseph i Samuel oraz 7-letnia Alice, mieszkało wraz z rodzicami... nie, nie w stodole... - w całkiem zwyczajnym domu, w wiosce Wyden. Dom był wynajęty, a rodzina sprowadziła się tu ledwo przed półroczem i nadal pozostawała na uboczu społeczności. Pewnego pechowego dnia nadszedł telegram z informacją, że babcia (właściwie jedyna żyjąca krewna rodziny) ciężko zachorowała podczas podróży do Środkowej Europy i można spodziewać się najgorszego. Matka zdecydowała się natychmiast porzucić wszystko (łącznie z dziećmi) i jechać na spotkanie, być może ostatnie, ze swoją matką. Ojciec uznał, że nie może puścić jej samej, a dzieci doskonale poradzą sobie same przez kilka dni (chciałabym to zobaczyć obecnie - rodzice, którzy porzucają pięcioro małoletnich dzieci, znajdują je chyba po powrocie w domu opieki...). Rodzice więc pakują się niezwłocznie, rzucają dzieciom kilka słownych instrukcji (znamienna okaże się ta, by zawsze trzymali się razem) i - dosłownie - wybiegają z domu.
Dzieci w istocie radzą sobie nieźle, niestety rodzice nie wracają po kilku dniach, tak jak to było planowane, a po wiosce zaczyna krążyć pogłoska o jakiejś katastrofie czy może zaginięciu samolotu, w której mogli brać udział rodzice Dunnetowie.Jakby tego było mało niesympatyczny typ wynajmujący dom Dunnetom, nie zważając na tragedię dzieci, domaga się opuszczenia domu, ponieważ postanawia go sprzedać (czym od dawna groził). Nikt w wiosce nie staje w ich obronie. Na szczęście jeden z sąsiadów oferuje im dach nad głową w postaci dobrze utrzymanej, nadającej się do zamieszkania tytułowej stodoły... Dzieci przenoszą się do niej z wdzięcznością i rozpoczynają walkę o przetrwanie według ustalonych przez siebie reguł, od podstawowego "trzymać się zawsze razem" po "nie pożyczać, nie kraść i nie żebrać". Społeczność wioski dzieli się na tych złych, którzy chcą dzieci umieścić z sierocińcach lub domach zastępczych, rozdzielając je, oraz tych dobrych, którzy kibicują staraniom dzieci z oddali, niekiedy oferując pomoc w postaci pracy zarobkowej itp.
Nie wiem, jak bardzo wiarygodna była ta historia w momencie powstania książki, ostatecznie niemal sto lat temu, mnie wydawała się dość naciągana. Od zawiązania akcji (naprawdę tak łatwo było zostawić pięcioro małoletnich bez opieki i polecieć na inny kontynent? Mowa o kochającej rodzinie inteligenckiej, nie o marginesie społecznym), przez jej rozwinięcie (dziwnie nieczuła była większość mieszkańców wioski. A może wtedy uważano, że 13-letnia dziewczynka naprawdę jest wystarcząco dorosła, żeby opiekować się czwórką rodzeństwa? Jako dobrodziejka została np. przedstawiona sąsiadka, która zaproponowała Sue, by ta robiła w jej pralni pranie dla całej swojej rodzinki raz w tygodniu. Oznaczało to, że dziewczynka musiała w poniedziałki wstawać o czwartej rano, kilka godzin tyrać nad balią z gorącymi mydlinami, następnie wracać do stodoły, gdzie szykowała śniadanie dla rodzeństwa oraz obiad na potem, potem iść na kilka godzin do szkoły, by po powrocie znów udać się do pralni, zebrać wysuszoną odzież i biec szykować dzieciom kolację) aż po niewiarygodnie naciągane zakończenie. Nikogo chyba nie zdziwi fakt, że książki dla dzieci w tamtych czasach jeszcze musiały kończyć się dobrze, ale troszkę autorka przeszarżowała. Poza tym dziwił mnie bardzo fakt, że dzieci nie tęskniły za bardzo za rodzicami, nie wspominały ich, raczej w kontekście "jeśli nie wrócą, to nie damy sobie dłużj rady sami", ale ani słowa o miłości czy rozpaczy po ich prawdopodobnej śmierci.
Przy tym wszystkim jednak książkę czytało się dobrze, sytuacja dzieci budziła współczucie, a siła Susan podziw, i łatwo było przymykać oko na niedociągnięcia. Jeśli ktoś ma ochotę czytać w oryginale to polecam, ale brak polskiego przekładu nie jest w tym przypadku wielką stratą.
Eleanor Graham, The Children Who Lived in a Barn. A Puffin Book, 1976.
"Dzieci, które mieszkały w stodole" to powieść o rodzeństwie, które zostaje nagle bez opieki rodziców i musi radzić sobie samo.
Akcja książki rozgrywa się w latach 30. XX wieku na angielskiej wsi. Rodzeństwo Dunnet, 13-letnia Susan, około 12-letni Bob, 9-letnie bliźniaki Joseph i Samuel oraz 7-letnia Alice, mieszkało wraz z rodzicami... nie, nie w stodole... - w całkiem zwyczajnym domu, w wiosce Wyden. Dom był wynajęty, a rodzina sprowadziła się tu ledwo przed półroczem i nadal pozostawała na uboczu społeczności. Pewnego pechowego dnia nadszedł telegram z informacją, że babcia (właściwie jedyna żyjąca krewna rodziny) ciężko zachorowała podczas podróży do Środkowej Europy i można spodziewać się najgorszego. Matka zdecydowała się natychmiast porzucić wszystko (łącznie z dziećmi) i jechać na spotkanie, być może ostatnie, ze swoją matką. Ojciec uznał, że nie może puścić jej samej, a dzieci doskonale poradzą sobie same przez kilka dni (chciałabym to zobaczyć obecnie - rodzice, którzy porzucają pięcioro małoletnich dzieci, znajdują je chyba po powrocie w domu opieki...). Rodzice więc pakują się niezwłocznie, rzucają dzieciom kilka słownych instrukcji (znamienna okaże się ta, by zawsze trzymali się razem) i - dosłownie - wybiegają z domu.
Dzieci w istocie radzą sobie nieźle, niestety rodzice nie wracają po kilku dniach, tak jak to było planowane, a po wiosce zaczyna krążyć pogłoska o jakiejś katastrofie czy może zaginięciu samolotu, w której mogli brać udział rodzice Dunnetowie.Jakby tego było mało niesympatyczny typ wynajmujący dom Dunnetom, nie zważając na tragedię dzieci, domaga się opuszczenia domu, ponieważ postanawia go sprzedać (czym od dawna groził). Nikt w wiosce nie staje w ich obronie. Na szczęście jeden z sąsiadów oferuje im dach nad głową w postaci dobrze utrzymanej, nadającej się do zamieszkania tytułowej stodoły... Dzieci przenoszą się do niej z wdzięcznością i rozpoczynają walkę o przetrwanie według ustalonych przez siebie reguł, od podstawowego "trzymać się zawsze razem" po "nie pożyczać, nie kraść i nie żebrać". Społeczność wioski dzieli się na tych złych, którzy chcą dzieci umieścić z sierocińcach lub domach zastępczych, rozdzielając je, oraz tych dobrych, którzy kibicują staraniom dzieci z oddali, niekiedy oferując pomoc w postaci pracy zarobkowej itp.
Nie wiem, jak bardzo wiarygodna była ta historia w momencie powstania książki, ostatecznie niemal sto lat temu, mnie wydawała się dość naciągana. Od zawiązania akcji (naprawdę tak łatwo było zostawić pięcioro małoletnich bez opieki i polecieć na inny kontynent? Mowa o kochającej rodzinie inteligenckiej, nie o marginesie społecznym), przez jej rozwinięcie (dziwnie nieczuła była większość mieszkańców wioski. A może wtedy uważano, że 13-letnia dziewczynka naprawdę jest wystarcząco dorosła, żeby opiekować się czwórką rodzeństwa? Jako dobrodziejka została np. przedstawiona sąsiadka, która zaproponowała Sue, by ta robiła w jej pralni pranie dla całej swojej rodzinki raz w tygodniu. Oznaczało to, że dziewczynka musiała w poniedziałki wstawać o czwartej rano, kilka godzin tyrać nad balią z gorącymi mydlinami, następnie wracać do stodoły, gdzie szykowała śniadanie dla rodzeństwa oraz obiad na potem, potem iść na kilka godzin do szkoły, by po powrocie znów udać się do pralni, zebrać wysuszoną odzież i biec szykować dzieciom kolację) aż po niewiarygodnie naciągane zakończenie. Nikogo chyba nie zdziwi fakt, że książki dla dzieci w tamtych czasach jeszcze musiały kończyć się dobrze, ale troszkę autorka przeszarżowała. Poza tym dziwił mnie bardzo fakt, że dzieci nie tęskniły za bardzo za rodzicami, nie wspominały ich, raczej w kontekście "jeśli nie wrócą, to nie damy sobie dłużj rady sami", ale ani słowa o miłości czy rozpaczy po ich prawdopodobnej śmierci.
Przy tym wszystkim jednak książkę czytało się dobrze, sytuacja dzieci budziła współczucie, a siła Susan podziw, i łatwo było przymykać oko na niedociągnięcia. Jeśli ktoś ma ochotę czytać w oryginale to polecam, ale brak polskiego przekładu nie jest w tym przypadku wielką stratą.
Eleanor Graham, The Children Who Lived in a Barn. A Puffin Book, 1976.
środa, 16 kwietnia 2014
Seria "Malory Towers" - Enid Blyton
Prawdopodobnie, gdybym przeczytała serię o Malory Towers jako dziesięciolatka, marzyłabym o uczęszczaniu do szkoły z internatem*. Pisarka przedstawia fikcyjną szkołę dla dziewcząt niby lukrowane ciasteczko - piękny, majestetyczny budynek, umiejscowiony na malownicznym wybrzeżu Kornwalii, tuż przy brzegu morza. Rozsądni wychowawcy (choć ze swoimi przywarami) czuwający nad stadkiem uczennic.Sympatyczne (na ogół) dziewczęta, psocące co niemiara. Szkoła właściwie nie ma wad, sześcioletni pobyt w niej i bywanie w domu tylko podczas wakacji jest przedstawiony jako najwyższe szczęście dla młodych dam z pewnej klasy. Ani słowa o tęsknocie za rodzicami (no, może ze dwa słowa). Zresztą na samym początku książki, podczas sceny żegnania się z rodzicami na peronie, podkreślone jest, jak powinno wyglądać rozstanie z klasą:"- O, popatrz tam - oto obrazek pod tytułem "Jak nie należy żegnać się ze swoją ukochaną córeczką"!
Dorotka spojrzała we wskazanym przez Alę kierunku. Zobaczyła dziewczynkę mniej wwięcejw swoim wieku (...). Trzymała się kurczowo matki i głośno szlochała.
