Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Montgomery L.M.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Montgomery L.M.. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 lutego 2013

"Ania z Wyspy Księcia Edwarda" Lucy Maud Montgomery


Pytanie o ulubionego autora zawsze wprowadza mnie w swego rodzaju konsternację - bo właściwie nie potrafię wybrać jednej jedynej osoby - chociażby z tego powodu, że w różnych okresach życia fascynowała mnie różna literatura, a i świat nie stoi w miejscu, i co roku pojawiają się nowi autorzy, którzy mają szansę mnie zachwycić. Więc kiedy muszę się określić na okoliczność literackich uwielbień to zawsze pada kilka nazwisk, a jedno z nich to Lucy Maud Montgomery.

Z autorką zetknęłam się po raz pierwszy przy okazji "Błękitnego zamku", później jak miliony dziewcząt na świecie pokochałam "Anię z Zielonego Wzgórza", polubiłam "Emilkę ze Srebrnego Nowiu", "Jankę ze Wzgórza Latarni", "Kilmeny ze starego sadu" i jeszcze kilka innych, trochę mniej znanych bohaterek, które narodziły się w wyobraźni najsłynniejszej kanadyjskiej pisarki. Większość jej książek można znaleźć w mojej domowej biblioteczce i z zasady są to te najbardziej zaczytane egzemplarze...

Kilka lat temu wielbicieli talentu pani Montgomery zelektryzowała wiadomość o nieznanym rękopisie zmarłej przed 60 laty pisarki mającym być podsumowaniem cyklu o Ani Shirley. I tak oto w 2009 roku miała miejsce światowa premiera "Ani z Wyspy Księcia Edwarda", a dwa lata później doczekaliśmy się jej polskiego wydania.
Jakoś się tak stało, że nie kupiłam sobie dotąd tej książki i udało mi się z nią zapoznać tylko dzięki uprzejmości pewnej biblionetkowiczki. I cóż... Po przeczytaniu już wiem, że raczej ta książka domowych zbiorów nie wzbogaci...

"Ania z Wyspy Księcia Edwarda" to zbiór opowiadań podzielonych na dwie grupy ze względu na czas akcji. Pierwsza część książki to utwory, których akcja toczy się w mniej więcej w tym samym czasie co akcja "Doliny Tęczy", natomiast część druga umiejscowiona jest po zakończeniu I wojny światowej. Całość jest przeplatana wierszami autorstwa Ani oraz jej syna Waltera - dodam, że choć nie jestem może znawczynią poezji, to uważam, że nie są one zbyt wysokich lotów, niestety...

Co do samych opowiadań to są one mocno nierówne, niektóre rozwleczone do granic wytrzymałości, niektóre przewidywalne od pierwszych linijek, chociaż, uczciwie trzeba przyznać, że kilka jest naprawdę na poziomie. Ale te akurat są w zdecydowanej mniejszości. Najbardziej przypadły mi do gustu dwie opowieści - chyba najsmutniejsze z całego zbiorku "Oszukane dziecko" o osieroconym chłopczyku, który musi sam zdecydować u kogo będzie mieszkać (krewni starają się zdobyć jego względy, bowiem z opieką nad Patem związana jest pokaźna roczna renta) oraz nieco ironiczna "Penelope i jej teorie" o znawczyni dziecięcej psychologii, która musi teoretyczne wiadomości wykorzystać w praktyce opiekując się dwoma ośmioletnimi chłopcami.

Ma ta książka jeszcze jeden mankament, a mianowicie polskie tłumaczenie imion własnych. Wydawało mi się, że z racji kilkukrotnego przeczytania całego cyklu znam głównych bohaterów. Tymczasem okazuje się, że nie do końca - dobrą chwilę zastanawiałam się "Kim u licha jest Kuba Blythe???". I dopiero po dłuższym namyśle dotarło do mnie, że przecież najstarszy syn Ani nosił imię Jakub. Aczkolwiek we wszystkich innych książkach chłopiec występuje jako Jim. Pewnie dla równowagi Rozalia Meredith w tym tomie nosi imię Rosamund, zaś narzeczonym Rilli jest Keneth Ford (wolałam go jednakowoż jako Krzysia). Może nie mam racji, ale wydaje mi się, że jeżeli się tłumaczy kolejny tom z cyklu to wypadałoby zostawić imiona, nazwy geograficzne i inne nazwy własne w takiej formie do jakiej czytelnik przywykł w poprzednich częściach.  

