Cóż to za przerażająca lektura. Chyba świeża pamięć okropieństw wojny - powieść ukazała się w 1946 r. - wywarła na nią silny wpływ. Zaczyna się uroczym domkiem w zielonej dolinie, Muminkiem i Ryjkiem psocącymi wesoło, Mamusią Muminka uprawiającą ogródek i Tatusiem Muminka budującym most na rzeczce.
A dalej... Wszystko pokrywa się okropnym szarym pyłem, do Ziemi zbliża się kometa, rzucając na świat upiorny czerwony blask, wysychają rzeki i jeziora, wysycha nawet morze, zostawiając za sobą grząskie błoto i rybki trzepoczące się z otwartymi pyszczkami, upał staje się nie do wytrzymania. Zderzenie jest nieuniknione, znana jest nawet data i godzina, wszyscy mówią o zagładzie, a Muminek i jego przyjaciele rozpaczliwie starają się wrócić do domu, do Mamusi i Tatusia, zanim świat się skończy.
Jednocześnie jest to przeurocza lektura, choćby dlatego, że w obliczu zagłady Mamusia Muminka piecze tort, a Tatuś wykopuje z ogródka jej ukochane żółte róże, żeby wraz z całym dobytkiem ukryć je przed niszczycielską siłą komety. Razem tworzą dom, w którym wszystkie małe zwierzątka, a także mali i duzi czytelnicy, czują się bezpiecznie, bez względu na grożące im niebezpieczeństwa. Na tym chyba polega magia świata Muminków do którego zamierzam niedługo powrócić, z nadzieją na tom bez kataklizmów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jansson Tove. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jansson Tove. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 września 2014
poniedziałek, 22 września 2014
Małe trolle i duża powódź - Tove Jansson
Zachwyciłam się ostatnio najnowszym wydaniem serii o Muminkach, o tym:
...i dostałam je od męża na imieniny. Człowiek nigdy nie jest za stary na czytanie książek dla dzieci, a na Muminki zwłaszcza.
Bo moja teoria jest taka, że Muminki wcale nie są lekturą dla dzieci... Dziecko nie zrozumie i nie doceni wszystkich smaczków, tego rewelacyjnego odwzorowania ludzkich charakterów ubranych w bajkowe kostiumy. Być może zresztą teoria ta wzięła się ona stąd, że jako dziecko wcale się z tymi książkami nie zetknęłam. Owszem, oglądałam dobranocki z Muminkami - wersję rysunkową tolerowałam, wersji z animowanymi kukiełkami nie znosiłam. Dopiero na studiach zdecydowałam się zapoznać bliżej z klasykiem - przyjaciółka wygrzebała więc dla mnie z półki jedyny tom, jaki udało jej się znaleźć, a była to Dolina Muminków w listopadzie. Bardzo mi się spodobało, ale odczuwałam silny niedosyt, ponieważ w książce o Muminkach zabrakło...Muminków. No i jakoś tak się nam nie składało z tłuściutkimi trollami, więc dopiero teraz, po trzydziestce, mam okazję zapoznać się z całą serią, od pierwszego tomu poczynając.
A pierwszy tom pt. Małe trolle i duża powódź mógłby mnie całkiem zrazić do dalszej lektury, gdybym już tego i owego o serii nie wiedziała, i gdyby nie zamieszczny w moim wydaniu wstęp Autorki - geneza powstania książki okazała się ważna dla jej odbioru.
Otóż, Tove Jansson napisała swoje pierwsze opowiadanie o Muminku w roku 1939, w ponurych czasach, kiedy świat rozpadał się na kawałki. Chciała zanurzyć się na chwilę w fantazji, w krainie "dawno, dawno temu", stworzyła więc swojego bohatera, małego trolla Muminka, i wrzuciła go w jeszcze nieokreśloną bajkową rzeczywistość, inspirowaną ulubionymi lekturami - Juliuszem Vernem i Collodim. Mamy więc zaczątek przyszłego klasyka, ale przedziwnie zmiksowany z powieściami całkiem odmiennymi stylem. Stąd troll spotyka wróżkę o błękitnych włosach (Collodi) i kogoś w stylu kapitana Nemo, co - powiedzmy sobie szczerze - pasuje bardzo średnio.
Wojna światowa kłądzie się poważnym cieniem na akcji tej niedługiej książeczki. Pierwsza część jest bardzo mroczna - mamy tu ponury las, potwory, przerażonego zwierzaczka (przyszłego Ryjka) i wielką powódź, która zalewa cały świat. A przede wszystkim mamy małego Muminka, który wędruje przez straszny świat ze swoją Mamą w poszukiwaniu miłego i ciepłego miejsca, gdzie można by zbudować dom. Tatuś Muminka jakiś czas temu odpłynął z Hatifnatami i słuch po nim zaginął, a Mama i Muminek mają niewielką nadzieję na to, że jeszcze się kiedyś spotkają. Bardzo łatwo to wszystko przełożyć na rzeczywistość wojenną.
Na szczęście wszystko kończy się dobrze, wojna też się kończy i w 1945 r. pisany do szuflady utwór ukazuje się drukiem. A rok później ukazuje się ciąg dalszy pt. Kometa nad Doliną Muminków, tym razem już z "prawdziwą" Doliną Muminków, z kultowymi postaciami Włóczykija, Ryjka, panny Migotki, i uwierzcie mi - to dopiero jest prawdziwie przerażająca powieść. Koszmary nocne gwarantowane... Ale o tym - następnym razem.
...i dostałam je od męża na imieniny. Człowiek nigdy nie jest za stary na czytanie książek dla dzieci, a na Muminki zwłaszcza.