- To, co powinna zrobić teraz jej matka, to uśmiechnąć się, wcisnąć jej kilka cukierków i odejść! - oświadczyła Ala. - Jeśli ma się takie dziecko, to nie pozostaje nic innego. Biedne, kochane maleństwo mamusi!" (s. 11)
Inne czasy (lata 40. XX w.), a przede wszystkim chyba obca Polakom brytyjska mentalność, zalecająca powściągliwość w okazywaniu uczuć.
W Malory Towers nauka jest na wysokim poziomie, uczennice dbają o stopnie, ale to nie one są najważniejsze. Jak mówi dyrektorka do nowych uczennic: "Nie uznaję za nasz sukces tego, że zdobywacie stypendia i zdajecie egzaminy, choć to się wam niewątpliwie chwali. Za prawdziwy sukces uważam to, że uczycie się tu okazywać innym dobroć i życzliwość, że stajecie się rozsądne i godne zaufania, wyrastacie na mądre, trzeźwe kobiety, na których może opierać się ten świat. Naszą porażką jest zaś to, że niektóre dziewczęta nie nauczą się niczego w ciągu spędzonych tu lat". (s. 31)
Główną bohaterką całej serii jest Dorotka Rivers**, którą poznajemy jako dwunastolatkę, która jako nowa uczennica pojawia się w Malory Towers w semestrze letnim. Cała klasa poznała się już w poprzednim semestrze, więc Dorotka początkowo czuje się wyobcowana. Za przewodniczkę wybiera sobie dziewczynkę dziarską, przebojową i bardzo psotną, imieniem Alicja. Wraz z nią do klasy przybywają jeszcze dwie nowe dziewczynki: Sara i Paulina. Tajemnicza Sara Hope, zamknięta w sobie, trzyma się na wyraźny dystans od rówieśniczek, a po pewnym czasie zaczyna zachowywać się bardzo dziwnie, stanowczo zaprzeczając istnieniu swojej młodszej siostry, którą z pewnością ma. Paulina natomiast jest ładną, lecz zepsutą dziewczynką, o paskudnym charakterku, rozpieszczaną dotąd przez matkę i guwernantkę, która zupełnie nie potrafi funkcjonować w grupie rówieśniczej.
Seria obejmuje sześć tomów - sześć lat nauki w szkole Malory Towers. Przeczytałam tylko dwa dostępne w tłumczeniu: "Pierwszy semestr w Malory Towers" i "Druga klasa w Malory Towers", więc zastanawiam się, czy poziom problemów dziewcząt rośnie wraz z ich wiekiem. Między pierwszym a drugim tomem nie ma wielkich różnic, występuje wręcz pewna powtarzalność. W drugim tomie pojawia się kolejna nowa dzieczynka, która wyraźnie coś ukrywa, oraz kolejna młodociana intrygantka (choć sympatyczniejsza niż Paulina). W obu tomach fabuła skupia się również na Marysi, bardzo bojaźliwej dziewczynce z klasy Dorotki, którą koleżanki początkowo lekceważą, a potem próbują jej pomóc.
Pisarka poszła na łatwiznę podczas zarysowywania charakterów bohaterek. Nie jest to zbyt głęboka analiza psychologiczna, każda dziewczynka dostała w sumie po jednej charakterystycznej cesze. Dorotka jest sympatyczną, rozsądną osóbką, ale po ojcu odziedziczyła skłonność do cholerycznych wybuchów, co wpędza ją stale w kłopoty. Ala jest bystra i psotna, ale dość bezlitosna w stosunku do słabszych koleżanek. Sara jest solidna i odpowiedzialna. Marysia wszystkiego się boi. Janka jest wesołą i zaradną Szkotką, Emilka lubi szyć i haftować (w dwóch tomach nie dała się poznać pod żadnym innym kątem), a Irenka jest świetną, lecz niewiarygodnie roztargnioną uczennicą. Na szczęście bohaterki jednak ewoluują lub przynajmniej zmienia się ich ocena w oczach koleżanek. Wyśmiewana Marysia zyskuje uznanie ogółu i zaczyna walczyć z lękiem, Alicja swym zachowaniem zniechęca do siebie Dorotkę, której początkowo bardzo imponowała, Daniela uczy się w bólach, że oszukiwanie nie popłaca, a szczerość - i owszem.Wydaje mi się, że to całkiem dobra lektura dla grupy docelowej, czyli dziewczynek mniej więcej 10-13 letnich. Fabuła jest wystarczająco wciągająca, a problemy z bytowaniem w grupie rówieśniczej z pewnością bliskie niejednej czytelniczce. Pisarka wskazuje właściwe zachowania i robi to w dość przyjemny sposób, bez nadmiernej łopatologii. Mnie, dorosłemu czytelnikowi, czytało się łatwo i raczej przyjemnie, choć nie wciągnęłam się aż na tyle, żeby kontynuować lekturę w oryginale - gdyby jednak istniały polskie tłumaczenia dalszych tomów, to pewnie bym po nie sięgnęła. Zwłaszcza, że to krótka lektura - jeden tom starczał mi akurat na dwa posiedzenia w parku obok wózeczka ze śpiącym dzieckiem (to ostatnio mój główny czas na czytanie...).



Zastanowiło mnie bardzo na początku pierwszego tomu podobieństwo do cyklu o Harrym Potterze - nie wiem, czy J.K. Rowling inspirowała się książką Blyton, czy może tak właśnie wyglądała większość szkół w Anglii i dojazd do niej. Uczennice spotykają się na dworcu, gdzie czeka specjalny pociąg wiozący je do Malory Towers, a ze stacji końcowej do szkoły wiozą je powozy. Szkoła ma cztery wieże. Wszystkie uczennice podzielone są na cztery grupy, w zależności od tego w której wiey mieszkają. W każdej z wież znajdują się sypialnie uczennic oraz pokoje, w których mieszkanki danej wieży przebywają po lekcjach. Każda wieża ma swojego przełożonego...
* Nie miałam jednak w dzieciństwie szans na lekturę, bo seria Enid Blyton, wydana oryginalnie w latach 1946-1951, nie doczekała się jak dotąd w całości polskiego przekładu. Wydano tylko dwa pierwsze tomy, chyba w latach 90. (niestety, w książkach nie ma daty wydania), trzeci zapowiadano, ale nigdy się nie pojawił, a przynajmniej nie udało mi się odnaleźć żadnego po nim śladu.
Chyba nie darzy się w Polsce wielką sympatią Enid Blyton, bo z ponad 600 napisanych przez nią książek udało mi się znaleźć tylko pięć przełożonych na polski. Pisarka była postacią kontrowersyjną, to prawda, zdumiewająco często autorki pięknych i krzepiących powieści dla dzieci okazują się w rzeczywistości wrednymi babsztylami... Enid zdradzała swojego pierwszego męża, podstępem zmusiła go do wzięcia na siebie winy za rozwód, a potem zabroniła mu kontaktów z córkami i zrujnowała jego karierę. Jej książki oskarża się obecnie o seksizm, rasizm, ksenofobię i elitaryzm, ale z drugiej strony - o to samo można oskarżyć większość brytyjskich dzieł powstałych przed połową XX wieku. Klasowość społeczeństwa, supremacja rasy białej, podległość kobiet były dla wielu porządkiem naturalnym, nad którym się nie zastanawiali.
**W oryginale Darrell. Tłumaczka dość swobodnie potraktowała imiona, zmieniając je na polskie, często w sposób mało przypominający oryginał. I tak mamy siostrę Dorotki - Franię (zamiast Felicity), Sarę zamiast Sally, Paulinę zamiast Gwendoliny i Danielę zamiast Daphne.
Enid Blyton, Pierwszy semestr w Malory Towers (First Term at Malor Towers), Wydawnictwo Podsiedlik-Raniowski i Spółka
Enid Blyton, Druga klasa w Malory Towers (Second Form at Malory Towers), Wydawnictwo Podsiedlik-Raniowski i Spółka
niedziela, 23 marca 2014
Piotruś Pan i Wendy - J.M. Barrie
Dopiero co pisałam o pewnym bohaterze, którego zna każdy, nawet jeśli nie czytał powieści, a już nam się na tapetę (a raczej na bloga) pcha kolejny. Oto ON - zawsze młody, zwinny, sprytny, skory do przygód i nieznośnie zarozumiały. Piotruś Pan. Chłopiec, który z kart literatury dla dzieci przeskoczył do poradników psychologicznych, stając się archetypem wiecznie niedojrzałego mężczyzny. W tym wpisie nie będziemy jednak zajmowali się infantylizmem i problemami damsko-męskimi, jaki tenże generuje...
No, dalej, myślimy o czymś przyjemnym i lecimy za Piotrusiem - cały czas prosto, aż do rana. Jeśli coś Wam zabrzęczy koło ucha nie łapcie za zwiniętą gazetę - to nie mucha, tylko wróżka, zwana Cynowym Dzwoneczkiem. Tylko uważajcie - jest zabójczo (dosłownie) zazdrosna o Piotrusia. Tego uroczego łobuziaka, który ma jeszcze wszystkie mleczne zęby i który jest przekonany o własnej wspaniałości. "Ależ ja jestem sprytny!" - powtarza, nawet jeśli sprytem wykazał się tak naprawdę ktoś inny. Aha, szarpnijcie Piotrusia czasem za nogę i przypomnijcie mu swoje imię. Ma w zwyczaju zapominać, jeśli za długo kogoś nie widzi. A chociaż nauczył Was latać, to przecież nie powiedział, jak się ląduje. Nie jest to proste i może być dość nieprzyjemne - jeśli na przykład trafi Was strzała zapodzianych chłopców. Albo jeśli z jakichś niewytłumaczalnych przyczyn najdzie Was chęć lądowania na terytorium Czerwonoskórych lub na pirackim statku Kapitana Haka. Nie róbcie tego zresztą, proszę. W końcu Kapitan Jakub Hak był jedynym człowiekiem, którego bał się Długi John Silver (a przecież nawet sam Flint bał się Długiego Johna)*. Najokrutniejszy z okrutnych, z hakiem zamiast dłoni, a jednocześnie szalenie samotny wśród innych piratów, tak irytująco nieokrzesanych. Sam Hak był namiętnie przywiązanym do dobrych manier absolwentem doskonałej szkoły z tradycjami. Nienawidził Piotrusia Pana za jego zarozumiałość, a zarazem potwornie dręczył się przeczuciem, że być może maniery Piotrusia są w istocie lepsze niż jego...
Już lepiej lądujcie wśród Czerwonoskórych, być może wykorzystacie element zaskoczenia, bo tego się na pewno nie będą spodziewać. Nibylandia jest co prawda światem wyobraźni, ale jednak działa według ściśle ustalonych reguł. Istnieje na przykład procedura wojny z Czerwonoskórymi. Indianie ZAWSZE atakują pierwsi, tuż przed świtem, podczas gdy biali stawiają palisadę i czekają, nerwowo nadeptując na suche gałązki...