Cóż, trochę rozczarowała mnie ta książka. Blythe'owie występują w niej jako tło (jeśli nie liczyć wspomnianych wcześniej sesji poetyckich), najczęściej chyba pojawia się Gilbert, zaś Ania przywoływana jest w rozmowach lub przemyśleniach bohaterów jak swoisty punkt odniesienia - "Co też powiedziałaby o tym pani doktorowa?". Może wybrzydzam i jestem niesprawiedliwa dla autorki, ale mam wrażenie, jakby ta książka nie była pisana z potrzeby serca, a tylko dla jakiegoś doraźnego zysku.

Bo przecież Ania Shirley-Blythe to uznana marka i jej wielbiciele wszystko kupią.
Jak widać nie wszyscy...

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Ania z Avonlea - L. M. Montgomery

Lucy Maud Montgomery, Ania z Avonlea, tłum. Rozalia Bernsteinowa, Nasza Księgarnia 1990.


Dopiero od niedawna zaczęłam kompletować tę serię, wcześniej miałam na własność tylko "Anię na uniwersytecie", a inne tomy wypożyczałam z biblioteki, no i mam poważne wątpliwości, że nie wszystkie czytałam. Jestem pewna tylko "Ani z Zielonego Wzgórza" (wszak to lektura szkolna!) oraz "Rilli ze Złotego Brzegu", (bo akurat pamiętam). Co do pozostałych, mogło się tak zdarzyć, że coś mnie ominęło, więc nie pozostaje nic innego jak sobie teraz wszystko uporządkować.
Brakuje mi jeszcze "Ani ze Złotego Brzegu" i "Doliny Tęczy". Przywiązana jestem do tej szaty graficznej, jaką prezentuje okładka obok. Co prawda pierwszy tom mam w innym, starszym wydaniu, ale jakoś to przeżyję ;-) Okazało się też, że mam skróconą wersję "Ani z Szumiących Topoli", a tytułowe topole to w oryginale wierzby.... O hecach związanych z tym tomem możecie przeczytać tutaj.
Cykl ma kilku tłumaczy - sprawdziłam to w swoich tomikach, są też inne wydania, a ostatnio pojawiły się nowe tłumaczenia. Niezbyt mam ochotę przekonywać się do nich, wolę pozostać przy wersjach może i staroświeckich, ale dobrze znanych.

"Anię z Avonlea" przeczytałam z przyjemnością i pewnym rozrzewnieniem, nie wszystko pamiętałam, a niektóre fragmenty zupełnie jakbym po raz pierwszy widziała. 
Panna Shirley objęła posadę nauczycielki w szkole w Avonlea, zamierzała czułością i dobrocią zdobyć serca małych uczniów, kategorycznie odrzucała stosowanie kar cielesnych, a krzewienie dobra i piękna uważała za nadrzędną ideę. Dzieci ją rzeczywiście uwielbiały, a nawet krnąbrny Antoś Pye przekonał się do niej po pewnym incydencie... Wśród szkolnej braci był także Jaś Irving, wyjątkowo wrażliwy chłopiec obdarzony bujną wyobraźnią i marzycielską naturą (rozmowy ze "Skalnym Ludkiem"). Nic więc dziwnego, że szybko okazał się pokrewną duszą Ani.
Na Zielonym Wzgórzu pojawili się nowi wychowankowie - pod skrzydła Maryli trafiły bliźnięta: Tola - uosobienie grzeczności i Tadzio - wcielenie psotnictwa. Ten mały urwis dostarczył pannie Cuthbert i Ani wielu wrażeń, ale widoczne postępy w zachowaniu dały im też powód do dumy. Nie był to bowiem zły chłopiec, tylko o wielu rzeczach nie miał  jeszcze pojęcia. Ogólnie zaś był rozbrajający.
Przyjaciele  (mi. Ania, Diana, Gilbert, Janka....) założyli Klub Miłośników Avonlea, którego cel  stanowiła działalność na rzecz upiększenia miejscowości. Miłośnicy, jak ich pokrótce nazywano, dążyli do wykarczowania chaszczy, posadzenia drzewek, założenia kwietników, w czym zaczęła ich wspomagać cała społeczność. Ich chlubą zaś miało być odmalowanie Domu Ludowego (tu się zastanawiam, co to było w oryginale, rodzaj świetlicy, domu kultury, ale Ludowy??Inwencja tłumaczki?) Ten wątek wydał mi się z jednej strony "pachnący" ideą ZMP z lat 50-tych, z drugiej zaś - bardzo na czasie - istnieje bowiem sporo stowarzyszeń aktywizujących społeczność (głównie tereny wiejskie) i rewitalizujących okolice.
Ania nie byłaby sobą, gdyby nie wpadała w jakieś tarapaty albo nie miała przygód. W tym tomie m.in.
- przekonała się, że nie należy zbyt pochopnie sprzedawać krów, a pozory mylą i okropny sąsiad (pan Harrison) może stać się fajnym znajomym;
 -ugrzęzła w dachu kurnika podczas wyprawy po granatowy półmisek, a przy tym nie straciła pogody ducha;
- przeżyła serię niefortunnych zdarzeń podczas przygotowań do proszonego obiadu na cześć pisarki p. Morgan;
- odkryła ogródek Helen Grey i poznała jej historię;
 - odwiedziła zjawiskową Chatkę Ech, w której nie mniej zjawiskowa Panna Lawenda urządzała przyjęcia dla wyimaginowanych gości;
 - doświadczyła burzy stulecia, którą niejako sama "przepowiedziała";
- w specyficznych okolicznościach rozstała się z preparatem do likwidowania piegów;
-  wydała za mąż wspomnianą Lawendę.
Nie obyło się bez majówek z przyjaciółkami, poetycznych westchnień i marzeń. W ogóle było bardzo idealistycznie, sentymentalnie i uroczo. Także zabawnie. 
Przyjaźń, dobro i piękno - wydają się być nadrzędnymi ideami "Ani z Avonlea". I marzenia, koniecznie marzenia, i romantyczne wizje.
Nierealistyczny to świat, ale miło było spędzić trochę czasu na Wyspie Księcia Edwarda.