Bo moja teoria jest taka, że Muminki wcale nie są lekturą dla dzieci... Dziecko nie zrozumie i nie doceni wszystkich smaczków, tego rewelacyjnego odwzorowania ludzkich charakterów ubranych w bajkowe kostiumy. Być może zresztą teoria ta wzięła się ona stąd, że jako dziecko wcale się z tymi książkami nie zetknęłam. Owszem, oglądałam dobranocki z Muminkami - wersję rysunkową tolerowałam, wersji z animowanymi kukiełkami nie znosiłam. Dopiero na studiach zdecydowałam się zapoznać bliżej z klasykiem - przyjaciółka wygrzebała więc dla mnie z półki jedyny tom, jaki udało jej się znaleźć, a była to Dolina Muminków w listopadzie. Bardzo mi się spodobało, ale odczuwałam silny niedosyt, ponieważ w książce o Muminkach zabrakło...Muminków. No i jakoś tak się nam nie składało z tłuściutkimi trollami, więc dopiero teraz, po trzydziestce, mam okazję zapoznać się z całą serią, od pierwszego tomu poczynając.
A pierwszy tom pt. Małe trolle i duża powódź mógłby mnie całkiem zrazić do dalszej lektury, gdybym już tego i owego o serii nie wiedziała, i gdyby nie zamieszczny w moim wydaniu wstęp Autorki - geneza powstania książki okazała się ważna dla jej odbioru.
Otóż, Tove Jansson napisała swoje pierwsze opowiadanie o Muminku w roku 1939, w ponurych czasach, kiedy świat rozpadał się na kawałki. Chciała zanurzyć się na chwilę w fantazji, w krainie "dawno, dawno temu", stworzyła więc swojego bohatera, małego trolla Muminka, i wrzuciła go w jeszcze nieokreśloną bajkową rzeczywistość, inspirowaną ulubionymi lekturami - Juliuszem Vernem i Collodim. Mamy więc zaczątek przyszłego klasyka, ale przedziwnie zmiksowany z powieściami całkiem odmiennymi stylem. Stąd troll spotyka wróżkę o błękitnych włosach (Collodi) i kogoś w stylu kapitana Nemo, co - powiedzmy sobie szczerze - pasuje bardzo średnio.
Wojna światowa kłądzie się poważnym cieniem na akcji tej niedługiej książeczki. Pierwsza część jest bardzo mroczna - mamy tu ponury las, potwory, przerażonego zwierzaczka (przyszłego Ryjka) i wielką powódź, która zalewa cały świat. A przede wszystkim mamy małego Muminka, który wędruje przez straszny świat ze swoją Mamą w poszukiwaniu miłego i ciepłego miejsca, gdzie można by zbudować dom. Tatuś Muminka jakiś czas temu odpłynął z Hatifnatami i słuch po nim zaginął, a Mama i Muminek mają niewielką nadzieję na to, że jeszcze się kiedyś spotkają. Bardzo łatwo to wszystko przełożyć na rzeczywistość wojenną.
Na szczęście wszystko kończy się dobrze, wojna też się kończy i w 1945 r. pisany do szuflady utwór ukazuje się drukiem. A rok później ukazuje się ciąg dalszy pt. Kometa nad Doliną Muminków, tym razem już z "prawdziwą" Doliną Muminków, z kultowymi postaciami Włóczykija, Ryjka, panny Migotki, i uwierzcie mi - to dopiero jest prawdziwie przerażająca powieść. Koszmary nocne gwarantowane... Ale o tym - następnym razem.
środa, 16 maja 2012
Małe trolle i wielka powódź - Tove Jansson
„Małe trolle i dużą powódź” to pierwsza historia, w której pojawił się Muminek i jego Mama, Tatuś jako porzucający rodzinę wielbiciel przygód i mały zwierzaczek kropka w kropkę przypominający przyszłego Ryjka. Wszystko w tym opowiadaniu jest jeszcze szkicem, zapowiedzią przyszłego rozwoju. Zaczyna się w stylu, do którego przywykliśmy:
Musiało być już późne popołudnie, gdzieś pod koniec sierpnia, kiedy Muminek i jego Mama weszli w samo serce wielkiego lasu. Było całkiem cicho i tak ciemno między drzewami jak po zapadnięciu zmroku. Tu i ówdzie rosły olbrzymie kwiaty świecące własnym światłem niczym migotliwe lampy, a głęboko wśród cieni poruszały się małe bladozielone punkciki.
Dalej
jednak autorka jeszcze nie umie (a może nie chce, jak wynikałoby z jej
wstępu) oderwać się od elementów konwencjonalnej baśni, wprowadzając
bohaterów zupełnie niepasujących do historyjki o trollach: jakąś
kwiatową wróżkę w typie Calineczki, Starego Pana z ogrodem stworzonym ze
słodyczy (anty-Baba Jaga to miała być?), Marabuta w okularach. Nawet
rysunki są jeszcze niepewne, Muminkom brakuje charakterystycznych
krągłości, a Mamę Muminka chyba tylko po torebce poznać można w
okładkowej jędzy z trąbą słonia, wrzeszczącej na stadko przysadzistych
Hatifnatów.
Jak
na niewiele ponad pięćdziesiąt stron rzadkiego tekstu dzieje się
zdecydowanie za dużo i nieco za szybko, szczególnie dla przyzwyczajonych
do dużo wolniejszego rytmu innych książek o Muminkach. Nie napiszę
więc, że zdecydowanie polecam. Ale przeczytać warto, żeby dowiedzieć
się, jak to z tymi Muminkami było.
Tove Jansson, Małe trolle i duża powódź, tłum. Teresa Chłapowska, Nasza Księgarnia 1997.
Tove Jansson, Małe trolle i duża powódź, tłum. Teresa Chłapowska, Nasza Księgarnia 1997.
Etykiety:
Jansson Tove,
literatura fińska,
XX w.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