Ale "Piotruś Pan i Wendy" to nie tylko dzikie przygody, walki z Indianami i piratami. To w dużej mierze opowieść o... matkach. O matkach, które będą czekać na swoje zagubione dzieci, jak długo będzie trzeba (a może wcale nie będą? Czy to była prawda, Piotrusiu, czy tylko jedno z twoich zmyśleń?) O dzieciach, które będą zawsze do swoich matek tęskniły (a może istnieje jeden wyjątek?). O Wendy - postaci tytułowej na równi z Piotrusiem - małej dziewczynce, która stała się przybraną matką dla całej gromadki chłopców. Swoją drogą, Wendy to nieco irytujący jednowymiarowy koncentrat instynktu macierzyńskiego. Radością jej życia było gotowanie, pranie, sprzątanie, cerowanie skarpet, opatulanie kołderkami i podawanie lekarstw, niech się schowa Śnieżka ze swoimi krasnoludkami.
Ale co ja Wam będę opowiadać, sami przeczytajcie.
Geneza powstania powieści o Piotrusiu Panu została spopularyzowana w filmie "Marzyciel" z Johnym Deppem w roli J. M. Barriego. Pisarz był zaprzyjaźniony z rodziną nazwiskiem Llewelyn Davies, która "obrodziła" w małych chłopców - było ich aż pięcioro. Kiedy Barrie poznał Daviesów na świecie był Geoge, John i malutki Peter. Pisarz zabawiał straszych braci opowieściami o tym, że ich mały Peter potrafi latać, ponieważ dzieci przed urodzeniem się są ptakami. Tak narodziła się postać Piotrusia Pana**. Niektórzy uważają też, że pierwowzorem bohatera mógł być starszy brat pisarza, David, który zginął tragicznie w wieku lat trzynastu. W literaturze Piotruś Pan pojawił się w roku 1902, w kilku rozdziałach utworu dla dorosłych (sic!), zatytułowanego The Little White Bird. Dwa lata później Barrie napisał sztukę teatralną, w której również pojawiła się postać Piotrusia Pana, Peter Pan; or, the Boy Who Wouldn't Grow Up. W 1906 r. wspomniane rozdziały zostały wydane osobno, już jako historia dla dzieci, pod tytułem Peter Pan in Kensington Gardens. Zaś w 1911 r. na półki trafiła wreszcie powieść Peter Pan and Wendy, oparta na owej sztuce teatralnej.
Co się stało z rodziną Daviesów? Zanim Piotruś Pan wylądował po raz pierszy na kartach książki na świecie pojawił się Michael, a w 1903 r. ostatni z braci - Nicholas. Niestety, nad rodziną wisiało chyba jakieś fatum. Najpierw zmarł ojciec, a niedługo po nim matka. Barrie został jednym z opiekunów chłopców. George i Michael zmarli młodo, pierwszy zginął w czasie walk I wojny światowej, drugi utonął. Peter Llewelyn Davies natomiast uważał "Piotrusia Pana" za swoje przekleństwo - prasa uwielbiała pisać o nim per "Piotruś Pan" ("Piotruś Pan się żeni", "Piotruś Pan idzie do wojska"). Szalę goryczy przeważył fakt, że nie odziedziczył po pisarzu praw do jego powieści (otrzymał je londyński szpital dziecięcy), co wynagrodziłoby mu irytujący rozgłos. Być może to stało się jedną z przyczyn jego alkoholizmu. Ostatecznie Peter popełnił samobójstwo.
"Piotruś Pan" doczekał się trzech polskich tłumaczeń. Po raz pierwszy powieść została wydana już w 1913 r. w przekładzie Zofii Rogoszówny, kolejne było tłumaczenie Macieja Słomczyńskiego, a ostatnie - Michała Rusinka.
Powstało sporo ekranizacji "Piotrusia Pana i Wendy" - pierwsza, niema, w 1924 r.
Disney stworzył dwa filmy animowane - pierwszy "Piotruś Pan" z 1953 r. był oparty na sztuce teatralnej Barriego Peter Pan; or, the Boy Who Wouldn't Grow Up. Drugi, Piotruś Pan: Wielki powrót z 2002 r. bazował na krótkim fragmencie zakończenia książki "Piotruś Pan i Wendy", mówiącym o córce Wendy - Jane. Powstała też całą seria (sześciu jak dotąd) filmów o Dzwoneczku, taki nibyprequel do Piotrusia Pana.
Przy całym szacunku do produkcji Disneya, zwłaszcza tych klasycznych, uważam, że udisneyowienie zrobiło krzywdę wielu książkom. "Piotruś Pan i Wendy" jest naprawdę rewelacyjną lekturą, ale bywa smutny, poważny i... drastyczny. Zabija się tu naprawdę, "na śmierć".
W 2003 r. powstała bardzo dobra, moim zdaniem, ekranizacja w reżyserii P. J. Hogana, która nie odbiera "Piotrusiowi" ani uroku, ani powagi. A bohater już zawsze będzie miał dla mnie uśmiech Jeremy'ego Sumptera...
Warto wspomnieć też o filmie "Hook" z 1991 r., inspirowanym "Piotrusiem Panem", z Robinem Williamsem w roli tytułowej i Julią Roberts jako Dzwoneczkiem.
* Uwielbiam tego typu odwołania w literaturze. Długi John i Flint to oczywiście piraci z "Wyspy Skarbów" Stevensona.
** Peter Pan - "Pan" od imienia bożka z greckiej mitologii, nie mylić z "panem Piotrem" (wtedy oryginał musiałby mieć tytuł Mr. Peter ;))
Piotruś Pan i Wendy, J.M. Barrie (tłum. Michał Rusinek), Znak Emotikon, Kraków 2014
Bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak za egzemplarz książki - dzięki niej odbyłam wreszcie podróż, która ominęła mnie w dzieciństwie.
No, dalej, myślimy o czymś przyjemnym i lecimy za Piotrusiem - cały czas prosto, aż do rana. Jeśli coś Wam zabrzęczy koło ucha nie łapcie za zwiniętą gazetę - to nie mucha, tylko wróżka, zwana Cynowym Dzwoneczkiem. Tylko uważajcie - jest zabójczo (dosłownie) zazdrosna o Piotrusia. Tego uroczego łobuziaka, który ma jeszcze wszystkie mleczne zęby i który jest przekonany o własnej wspaniałości. "Ależ ja jestem sprytny!" - powtarza, nawet jeśli sprytem wykazał się tak naprawdę ktoś inny. Aha, szarpnijcie Piotrusia czasem za nogę i przypomnijcie mu swoje imię. Ma w zwyczaju zapominać, jeśli za długo kogoś nie widzi. A chociaż nauczył Was latać, to przecież nie powiedział, jak się ląduje. Nie jest to proste i może być dość nieprzyjemne - jeśli na przykład trafi Was strzała zapodzianych chłopców. Albo jeśli z jakichś niewytłumaczalnych przyczyn najdzie Was chęć lądowania na terytorium Czerwonoskórych lub na pirackim statku Kapitana Haka. Nie róbcie tego zresztą, proszę. W końcu Kapitan Jakub Hak był jedynym człowiekiem, którego bał się Długi John Silver (a przecież nawet sam Flint bał się Długiego Johna)*. Najokrutniejszy z okrutnych, z hakiem zamiast dłoni, a jednocześnie szalenie samotny wśród innych piratów, tak irytująco nieokrzesanych. Sam Hak był namiętnie przywiązanym do dobrych manier absolwentem doskonałej szkoły z tradycjami. Nienawidził Piotrusia Pana za jego zarozumiałość, a zarazem potwornie dręczył się przeczuciem, że być może maniery Piotrusia są w istocie lepsze niż jego...
Już lepiej lądujcie wśród Czerwonoskórych, być może wykorzystacie element zaskoczenia, bo tego się na pewno nie będą spodziewać. Nibylandia jest co prawda światem wyobraźni, ale jednak działa według ściśle ustalonych reguł. Istnieje na przykład procedura wojny z Czerwonoskórymi. Indianie ZAWSZE atakują pierwsi, tuż przed świtem, podczas gdy biali stawiają palisadę i czekają, nerwowo nadeptując na suche gałązki...
Ale "Piotruś Pan i Wendy" to nie tylko dzikie przygody, walki z Indianami i piratami. To w dużej mierze opowieść o... matkach. O matkach, które będą czekać na swoje zagubione dzieci, jak długo będzie trzeba (a może wcale nie będą? Czy to była prawda, Piotrusiu, czy tylko jedno z twoich zmyśleń?) O dzieciach, które będą zawsze do swoich matek tęskniły (a może istnieje jeden wyjątek?). O Wendy - postaci tytułowej na równi z Piotrusiem - małej dziewczynce, która stała się przybraną matką dla całej gromadki chłopców. Swoją drogą, Wendy to nieco irytujący jednowymiarowy koncentrat instynktu macierzyńskiego. Radością jej życia było gotowanie, pranie, sprzątanie, cerowanie skarpet, opatulanie kołderkami i podawanie lekarstw, niech się schowa Śnieżka ze swoimi krasnoludkami.
Ale co ja Wam będę opowiadać, sami przeczytajcie.
Geneza powstania powieści o Piotrusiu Panu została spopularyzowana w filmie "Marzyciel" z Johnym Deppem w roli J. M. Barriego. Pisarz był zaprzyjaźniony z rodziną nazwiskiem Llewelyn Davies, która "obrodziła" w małych chłopców - było ich aż pięcioro. Kiedy Barrie poznał Daviesów na świecie był Geoge, John i malutki Peter. Pisarz zabawiał straszych braci opowieściami o tym, że ich mały Peter potrafi latać, ponieważ dzieci przed urodzeniem się są ptakami. Tak narodziła się postać Piotrusia Pana**. Niektórzy uważają też, że pierwowzorem bohatera mógł być starszy brat pisarza, David, który zginął tragicznie w wieku lat trzynastu. W literaturze Piotruś Pan pojawił się w roku 1902, w kilku rozdziałach utworu dla dorosłych (sic!), zatytułowanego The Little White Bird. Dwa lata później Barrie napisał sztukę teatralną, w której również pojawiła się postać Piotrusia Pana, Peter Pan; or, the Boy Who Wouldn't Grow Up. W 1906 r. wspomniane rozdziały zostały wydane osobno, już jako historia dla dzieci, pod tytułem Peter Pan in Kensington Gardens. Zaś w 1911 r. na półki trafiła wreszcie powieść Peter Pan and Wendy, oparta na owej sztuce teatralnej.
![]() |
| Chłopcy Daviesów z ojcem |
![]() |
| J.M. Barrie |
"Piotruś Pan" doczekał się trzech polskich tłumaczeń. Po raz pierwszy powieść została wydana już w 1913 r. w przekładzie Zofii Rogoszówny, kolejne było tłumaczenie Macieja Słomczyńskiego, a ostatnie - Michała Rusinka.
Powstało sporo ekranizacji "Piotrusia Pana i Wendy" - pierwsza, niema, w 1924 r.
![]() |
| Dobrze widzicie, Piotruś Pan był kobietą ;) |
Disney stworzył dwa filmy animowane - pierwszy "Piotruś Pan" z 1953 r. był oparty na sztuce teatralnej Barriego Peter Pan; or, the Boy Who Wouldn't Grow Up. Drugi, Piotruś Pan: Wielki powrót z 2002 r. bazował na krótkim fragmencie zakończenia książki "Piotruś Pan i Wendy", mówiącym o córce Wendy - Jane. Powstała też całą seria (sześciu jak dotąd) filmów o Dzwoneczku, taki nibyprequel do Piotrusia Pana.