czwartek, 19 lipca 2012

Pani na Srebrnym Gaju - L.M. Montgomery


Co za smutna książka... Zadziwiające, jak inaczej odbiera się niektóre pozycje w dzieciństwie i po latach.

Druga część "Pat ze Srebrnego Gaju" ukazała się w Polsce pod dwoma tytułami - jako "Pani na Srebrnym Gaju" (w Naszej Księgarni) i jako "Miłość Pat" (Wydawnictwo Literackie). Nie ukrywam, że ten drugi tytuł zupełnie mi się nie podoba. W oryginalnym tytule - "Mistress Pat" - oznacza właśnie panią domu, a nie kochankę, więc skąd się wydawnictwu wzięła ta miłość? Zwłaszcza, że Pat co prawda kocha, ale swój dom i rodzinę, a po  tytule można się spodziewać romansu. Tymczasem Pat to jedyna bohaterka Montgomery, która z pełną świadomością zamierza zostać starą panną, i przyznaje, że nie potrafi się zakochać.

Z pierwszego czytania w dzieciństwie pamiętam tylko, że mi się bardzo podobało. Tym razem przy czytaniu byłam bliska płaczu (może tak się sentymentalnie starzeję?). Biedna Pat. Tak bardzo kochała swoich bliskich - rodzinę i przyjaciół, swój dom, tak bardzo nie chciała, żeby cokolwiek się zmieniało*. Tymczasem nieubłagany los odebrał jej wszystko. Bliskich i miejsca, jedno po drugim. Dostała bardzo gorzką lekcję życia. Wszystko jest tymczasowe, ulotne, do czegokolwiek się przywiążesz - stracisz to. Myślę, że ta powieść dobrze obrazuje rozczarowanie światem, jakie zaczęło ogarniać autorkę pod koniec jej życia.

Jak już wspomniałam w poprzedniej recenzji - autorka namieszała trochę z czasami, w których dzieje się "Pani na Srebrnym Gaju". Wydala książkę w 1935 r., ale opisała w niej przyszłość, czyli 11 lat począwszy od 1934 r. - książka kończy się jesienią 1945 r., ale nie ma w niej najmniejszej wzmianki o wojnie, bo pisarka, rzecz jasna, nie przewidziała jej. Cale szczęście - przynajmniej oszczędzono Pat utraty braci w działaniach wojennych.

P.S. Zauważyłam wyraźny autoplagiat. Elka, która nie może wybrać miedzy dwoma adoratorami, to wypisz wymaluj Iza Gordon ze swoim Alkiem i Alonzem (lub też Fila Gordon z Olesiem i Alfonsem - zależy od tłumaczenia) z "Ani na Uniwersytecie". Obie bohaterki używają nawet identycznych argumentów za i przeciw.

* To nie była moja lubiona cecha tej bohaterki. Najbardziej zirytowała mnie nadzieja Pat, że jej brat, Sid, już zawsze będzie cierpiał po zmarłej Bietce i nigdy nie pokocha innej, bo wtedy będzie zawsze mieszkał w Srebrnym Gaju razem z Pat - jak w dzieciństwie.