Przy całym szacunku do produkcji Disneya, zwłaszcza tych klasycznych, uważam, że udisneyowienie zrobiło krzywdę wielu książkom. "Piotruś Pan i Wendy" jest naprawdę rewelacyjną lekturą, ale bywa smutny, poważny i... drastyczny. Zabija się tu naprawdę, "na śmierć".
W 2003 r. powstała bardzo dobra, moim zdaniem, ekranizacja w reżyserii P. J. Hogana, która nie odbiera "Piotrusiowi" ani uroku, ani powagi. A bohater już zawsze będzie miał dla mnie uśmiech Jeremy'ego Sumptera...
Warto wspomnieć też o filmie "Hook" z 1991 r., inspirowanym "Piotrusiem Panem", z Robinem Williamsem w roli tytułowej i Julią Roberts jako Dzwoneczkiem.
* Uwielbiam tego typu odwołania w literaturze. Długi John i Flint to oczywiście piraci z "Wyspy Skarbów" Stevensona.
** Peter Pan - "Pan" od imienia bożka z greckiej mitologii, nie mylić z "panem Piotrem" (wtedy oryginał musiałby mieć tytuł Mr. Peter ;))
Piotruś Pan i Wendy, J.M. Barrie (tłum. Michał Rusinek), Znak Emotikon, Kraków 2014
Bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak za egzemplarz książki - dzięki niej odbyłam wreszcie podróż, która ominęła mnie w dzieciństwie.
niedziela, 20 października 2013
Zdobywam zamek - Dodie Smith
Urocza powieść! Pomyśleć, że tak długo przyszło na nią czekać
polskim czytelnikom! Po raz pierwszy wydana w 1948 r. odniosła duży
sukces w Anglii i Ameryce, doczekała się scenicznej adaptacji i filmowej
wersji. Dopiero teraz, w 2013 r ukazała się u nas w tłumaczeniu
Magdaleny Mierowskiej. Cóż, lepiej późno niż wcale.
Dodie,a właściwie Dorothy Gladys Smith zaistniała w historii literatury opowieścią o "101 dalmatyńczykach",
ale któż tam pamięta nazwiska autorów disneyowskich bajek! Ma na swoim
koncie 9 sztuk teatralnych, scenariusze, kolejne części "dalmatyńczyków"
oraz 4 tomy autobiografii. Wykonawcą jej literackiego testamentu był
Julian Barnes, który "opisując półki z książkami jednej z bohaterek,
wymienia "Zdobywam zamek" jako powieść pocieszycielkę, do której zawsze
się wraca." (cyt. z okładki).
Czy będę wracać i ja - czas pokaże. Na razie tylko przyłączam się do licznych rekomendacji.
"Zdobywam zamek" ma formę pamiętnika prowadzonego przez 17-letnią Cassandrę, która chce ćwiczyć świeżo poznaną metodę stenografowania oraz uczyć się, jak pisać powieść - zamierza opisać osoby i przytoczyć rozmowy. Tematem będzie oczywiście jej rodzina - ekscentryczna i niebanalna gromadka Mortmainów z dodatkami (macocha, zadomowiony u nich syn dawnej pokojówki). Żyją oszczędnie, wręcz biednie, nie mają prawie nic, bo nawet większość mebli wyprzedali. Za to gdzie oni mieszkają!
W prawdziwym zamku! Dokładnie w tym, co po nim pozostało - resztkach zabudowań, otoczonych murami, fosą i wieżami.Nie muszą nawet płacić czynszu, i tak nie mieliby z czego.
Sceneria jest niezwykle malownicza i romantyczna. Daleko jednak do sielanki, choć na swój sposób Mortmainowie są szczęśliwi, mają w sobie radość życia, tylko warunki mogliby mieć ciut lepsze. Dziewczęta chciałyby wyrwać się w kręgu nędzy i głodu, światełko w tunelu daje im spadek po ciotce (odziedziczyły futra) oraz pojawienie się dziedzica posiadłości Simona wraz bratem, Neilem. I tu zaczynają się te wszystkie konwenanse i niuanse...
Fabularnie niewiele się tu dzieje, główne osie to zamążpójscie Rose i perypetie uczuciowe bohaterów oraz przełamanie niemocy twórczej ojca rodziny, autora słynnych "Bojów Jakuba". Istota rzeczy leży w epizodach znakomicie opisanych przez bystrą, zabawną, charyzmatyczną, ale niekiedy naiwną Cassandrę. Jej opowieści są żywe i barwne. Trzeba przyznać, że panna Mortmain ma zadatki na pisarkę ;-)
Historia z łapaniem "niedźwiedzia", niespodziewani goście podczas kąpieli w balii po farbowaniu ubrań, rozmowy z krawieckim manekinem, świętojańskie rytuały, pies Heloiza i kot Abelard, damsko- męskie gierki, wyprawy do Londynu, podstęp wobec ojca - to i wiele innych spraw uwiecznionych w zeszytach przez Cassandrę dostarcza czytelnikom wiele przyjemności i uśmiechu.
Inteligentnie, z nawiązaniami literacko-muzycznymi, z humorem, ciepłem, nieco sentymentalnie, nieco"wiktoriańsko", ale przede wszystkim barwnie i ujmująco - tak Dodie Smith wykreowała świat swej powieści. Oddając głos, czy raczej pióro, bohaterce - dodała smaku całości. Forma bowiem tutaj doskonale pasuje do treści.
Walorem kolejnym są sylwetki występujących tam osób. Moją uwagę szczególnie zwróciła postać Topaz - z jednej strony artystyczna dusza, oryginalnej urody modelka malarzy, obcująca z naturą (w ciemnościach można ją było wziąć za ducha), z drugiej - zapobiegliwa gospodyni, troskliwa macocha (niewiele w sumie starsza od pasierbic) i dobra żona. Jednym słowem - zjawiskowa.
Trochę jakby Jane Austen, trochę jakby L. M. Montgomery, nieco sióstr Bronte - w te klimaty wpisuje się powieść Dodie Smith. Jest to proza przyjemnie staroświecka, taka bardziej "dziewczyńska", ale sądzę, że i płci przeciwnej ta lektura nie zaszkodzi, zwłaszcza tym osobnikom, którzy odnajdują się w klimatach cyklu o Ani z Zielonego Wzgórza i Jeżycjady.
"Zdobywam zamek" - zdobył moje uznanie. Chciałabym, aby było więcej takich powieści, więcej wznowień "starej" dobrej literatury, niech młode pokolenia mają szansę poznać coś innego ( i wartościowszego!) niż te wszystkie Szepty, Zmierzchy i Greye...
Klasyka górą!
Czy będę wracać i ja - czas pokaże. Na razie tylko przyłączam się do licznych rekomendacji.
"Zdobywam zamek" ma formę pamiętnika prowadzonego przez 17-letnią Cassandrę, która chce ćwiczyć świeżo poznaną metodę stenografowania oraz uczyć się, jak pisać powieść - zamierza opisać osoby i przytoczyć rozmowy. Tematem będzie oczywiście jej rodzina - ekscentryczna i niebanalna gromadka Mortmainów z dodatkami (macocha, zadomowiony u nich syn dawnej pokojówki). Żyją oszczędnie, wręcz biednie, nie mają prawie nic, bo nawet większość mebli wyprzedali. Za to gdzie oni mieszkają!
W prawdziwym zamku! Dokładnie w tym, co po nim pozostało - resztkach zabudowań, otoczonych murami, fosą i wieżami.Nie muszą nawet płacić czynszu, i tak nie mieliby z czego.
Sceneria jest niezwykle malownicza i romantyczna. Daleko jednak do sielanki, choć na swój sposób Mortmainowie są szczęśliwi, mają w sobie radość życia, tylko warunki mogliby mieć ciut lepsze. Dziewczęta chciałyby wyrwać się w kręgu nędzy i głodu, światełko w tunelu daje im spadek po ciotce (odziedziczyły futra) oraz pojawienie się dziedzica posiadłości Simona wraz bratem, Neilem. I tu zaczynają się te wszystkie konwenanse i niuanse...
Fabularnie niewiele się tu dzieje, główne osie to zamążpójscie Rose i perypetie uczuciowe bohaterów oraz przełamanie niemocy twórczej ojca rodziny, autora słynnych "Bojów Jakuba". Istota rzeczy leży w epizodach znakomicie opisanych przez bystrą, zabawną, charyzmatyczną, ale niekiedy naiwną Cassandrę. Jej opowieści są żywe i barwne. Trzeba przyznać, że panna Mortmain ma zadatki na pisarkę ;-)
Historia z łapaniem "niedźwiedzia", niespodziewani goście podczas kąpieli w balii po farbowaniu ubrań, rozmowy z krawieckim manekinem, świętojańskie rytuały, pies Heloiza i kot Abelard, damsko- męskie gierki, wyprawy do Londynu, podstęp wobec ojca - to i wiele innych spraw uwiecznionych w zeszytach przez Cassandrę dostarcza czytelnikom wiele przyjemności i uśmiechu.
Inteligentnie, z nawiązaniami literacko-muzycznymi, z humorem, ciepłem, nieco sentymentalnie, nieco"wiktoriańsko", ale przede wszystkim barwnie i ujmująco - tak Dodie Smith wykreowała świat swej powieści. Oddając głos, czy raczej pióro, bohaterce - dodała smaku całości. Forma bowiem tutaj doskonale pasuje do treści.
Walorem kolejnym są sylwetki występujących tam osób. Moją uwagę szczególnie zwróciła postać Topaz - z jednej strony artystyczna dusza, oryginalnej urody modelka malarzy, obcująca z naturą (w ciemnościach można ją było wziąć za ducha), z drugiej - zapobiegliwa gospodyni, troskliwa macocha (niewiele w sumie starsza od pasierbic) i dobra żona. Jednym słowem - zjawiskowa.
Trochę jakby Jane Austen, trochę jakby L. M. Montgomery, nieco sióstr Bronte - w te klimaty wpisuje się powieść Dodie Smith. Jest to proza przyjemnie staroświecka, taka bardziej "dziewczyńska", ale sądzę, że i płci przeciwnej ta lektura nie zaszkodzi, zwłaszcza tym osobnikom, którzy odnajdują się w klimatach cyklu o Ani z Zielonego Wzgórza i Jeżycjady.
"Zdobywam zamek" - zdobył moje uznanie. Chciałabym, aby było więcej takich powieści, więcej wznowień "starej" dobrej literatury, niech młode pokolenia mają szansę poznać coś innego ( i wartościowszego!) niż te wszystkie Szepty, Zmierzchy i Greye...
Klasyka górą!
środa, 18 września 2013
Poszukiwacze skarbu - Edith Nesbit
Tytuł oryginału: Story of the Treasure Seekers
Tłumaczenie: Halina Jel
Cykl: Przygody Bastablów, cz.1
Wydawnictwo: Wolnelektury.pl
Format: e-book
Na podstawie wersji papierowej Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie 1925
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 96
Tłumaczenie: Halina Jel
Cykl: Przygody Bastablów, cz.1
Wydawnictwo: Wolnelektury.pl
Format: e-book
Na podstawie wersji papierowej Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie 1925
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 96
Ilekroć sięgam po literaturę dziecięcą i młodzieżową XIX wieku. Mam wrażenie, że nic się w tych historiach nie dzieje, wątki ciągną się w nieskończoność, a wszystko kończy się dobrze, szczęśliwie i przewidywalnie. No cóż, nie pomyliłam się i tym razem, chociaż przyznam, że moje obawy i przemyślenia nie do końca się sprawdziły.
Poznajemy tu bowiem szóstkę rodzeństwa, która po śmierci matki i kłopotach finansowych ojca nie może uczęszczać do szkoły. Nie może także jeść ulubionych przysmaków, podróżować, nosić najpiękniejszych ubrań. Bardzo brakuje im mamy i dawnego życia. Postanawiają więc wziąć sprawy w swoje ręce - odszukać skarb, dzięki któremu odbiją się od finansowego dna i wspomogą nieszczęsnegoo ojca. Zarządzają naradę i każde z nich wymyśla własny niepowtarzalny sposób na zdobycie skarbu. Przyznam szczerze, że pomysłów to im nie brakowało.
Cóż z tego, skoro większość pomysłów nie udała się, głównie ze względu na ugrzecznione wychowanie dzieci. A planowali kilka ciekawych rzeczy, między innymi napad, handel winem, pożyczkę u Żyda - lichwiarza czy redagowanie gazety. Na dodatek, cokolwiek zarobili, od razu trwonili na szczytne cele lub łakocie. I gdy już mieli zamiar poddać się i pogodzić z własnym losem, nieoczekiwanie skarb sam ukazał się ich oczom. Choć szczerze mówiąc solidnie sobie na niego zapracowali.
Książka początkowo nudziła mnie i denerwowała. Jak można być tak grzecznymi i ułożonymi dziećmi?! Dziękuję, proszę, przepraszam - odzywali się tak nawet do siebie podczas zabawy. Do tego tradycyjnie dziewczynki były grzeczne, cichutkie i spokojne, a chłopcy wpadali na najciekawsze pomysły.Strasznie irytowały mnie ich charaktery i zachowania. Więc dlaczego w sumie historia ta zainteresowała mnie na tyle, że nawet nie zauważyłam, kiedy dobrnęłam do ostatniej strony..? Nie umiem opowiedzieć na to pytanie. Nie wiem, czy to sposób pisania Nesbit, czy ciekawość, co też zdarzy się w następnym rozdziale, czy po prostu zwyczajna nutka tęsknoty do dzieciństwa... Przypomniały mi się własne pomysły i niezbyt bezpieczne zabawy.
Czy wręczyłabym tę książkę własnemu dziecku? Owszem. Po to, by zobaczyło, jak kiedyś bawiły się dzieci, jaką miały wyobraźnię i ile zabawek (czytaj żadnych) potrzebowały, by miło i ciekawie spędzić wolny czas. Także po to, by poznało dawne czasy, odkryło inny świat i styl wypowiedzi. W końcu po to, by poznało szóstkę bardzo miłych, kochających się bohaterów, pełnych radości, humoru i optymizmu nawet w tak trudnych dla nich czasach.
Poznajemy tu bowiem szóstkę rodzeństwa, która po śmierci matki i kłopotach finansowych ojca nie może uczęszczać do szkoły. Nie może także jeść ulubionych przysmaków, podróżować, nosić najpiękniejszych ubrań. Bardzo brakuje im mamy i dawnego życia. Postanawiają więc wziąć sprawy w swoje ręce - odszukać skarb, dzięki któremu odbiją się od finansowego dna i wspomogą nieszczęsnegoo ojca. Zarządzają naradę i każde z nich wymyśla własny niepowtarzalny sposób na zdobycie skarbu. Przyznam szczerze, że pomysłów to im nie brakowało.
Cóż z tego, skoro większość pomysłów nie udała się, głównie ze względu na ugrzecznione wychowanie dzieci. A planowali kilka ciekawych rzeczy, między innymi napad, handel winem, pożyczkę u Żyda - lichwiarza czy redagowanie gazety. Na dodatek, cokolwiek zarobili, od razu trwonili na szczytne cele lub łakocie. I gdy już mieli zamiar poddać się i pogodzić z własnym losem, nieoczekiwanie skarb sam ukazał się ich oczom. Choć szczerze mówiąc solidnie sobie na niego zapracowali.
Książka początkowo nudziła mnie i denerwowała. Jak można być tak grzecznymi i ułożonymi dziećmi?! Dziękuję, proszę, przepraszam - odzywali się tak nawet do siebie podczas zabawy. Do tego tradycyjnie dziewczynki były grzeczne, cichutkie i spokojne, a chłopcy wpadali na najciekawsze pomysły.Strasznie irytowały mnie ich charaktery i zachowania. Więc dlaczego w sumie historia ta zainteresowała mnie na tyle, że nawet nie zauważyłam, kiedy dobrnęłam do ostatniej strony..? Nie umiem opowiedzieć na to pytanie. Nie wiem, czy to sposób pisania Nesbit, czy ciekawość, co też zdarzy się w następnym rozdziale, czy po prostu zwyczajna nutka tęsknoty do dzieciństwa... Przypomniały mi się własne pomysły i niezbyt bezpieczne zabawy.
Czy wręczyłabym tę książkę własnemu dziecku? Owszem. Po to, by zobaczyło, jak kiedyś bawiły się dzieci, jaką miały wyobraźnię i ile zabawek (czytaj żadnych) potrzebowały, by miło i ciekawie spędzić wolny czas. Także po to, by poznało dawne czasy, odkryło inny świat i styl wypowiedzi. W końcu po to, by poznało szóstkę bardzo miłych, kochających się bohaterów, pełnych radości, humoru i optymizmu nawet w tak trudnych dla nich czasach.
środa, 7 sierpnia 2013
Jonathan Swift - Podróże Guliwera
Guliwer pochodził z hrabstwa Nottinghamshire, był trzecim spośród pięciu braci, jego ojciec miał niewielki folwark z którego starał się utrzymać i wykształcić tę dosyć liczną gromadkę. Chociaż Guliwer był chłopcem zdolnym i pracowitym studiował w Cambridge tylko przez rok, a następnie ojciec umieścił go u znanego londyńskiego chirurga, aby od niego uczył się zawodu. Medycyna okazała się życiową pasją Guliwera, pracował u boku swojego mistrza, ożenił się i nieźle mu się wiodło. Niestety, po kilku latach szczęście się od niego odwróciło i aby móc utrzymać rodzinę musiał przyjąć posadę lekarza okrętowego. Pływał na różnych okrętach, aż w końcu trafił na "Antylopę" i ten rejs stał się początkiem jego niezwykłych przygód...
Historia literatury zna całe rzesze autorów, którzy stworzyli w swoim życiu wiele książek, ale tak naprawdę znani są z powodu jednego, dwóch dzieł.
Taki los stał się udziałem irlandzkiego pisarza Jonathana Swifta. Jego bibliografia obejmuje niemal 20 tytułów jednak dla współczesnego czytelnika jest on autorem tylko jednej książki, a mianowicie "Podróży Guliwera". Co więcej, najczęściej znamy tylko część tego dzieła przeznaczoną dla dzieci (skróconą do dwóch podróży, w czasie których odwiedził kraj Liliputów oraz wyspę na której żyli olbrzymi) i mocno ocenzurowaną, w której najważniejszy jest wątek przygodowo-fantastyczny. Tymczasem w pełnej wersji jest to powieść satyryczna, ukazująca w krzywym zwierciadle społeczeństwo angielskie z przełomu XVII i XVIII wieku, ówczesny dwór królewski oraz brytyjską politykę zagraniczną.
Tak w państwie Liliputów jak i w zamieszkanym przez olbrzymy Brobdignag Guliwer jest kimś wyjątkowym i budzącym sensację, aczkolwiek ze skrajnie różnych powodów. Warunki fizyczne stanowią jego największy atut ale też stają się największą słabością - aż ciśnie się na usta popularne powiedzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nad Liliputami górował Guliwer wzrostem i siłą, gdyby przyszła mu ochota bez większych problemów mógł doszczętnie zniszczyć ich państwo a króla nosić w kieszeni surduta, natomiast gdy trafił do olbrzymów sam znalazł się w sytuacji karzełka, osobliwości pokazywanej na jarmarku, zabawki noszonej w fartuszku przez małą dziewczynkę.
"Podróże Guliwera" powstały w okresie oświecenia i ich bohater jest wzorcowym przedstawicielem swoich czasów - ciekawy świata, nie unika nowych doświadczeń, chętnie dzieli się własną wiedzą i stara się być użytecznym obywatelem państwa Liliputów, jednak kiedy król chce wykorzystać jego siłę do zniszczenia sąsiedniego Blefusku odmawia, uznając, że każdy naród ma prawo do wolności i życia według własnych reguł. Z kolei pobyt u olbrzymów stanowi dla Guliwera sprawdzian cierpliwości i umiejętności przystosowania się do niesprzyjających okoliczności tak by zachować własną godność.
Książka oprócz rozrywki ma również walor edukacyjny - postawa prezentowana przez Guliwera może stać się świetnym punktem wyjścia do przedyskutowania z dzieckiem wielu problemów, np. tolerancji, asertywności czy poczucia własnej wartości.
Najnowsza edycja tej opowieści (Wyd. Skrzat, 2013) jest kolejnym tomem serii "Klasyka z Feniksem", autorką tłumaczenia jest Cecylia Niewiadomska, natomiast niebanalne ilustracje wyszły spod ręki Surena Vardaniana. Książka jest bardzo starannie wydana, ma duży druk ułatwiający czytanie. Jeżeli dodać do tego gruby papier i twardą okładkę to otrzymamy piękną i trwałą ozdobę niejednej dziecięcej biblioteczki.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
"Kłopoty rodu Pożyczalskich" Mary Norton
Mógłbym
oczywiście napisać zgrabną historyjkę o tym, jak to dwaj mali chłopcy,
zachwyceni okładką nowego wydania “Kłopotów …”, uprosili srogiego ojca,
żeby odmawiając sobie innych życiowych uciech, zakupił był tę, pięknie wznowioną przez “Dwie Siostry”,
perłę klasyki literatury dziecięcej. Mógłbym ją (historyjkę, nie
perłę), rozwinąć o wielce budujący obraz małych czytelników, z wielką
uwagą spijających z ust rodzicielskich każde słowo, które przed laty
wyszło spod pióra pani Norton. Mógłbym …, ale ponieważ ostatnio w modzie
jest zapewnianie przez blogerów “książkowych”, że pisze się szczerze do
bólu, to mi nie wypada. Będzie zatem wielce życiowo, miejscami pewnie
drętwo, ale zgodnie z prawdą najprawdziwszą.Wyznać mi zatem należy, żem książkę kupił dla siebie, bom fanem ilustracji pani Emilii Dziubak wielkim i jak zwykle nie sądzę po okładce, tak w tym konkretnym przypadku, sądziłem. Jak się okazało, słusznie. Drugim powodem, dla którego zdecydowałem się na zakup, był fakt, że w dzieciństwie z Pożyczalskimi nie dane mi było się spotkać i korzystając z przykrywki, jaką dają małoletnie dzieci, mogłem to niedociągnięcie, bez narażania się na kpiące spojrzenia innych dorosłych, nadrobić. Tak więc zakupiłem i głośno zacząć czytałem.
To książka dla wszystkich tych, którzy doświadczyli akcji pod tytułem: “Biega, krzyczy, pan Hilary (...)”. Całe szczęście Tuwim, mimo że czasem nie przebierał w słowach, miał świadomość tego, że pisze dla dzieci i zrymował tylko cenzuralne okrzyki poszukiwacza okularów. W życiu tak lekko nie jest i nie wszystko nam się łatwo na nosie znajduje. Czasem, jak mawiają w moich stronach, amba, fatima, było i nima. I tu właśnie wkraczają na scenę Pożyczalscy. Strączek, Dominika i ich córka Arietta, mieszkają pod podłogą sporego gmaszyska i żyją dzięki pożyczaniu. Zginęła ci skarpetka? Pewnie twoja własna Dominika przerobiła ją na kołdrę dla córki. Albo na rękawiczki. Jeszcze przed chwilą widziałeś w misce jabłko? Hmm, życz smacznego tym spod podłogi. Cóż robić, taki układ. Zresztą, mali mieszkańcy ciężko dostępnych zakamarków, mają gorzej, bo przecież mogą zostać Zobaczeni. A być Widzianym, to straszny stygmat, no i, jak się ostatecznie okazuje, cholerne kłopoty dla rodziny.
Jeżeli chodzi o tekst, szału w odbiorze nie było. Mówię oczywiście o zmuszonych przez strasznego tatula, słuchaczach. Powieść pani Norton jest bowiem dość statyczna i oparta na sporej ilości niedopowiedzeń, które sprawiają że historia rośnie w pytania (co się stało starszej pani?, co łączy służącą z ogrodnikiem?, gdzie podziała się właścicielka domku dla lalek?) i staje się przez to o wiele ciekawsza. Stare i doświadczone ucho je (niedopowiedzenia) wyłapie, a stara łepetyna je (pytania) zada, a młode, cóż, są za młode. Nie było jednak tak źle, jak w przypadku książek, które nie podeszły zupełnie. Przy tamtych nie słyszałem bowiem: “Tato, przerwij, bo idę do kuchni/kibelka/po kredki”, niepotrzebne skreślić. Gwoli historycznej prawdy, dodać jednak należy, że dość dramatyczna końcówka, to już było coś, co zainteresowało chłopów na tyle, że obłożyli sobą tatę z obu stron i nie dali skończyć. No i Młodszy, dla którego ciągle ważna jest strona obrazkowa książek i który tylko łowił kątem oka czy na czytanych stronach pojawia się barwna plama i szybciutko przybiegał studiować świetne ilustracje pani Emilii. Refleksyjne, pięknie operujące barwą (ach, te płomiennorude włosy Arietty), światłem i cieniem (scena na puszce). Po prostu wspaniałe.
Książka w tym wydaniu, to apetyczny kąsek dla oka, ale i wcale nie tak znowu zramolały - dla ucha. Piękna fraza, którą coraz rzadziej spotkać można we współczesnej twórczości dla dzieci. Zero infantylności i cuckania, jak roboczo nazywam sposób zwracania się do młodego czytelnika, ukochany przez spore grono dzisiejszych twórców. Dobra do rozpoczęcia niezobowiązującej rozmowy o być (postawa Dominiki, która strasznie mi przypominała panią Bukietową*) czy mieć (tęsknota Arietty za odkrywaniem świata). Słowem - lubię to!
* Polskie tłumaczenie nazwiska jako Żakiet, jakoś niezbyt do mnie trafia.
niedziela, 5 maja 2013
Inspektorze, na pomoc! - Rumer Godden
Ta książka jest doskonałym przykładem na to, jak można zmylić czytelnika
źle dobranym tytułem i okładką. Podejrzewam wręcz jakiś ponury spisek
redaktorów, którzy z nieznanych mi acz niecnych przyczyn nie chcieli, by
powieść trafiła do grupy docelowej. Tytuł "Inspektorze, na pomoc!" mnie
osobiście sugerowało okolice literatury bahdajopodobnej. W połączeniu z
okładką nakreśliłam już w wyobraźni prawdopodobną (niezbyt oryginalną)
fabułę - grupka dzieciaków na wakacjach rozpracowuje jakąś podwórkową
zagadkę kryminalną. Tymczasem wątek sensacyjny jest daleko w tle,
zdecydowanie nie uzasadniając tytułu (polskiego tytułu, bo tłumaczenie
nijak się ma do oryginalnego "The greengage summer"). Zamiast
przygodówki dla dzieci dostałam nostalgiczną opowieść o dojrzewaniu z
upalnym francuskim latem w tle.
Angielska rodzina Greyów bardzo niefortunnie rozpoczyna wakacje we Francji. Matka trafia do szpitala, a gromadka jej pociech: Joss, Cecil, Vicky, Hester i Willmouse, samotnie zamieszkuje w hotelu Les Oeillets. Nie są tam mile widziani, nikt z właścicieli i obsługi specjalnie o nie nie dba, więc młodzi Greyowie spędzają dni samopas, zjadając renklody w rozgrzanym słońcem sadzie i wędrując wzdłuż plaż nad Marną. A także obserwując powikłane stosunki między właścicielką hotelu, farbowaną na rudo mademoiselle Zizi a tajemniczym Anglikiem Elliotem, który ku jej irytacji przejawia nadzwyczajne zainteresowanie dziećmi, zwłaszcza śliczną 16-letnią Joss.
Fabularnie nie dzieje się tu zbyt wiele, mogłabym streścić akcję w trzech zdaniach i byłoby to streszczenie rozbudowane. Nie o akcję jednak w tej powieści chodzi, ale o urzekający klimat, o nastrojowy opis momentu, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że jego dzieciństwo właśnie dobiega końca, o doskonałe oddanie zachowań dorosłych obserwowanych oczyma dziecka (narratorką jest 13-letnia Cecil).
Nie jest to pozycja dla młodszych dzieci (raczej nie wzbudzi ich zainteresowania), ale młodzieży może się spodobać. Powieść została sfilmowana w 1961 r. jako "The Greengage Summer" (w USA rozpowszechniana jako "The Loss of Innocence").
Angielska rodzina Greyów bardzo niefortunnie rozpoczyna wakacje we Francji. Matka trafia do szpitala, a gromadka jej pociech: Joss, Cecil, Vicky, Hester i Willmouse, samotnie zamieszkuje w hotelu Les Oeillets. Nie są tam mile widziani, nikt z właścicieli i obsługi specjalnie o nie nie dba, więc młodzi Greyowie spędzają dni samopas, zjadając renklody w rozgrzanym słońcem sadzie i wędrując wzdłuż plaż nad Marną. A także obserwując powikłane stosunki między właścicielką hotelu, farbowaną na rudo mademoiselle Zizi a tajemniczym Anglikiem Elliotem, który ku jej irytacji przejawia nadzwyczajne zainteresowanie dziećmi, zwłaszcza śliczną 16-letnią Joss.
Fabularnie nie dzieje się tu zbyt wiele, mogłabym streścić akcję w trzech zdaniach i byłoby to streszczenie rozbudowane. Nie o akcję jednak w tej powieści chodzi, ale o urzekający klimat, o nastrojowy opis momentu, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że jego dzieciństwo właśnie dobiega końca, o doskonałe oddanie zachowań dorosłych obserwowanych oczyma dziecka (narratorką jest 13-letnia Cecil).
Nie jest to pozycja dla młodszych dzieci (raczej nie wzbudzi ich zainteresowania), ale młodzieży może się spodobać. Powieść została sfilmowana w 1961 r. jako "The Greengage Summer" (w USA rozpowszechniana jako "The Loss of Innocence").
czwartek, 11 kwietnia 2013
Kenneth Grahame, O czym szumią wierzby.
O czym szumią wierzby
autorstwa Kennetha Grahame’a to klasyka wysokiego jak dla mnie poziomu, do której
niezaprzeczalnie wraca się z przyjemnością po latach. Powieść została napisana
w roku 1908, a po raz pierwszy wydana po polsku w roku 1938. Jest to jednak
powieść, której treść jest ponadczasowa, nieulegająca ani rozkładowi ani upływom
lat. Nadal cieszy się popularnością na całym świecie.
Wkraczamy w świat zwierząt, o ludzkich cechach, przyzwyczajeniach,
nawykach, pasjach, wadach. Tak jak ludzie kłócą się o byle, co, godzą, próbują
wzajemnie siebie zrozumieć, rozwiązują problemy. Śledzimy losy i przygody
Ropucha, Kreta, Myszy, Borsuka, Szczura Wodnego. Pomimo tego, że czasami
dochodzi między nimi do nieporozumienia, to jednak żyją w wielkiej przyjaźni i
harmonii, wspierają się w razie potrzeby i spieszą z pomocą. Zwierzęta tak jak
ludzie mieszkają w domach wyposażonych w potrzebne meble i sprzęty, mają dar
posługiwania się ludzką mową i w pewien sposób reprezentują świat wytworny, z
klasą, rzec by można angielskich dżentelmenów. Kret jest łagodnym stworzonkiem,
domatorem; miły Szczur uwielbia podróżować; zarozumiały Ropuch posiada pałac i jeździ
samochodem, a mądry Pan Borsuk potrafi posługiwać się bronią.
Książka doczekała się wielu ekranizacji, szkoda tylko, że
nie goszczą one w telewizji. Powieść opowiada o najważniejszych i liczących się
w życiu wartościach, o jakich ludzie nie powinni zapominać. Jest pełna ciepła,
uroku, czaru i pewnego rodzaju magii. To świat staroświecki, ale i ponadczasowo
mądry.
Warto wspomnieć dodanych do wydania o klasycznych i pełnych
subtelnej gracji, ilustracjach autorstwa Kingi Paździurkiewicz. Książka
przeznaczona zarówno dla młodszego jak i starszego czytelnika. Ponadpokoleniowa.
Kenneth Grahame, O czym szumią wierzby (Wind in the Willows), wydawnictwo Skrzat,
wydanie 2010, oprawa twarda, tłumaczenie: Maria Godlewska, ilustracje
Kinga Paździurkiewicz, Seria Klasyka z feniksem, wiek 6+, stron 246.
środa, 10 kwietnia 2013
Frances Hodgson Burnett, Tajemniczy ogród.
Gdy zaczyna się okres grudniowy
okres świąteczny poszukuję nieco innych lektur. Przyznam się, że Tajemniczy ogród przeleżał w stosie ładnych
parę miesięcy zanim doczekał się mojej łaskawości. Nie oznacza to oczywiście,
że książki nie czytałam, bo czytałam, choć lata temu i podziwiałam wersję filmową
zrealizowaną przez Agnieszkę Holland. Jest to jedna z tych książek, do których się
zawsze wraca z nienasyconą przyjemnością. Wydanie, które ukazało się nakładem
wydawnictwa Skrzat, zostało przetłumaczone przez Pawła Beręsewicza. Wspominam o
tym, ponieważ tłumacz wykorzystał gwarę i jasno zróżnicował wypowiedzi
bohaterów.
Bohaterka jest Mary Lennox, która po śmierci rodziców przyjeżdża z Indii i
zamieszkuje w domu wuja Archibalda Cravena w hrabstwie Yorkshire. Na początku
wydaje się, że dziewczynka jest zepsuta, ciągle niezadowolona i krnąbrna.
Ciężko jest jej przystosować się do nowych warunków, ale pomagają jej w tym służąca
Marta i jej brat Dickon. Wkrótce okazuje się, że dom zamieszkuje syn Archibalda,
Colin Craven. Chłopiec jest przekonany o swojej śmiertelnej chorobie i staje się
utrapieniem dla domowników. Jest jeszcze oczywiście zamknięty i zaniedbany ogród,
który potrzebuje odnowy.
To książka, która fascynuje dzieci i dorosłych i zmusza do refleksji. Pokazuje jak ważne jest beztroskie dzieciństwo i co oznacza, wychowanie dzieci bez obecności rodziców. Wskazuje również jak wielką rolę odgrywa w życiu przyroda, która jest pełna czaru, fantazji, uroku. To historia mądra i bardzo wzruszająca. To wspaniała książka, którą cieszyć się można w każdym wieku.
Warto nadmienić, że w książce znaleźć można klasyczne ilustracje, które utrzymane są w kilku kolorach. Odnajdziemy też grafikę roślin wraz z nazwami i ich łacińskimi odpowiednikami. Książka wydana została w twardej oprawie graficznej, kartki są szyte, a dodatkowa zakładka jest atutem.
Frances Hodgson Burnett, Tajemniczy ogród, wydawnictwo Skrzat, tłumaczenie: Paweł Beręsewicz, ilustracje: Alicja Rybicka, seria: Klasyka z feniksem, kategoria wiekowa: 10+, oprawa twarda, stron 322.
To książka, która fascynuje dzieci i dorosłych i zmusza do refleksji. Pokazuje jak ważne jest beztroskie dzieciństwo i co oznacza, wychowanie dzieci bez obecności rodziców. Wskazuje również jak wielką rolę odgrywa w życiu przyroda, która jest pełna czaru, fantazji, uroku. To historia mądra i bardzo wzruszająca. To wspaniała książka, którą cieszyć się można w każdym wieku.
Warto nadmienić, że w książce znaleźć można klasyczne ilustracje, które utrzymane są w kilku kolorach. Odnajdziemy też grafikę roślin wraz z nazwami i ich łacińskimi odpowiednikami. Książka wydana została w twardej oprawie graficznej, kartki są szyte, a dodatkowa zakładka jest atutem.
Frances Hodgson Burnett, Tajemniczy ogród, wydawnictwo Skrzat, tłumaczenie: Paweł Beręsewicz, ilustracje: Alicja Rybicka, seria: Klasyka z feniksem, kategoria wiekowa: 10+, oprawa twarda, stron 322.
Arthur Conan Doyle, Przygody Sherlocka Holmesa.
Sherlocka Holmesa nikomu chyba nie
trzeba przedstawiać. Postać stworzona przez szkockiego pisarza sir Arthura Conan Doyle’a, mimo upływu lat, a
nawet wieku, cieszy się nieustanną popularnością a czytanie przygód z jego udziałem-
nadal powodzeniem. Sherolcka Holmesa jest bohaterem czterech powieści i
56 opowiadań. Holmes jest detektywem – geniuszem, który w rozwiązywaniu zagadek
kryminalnych posługuje się metodą dedukcji. Swoje śledztwa opierał na
umiejętności obserwacji i znajomości między innymi chemii, psychologii i
matematyki. Najlepszym przyjacielem Holmesa jak i kronikarzem jego przygód był
doktor Watson. I to on jest narratorem wszystkich opowiadań. Obaj panowie mieszkali
przez jakiś czas przy ulicy Baker Street 221b, a ich gospodynią była pani
Hudson.
Na książkę złożyły się opowiadania: Tajemniczy pacjent ( klientem jest Percy
Trevelyan lekarz znany z umiejętności leczenia katalepsji), Wampirzyca z hrabstwa Sussex ( Holmes otrzymuje listy dotyczące
wampirów, klient Robert Ferguson twierdzi, że jego żona wysysała krew ich synka), Sherlock Holmes i historia sekretnych planów
( do Holmesa przyjeżdża jego brat Mycroft w sprawie Cadogana Westa), Sześć popiersi Napoleona (włamania mające
na celu niszczenie wizerunków Napoleona),
Tragedia w Dartmoor (o stajniach King’s Pyland i śmierci Johna Strakera), Diabelska Stopa (o tym, co się wydarzyło,
gdy przyjaciele gościli w małym domku niedaleko Zatoki Poldhu, na dalekim
skraju Półwyspu Kornwalijskiego), Trzech
Garridebów ( sprawa związana z Johnem Garriedebem).
Każde z opowiadań wskazuje na rok, w jakim dana sprawa, którą rozwiązywał Holmes miałaby mieć miejsce. Książka zawiera nieliczne opowiadania, ale można z nimi przyjemnie spędzić czas. w dodatku książka została wydana w ładnej oprawie graficznej.
Arthur Conan Doyle, Przygody Sherlocka Holmesa, wydawnictwo Skrzat,
przełożył : Łukasz Rudnicki, ilustracje: Suren Vardanian, seria:
Klasyka z feniksem, wydanie 2011, kategoria wiekowa: 10+, okładka
twarda, stron 232.
wtorek, 12 lutego 2013
"Pięcioro dzieci i coś" Edith Nesbit
Żyjąca na przełomie XIX i XX wieku angielska pisarka Edith Nesbit
zaliczana jest obok F. H. Burnett, K. Grahame'a, J. Barrie'ego i B.
Potter do najważniejszych przedstawicieli "złotego wieku powieści dla
dzieci". Uważa się ją również za prekursorkę nowoczesnej literatury
fantastycznej, bowiem w swoich utworach dla młodych czytelników
opisywała bohaterów, którzy dzięki czarodziejskim postaciom lub
magicznym przedmiotom mogli przeżywać niesamowite przygody, podróżować w
czasie i przestrzeni oraz spełniać swoje największe marzenia.
Edith Nesbit była osobą niekonwencjonalną, do czego przyczyniło się być
może niezbyt szczęśliwe dzieciństwo - w wieku 4 lat straciła ojca, a
kolejne lata spędziła w rozmaitych szkołach, niemal w całkowitej
izolacji od matki i rodzeństwa. Uchodziła za osobę wyzwoloną, bowiem w
czasach wiktoriańskich szokowała krótko obciętymi włosami oraz krótkimi
sukniami, a także prowadziła dosyć swobodny tryb życia.
Pierwszy utwór dla dzieci wydała stosunkowo późno, bo w roku 1897, w
wieku 39 lat. Dwa lata później światło dzienne ujrzał pierwszy tom o
przygodach rodzeństwa Bastablów (kolejne tomy w latach 1901 i 1904), zaś
najsłynniejsza jej książka pt. "Pięcioro dzieci i coś" powstała w roku
1902.
"Pięcioro dzieci i coś" to opowieść o piątce rodzeństwa i przygodzie
jaka ich spotkała w czasie wakacji. Antea, Janeczka, Cyryl, Robert i
najmłodszy, dwuletni braciszek nazywany Barankiem na stałe mieszkają w
Londynie, ale lato spędzają na wsi, w Białym Dworku. Po kilku dniach
rodzice muszą nagle wyjechać i dzieci zostają pod opieką niani i
kucharki. Zwiedzając okolicę trafiają do starego kamieniołomu i tam
spotykają tajemnicze stworzonko. Jest to Psammetych, czarodziejski
duszek spełniający życzenia, zwany również Piaskoludkiem. Łatwo sobie
wyobrazić radość dzieci kiedy dowiedziały się o właściwościach nowego
znajomego - całkiem zrozumiałe, że wszyscy doszli do wniosku, że
otwierają się przed nimi niezwykłe możliwości. Niestety szybko się
okazuje, że nie wszystko idzie po ich myśli, a życzenia, które w
założeniu miały nieść przyjemność i dobrą zabawę sprowadzają na nich
coraz to nowe kłopoty...
Chociaż książka powstała ponad 100 lat temu to w dalszym ciągu stanowi
świetną lekturę dla młodego czytelnika. Bohaterowie to zwykłe dzieci,
skłonne do zabawy, czasem nieznośne, trochę naiwne, nie zawsze
pamiętające o dobrych manierach, ale wrażliwe i lojalne. Nie
zawsze się ze sobą zgadzają, ale jeśli ktoś spróbował by skrzywdzić
jedno z nich, reszta zawsze stanie w jego obronie. Autorka nie epatuje
nadmiernym dydaktyzmem, jednak widać, że poważnie traktuje wartości
takie jak przyjaźń, miłość, rodzina, lojalność i uczciwość, i te cechy
wykazują jej bohaterowie. Kolejne problemy wywołane przez nieprzemyślane
życzenia sprawiają, że dzieci stają się coraz bardziej odpowiedzialne i
starają się aby ich poczynania nie krzywdziły innych.
"Pięcioro dzieci u coś" to świetna lektura dla dzieci w wieku 8 -10 lat,
zarówno dla chłopców jak i dla dziewczynek. Zaletą firmowanego przez
Znak Emotikon najnowszego wydania oprócz pięknego tłumaczenia Ireny
Tuwim jest również warstwa edytorska - książka jest szyta, w twardej
oprawie wzbogacona ilustracjami Marii Orłowskiej - Gabryś, może więc
stanowić świetny prezent dla młodego czytelnika.
Na koniec chciałam dodać, że Edith Nesbit napisała jeszcze dwie książki o
przygodach sympatycznego rodzeństwa, a mianowicie "Feniks i dywan" oraz
"Historia Amuletu", które, miejmy nadzieję, również ukażą się w ramach
znakowskiej serii "Klasyka literatury dziecięcej".
wtorek, 29 stycznia 2013
Cykl o Doktorze Dolittle - Hugh Lofting

Dawno, dawno temu, kiedy po morzach pływały żaglowce, a po ulicach jeździły dyliżanse, w małym angielskim miasteczku żył sobie pewien doktor, który potrafił rozmawiać ze zwierzętami. Ten mały, krepy człowieczek nie posiadał rodziny (poza siostra, która nie miała o nim dobrego mniemania), ale nie był samotny, bo otoczony był czeredą pupili. Choć "pupile" nie jest może najlepszym określeniem. W końcu zwierzaki te - m.in.: papuga Polinezja, prosiątko Geb-geb, kaczka Dab-dab, sowa Tu-tu i pies Jim oraz małpka Czi-czi - były bardziej współlokatorami doktora niż jego własnością. Sam doktor nie zawsze posiadał swoją nadzwyczajną umiejętność, która przyniosła mu sławę (sławę, dodajmy, raczej w świecie zwierząt niż ludzi, którzy nie bardzo go doceniali). Początkowo był zwykłym lekarzem "od ludzi", ale kochał zwierzęta, a ich powiększająca się gromadka zaczęła odstraszać pacjentów. Kiedy dzięki mądrej papudze, Polinezji, doktor nauczył się języka zwierząt, rozpoczął praktykę weterynaryjną. I chociaż potrafił uleczyć każde zwierzę, ludzie nie do końca go za to docenili. Bo na przykład - kiedy w jego sadzawce zamieszkał krokodyl, starsze panie zaczęły bać się o bezpieczeństwo swoich pieszczochów... I wolały odwiedzać innych lekarzy.
Tak to się wszystko zaczęło, ale był to dopiero początek. Wraz ze swoją zwierzęcą gromadką Doktor Dolittle przeżył niezliczoną ilość przygód, odwiedził Afrykę, Amerykę i rejony śródziemnomorskie. Co tam zresztą zwykłe podróże - był nawet pod wodą i na Księżycu! Prowadził własny cyrk, zoo i operę kanarków, a w Afryce prowadził pocztę. A zawsze i wszędzie pomagał swoim zwierzęcym braciom i siostrom.
Uroczy doktor Dollittle narodził się... w okopach I Wojny Światowej. Hugh Lofting nie chciał pisać swoim dzieciom o okropieństwach wojny, więc zamiast tego wysyłał im ilustrowane listy z opowiastkami o doktorze. Po wojnie, w 1920 r., opowiastki te zmieniły się w powieść pt. "The Story of Doctor Dollitle". Ten pierwszy tom kierowany jest do najmłodszego odbiorcy, kolejne są znacznie grubsze i nieco trudniejsze w odbiorze. Łącznie powstało 11 tomów przygód doktora, z czego dwa wydano już po śmierci autora. Pośmiertnie ukazał się też zbiór opowiadań (Doctor Dolittle's Puddleby Adventures / Opowieści z Puddleby) - pisanych w latach 20. XX w., a publikowanych wcześniej przez autora w New York Herald Tribune (po I wojnie autor przeniósł się z Anglii do Stanów Zjednoczonych). Tomy ukazywały się niechronologicznie - poniżej zamieszczam listę w kolejności wydawania, a numer tomu sugeruje chronologię:
Podróże doktora Dolittle (The Voyages of Doctor Dolittle, 1922), pol. wyd. 1936 - TOM 6
Poczta doktora Dolittle (Doctor Dolittle's Post Office, 1923), pol. wyd. 1938 - TOM 5
Cyrk doktora Dolittle (Doctor Dolittle's Circus, 1924), pol. wyd. 1937 - TOM 2
Ogród zoologiczny doktora Dolittle (Doctor Dolittle's Zoo, 1925), pol. wyd. 1939 - TOM 7
Opera doktora Dolittle (Doctor Dolittle's Caravan, 1926), pol. wyd. 1938 - TOM 3
Największa podróż doktora Dolittle (Doctor Dolittle's Garden, 1927), pol. wyd. 1960 - TOM 8
Doktor Dolittle na Księżycu (Doctor Dolittle in the Moon, 1928), pol. wyd. 1961 - TOM 9
Powrót doktora Dolittle (Doctor Dolittle's Return, 1933), pol. wyd. 1948 - TOM 10
Doktor Dolittle i Tajemnicze Jezioro (Doctor Dolittle and the Secret Lake, 1948, pośmiertnie), pol. wyd. 1987 - TOM 11
Doktor Dolittle i zielona kanarzyca (Doctor Dolittle and the Green Canary, 1950, pośmiertnie), pol. wyd. 1988 - TOM 4
Opowieści z Puddleby (Doctor Dolittle's Puddleby Adventures, 1952, pośmiertnie), pol. wyd. 1990 - OPOWIADANIA
Poza tym ukazały się także Gub-Gub's Book, an Encyclopaedia of Food (1932) i Doctor Dolittle's Birthday Book (1935), które chyba nie doczekały się polskich wydań. Wydawnictwo Zielona Sowa opublikowało natomiast kontynuację przygód doktora autorstwa Olivera Mittlebacha pt. Kłopoty doktora Dolittle (nie znalazłam oryginalnego tytułu).
Akcja książke rozgrywała się w bliżej nieokreślonych latach pierwszej połowy XIX wieku w fikcyjnym miasteczku Puddleby-on-the-Marsh:
Hugh Lofting nie tylko pisał, ale także sam ilustrował przygody doktora:
Ja jednak wolałam polskie ilustracje Lengrena:
W Polsce przygody Doktora Dolittle były znane już od lat 30. XX w., a książki o nim wielokrotnie wznawiano. Dolittle występował także pod nazwiskiem "Nieboli".
W 1967 r. powieści zostały zekranizowane w postaci musicalu (TU można zobaczyć zwiastun). Współcześnie powstały też trzy filmy o Doktorze Dolittle z Ediem Murphym, które jednak nie maja z pierwowzorem wiele wspólnego.
![]() |
| Rex Harrison jako dr. John Dolittle w ekranizacji z 1967 r. |
środa, 15 sierpnia 2012
Frances Hodgson Burnett i jej powieści dla najmłodszych
Frances Hodgson Burnett to brytyjska pisarka urodzona w 1849 roku w Manchesterze. W wieku 16 lat wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, w których mieszkała do końca życia - zmarła w 1924 roku w Plandome w stanie Nowy Jork.
Była autorką opowiadań i powieści dla dorosłych, ale największą popularność i nieśmiertelną sławę przyniosły jej książki dla dzieci. Napisała ich kilkanaście, większość była w różnych okresach wydawana w Polsce, natomiast do dzisiaj na bibliotecznych półkach znajdują się właściwie tylko trzy - "Mały lord", "Mała księżniczka" i "Tajemniczy ogród".
Wszystkie one były adaptowane na potrzeby teatru, filmu a nawet musicalu, tłumaczono je na wiele języków i na stałe wpisały się do kanonu literatury dziecięcej.
"Mały lord" to historia siedmioletniego Cedryka mieszkającego wraz z matką w Nowym Jorku. Pewnego dnia okazuje się, że na skutek kilku nieszczęśliwych wypadków chłopczyk staje się jedynym spadkobiercą tytułu hrabiowskiego należącego do jego dziadka ze strony ojca. Aby objąć dziedzictwo musi udać się do Anglii i zamieszkać z dziadkiem - starym, zgorzkniałym, schorowanym arystokratą. Sytuację komplikuje fakt, że dziadek nienawidzi matki chłopca, uważa, że podstępem wdarła się do szlacheckiej rodziny i zabrania jej przekroczenia progu swojego domu - ma ona zamieszkać w niewielkim domku w sąsiedztwie hrabiowskiego zamku a synek będzie ją mógł odwiedzać.
Mały chłopiec, swoją dobrocią, miłością i szlachetnością szybko podbija serca zamkowej służby i okolicznych dzierżawców, a i stary hrabia nie potrafi się oprzeć jego urokowi...
Bohaterką "Małej księżniczki" jest siedmioletnia Sara Crewe, umieszczona przez ojca w londyńskiej pensji dla dziewcząt kierowanej przez pannę Marię Minchin. Panna Minchin wiedząc, że kapitan Ralf Crewe jest człowiekiem szalenie bogatym traktuje małą Sarę z niezwykłą pobłażliwością i spełnia wszystkie jej zachcianki. Kiedy Sara kończy 11 lat okazuje się, że ojciec dziewczynki umarł a majątek przepadł - dziewczynka z dnia na dzień zostaje zdegradowana do roli służącej, musi ciężko pracować na swoje utrzymanie, mieszka w nędznej izdebce na poddaszu i bardzo często chodzi głodna i przemarznięta. Jednak Sara nie załamuje się tak drastyczną odmianą swojego losu w czym pomaga jej bogata wyobraźnia oraz przyjaciółki: pensjonarki - Ermengarda i Lotka, służąca Rózia a także oswojony szczur Melchizedek.
Jednak najpopularniejszą książką tej autorki jest chyba "Tajemniczy ogród", a to za sprawą nastrojowej ekranizacji z 1993 roku, którą reżyserowała Agnieszka Holland a także z tego powodu, że jest to lektura szkolna...
Mary Lennox to urodzona i wychowana w Indiach 10-latka, której rodzice umierają w czasie epidemii. Dziewczynka zostaje wysłana do Anglii, gdzie ma zamieszkać w domu nieznanego jej wuja. Jak się okazuje krewny większość czasu spędza w podróżach i dziewczynka przebywa praktycznie sama w wielkim domu. Rozpieszczona i samolubna Mary musi się przyzwyczaić do zwyczajów panujących w starym domu. Idzie jej to z trudem, ale wszystko się zmienia kiedy zaprzyjaźnia się z wiejskim chłopcem Dickiem oraz dokonuje dwóch niesamowitych odkryć - pierwsze z nich to zaniedbany, ogrodzony wysokim murem różany ogród a drugim jest jej kuzyn Colin, chory chłopiec zamknięty w jednym z licznych pokojów ogromnego domu.
Mary, Dick i Colin, już we trójkę przeżywają niezapomniane lato w tajemniczym ogrodzie...
Bohaterami tych książek są dzieci, które muszą stawić czoła poważnym problemom, pod ciężarem których zdarza sie polec dorosłym. Jednak Cedryk, Sara i Mary nie poddają się, zwyciężają przeciwności i mają przy tym zbawienny wpływ na swoje otoczenie. Cedryk i Sara to wręcz anioły w postaci dzieci, bohaterowie bez wad i co tu dużo mówić mało rzeczywiści. Oczywiście czytając o spotykających ich nieszczęściach płakałam rzewnymi łzami (szczególnie nad Sarą) i nie było ważne, że doskonale wiem jak się książka skończy. Mój egzemplarz "Małej księżniczki" wchłonął tyle łez, że wyglądał jak podtopiony...
Zupełnie inaczej ma się sprawa z Mary Lennox - początkowo to taki, używając dosadnego określenia, "rozwydrzony bachor". Jak się jednak czytelnik może przekonać Mary jest mądrą i wrażliwą dziewczynką, wystarczyło tylko trochę uwagi, którą poświeciła jej Marta, jedna ze służących, która mając kilkoro młodszego rodzeństwa potrafiła trafić do bardzo samotnego i nieszczęśliwego w gruncie rzeczy dziecka. I własnie Mary, ze swoimi wadami i nawykami jest bohaterką na wskroś prawdziwą, z którą młody czytelnik może się identyfikować.
Ale jakby nie było - te trzy powieści Francis Hodgson Burnett to żelazny repertuar dla dzieciaków w wieku 8-12 lat.
A i dla tych starszych też;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