L.M. Montgomery, Pani na Srebrnym Gaju, Nasza Księgarnia 1993
lub
L.M. Montgomery, Miłość Pat, Wydawnictwo Literackie 2006

piątek, 13 lipca 2012

Pat ze Srebrnego Gaju - L. M. Montgomery


Patrycja Małgorzata Gardiner to bohaterka bardzo nietypowa dla L.M. Montgomery. Po pierwsze nie jest sierotą (jak Ania czy Emilka) ani nawet półsierotą (jak Marigold, Joanna czy - poniekąd - Jane). Po drugie nie jest jedynaczką, ma aż czworo rodzeństwa. Po trzecie nie próbuje pisać, wymyślać historii, nie ma nawet ambicji, by się kształcić. W jednej scenie ktoś mówi o niej, ze nie jest specjalnie ładna czy inteligentna, ale ma dużo uroku. Jednak to, co szczególnie charakteryzuje Pat, to zdolność kochania (za bardzo - jak mówi Judysia) i zdecydowana niechęć do zmian.

Pat kocha swój dom, zwany Srebrnym Gajem. Wielbi go niemal bałwochwalczo, wszystko w nim jest dla niej idealne, do tego stopnia, że każda najmniejsza zmiana wywołuje histeryczną reakcję. Szczerze mówiąc, nie jest to moja ulubiona bohaterka. Postrzeganie wszystkich i wszystkiego jako gorszego niż Srebrny Gaj (inne domy nie są tak ładne - jakiekolwiek by były; inne dziewczęta nie mogą być ładniejsze od jej siostry) i ta obsesja na punkcie niewprowadzania zmian, bardzo mnie irytowały, zwłaszcza w pierwszej połowie książki. Kiedy jej brat, Józek, marzy, by pływać po morzach, ona twardo stoi na stanowisku, że musi mu owa chęć przejść, bo przecież nie może opuścić Srebrnego Gaju. Pal licho cudze marzenia, byle nic się nie zmieniało. Pat miała szansę wyrosnąć na naprawdę niesympatyczną babę... Na szczęście w drugiej połowie powieści bohaterka dorasta, odkrywa, że czasu nie da się zatrzymać, zmiany zachodzą bez względu na jej upodobania - i to często na gorsze. Nadal ich nie lubi, ale zaczyna rozumieć, że nie da się ich uniknąć

Bardzo ważną bohaterką jest Judysia Plum, pomoc domowa rodziny Gardinerów, która niańczyła jeszcze ojca Pat. W życiu dzieci jest obecna niemal bardziej niż rodzice. Z pochodzenia Irlandka, ze Starego Kraju przywiozła wiarę w elfy, wróżki i czarownice, o których lubi opowiadać. Uwielbia też plotkować i zna nieskończenie wiele historyjek o chyba każdym mieszkańcu Wyspy Księcia Edwarda.

Książka obejmuje lata 1920-1931 (zaczyna się, kiedy Pat ma 7 lat, kończy - kiedy ma 18) - opublikowano ją w roku 1933. Co ciekawe, dwa lata później wydano drugą część - Pani na Srebrny Gaju, która opowiada dalsze losy Pat, aż do roku 1945. Nie ma w niej jednak najmniejszej wzmianki o II wojnie światowej - bo przecież pisarka w roku 1935 nie mogła jej przewidzieć (zresztą - nawet nie dożyła końca wojny).

Książki o Pat to jedne z ostatnich powieści pisarki. Później powstały już tylko dwa brakujące tomy z cyklu o Ani (Ania z Szumiących Topoli i Ania ze Złotego Brzegu) oraz Jane ze Wzgórza Latarni. Jako dziewczynka nie zwróciłam na to uwagi, ale teraz dostrzegłam te wszystkie zmiany w realiach, w porównaniu z cyklem o Ani - samochody, telefony, kino (randki w kinie!), krótkie włosy u kobiet i sukienki odsłaniające nogi. To już całkiem inny świat. Zniknęły stare dobre czasy Zielonego Wzgórza.

Uważa się, że Srebrny Gaj był wzorowany na domu Campbellów w Park Corner, w którym mieszkała rodzina pisarki - jej ciotka Annie, wuj John i ich dzieci Clara, Stella, Frede i George. Montgomery wspominała w pamiętnikach, że był to dla niej "drugi dom" i zachwycała się jego wspaniałą atmosferą. Jako mała Maud spędziła tam wiele czasu, bawiąc się z kuzynami. Przywiązanie kuzynki Frede do domu  prawdopodobnie stało się inspiracją dla postaci Pat.

Dom nadal pozostaje w rękach rodziny Cambellów, a obecnie mieści się w nim muzeum Ani z Zielonego Wzgórza.

Dom Campbellów - zdjęcie L.M. Montgomery ok. 1900 r.

Dom Campbellów obecnie
Więcej zdjęć - tutaj.

Pat ze Srebrnego Gaju (Pat of Silver Bush), Nasza Księgarnia 1993 (pierwsze polskie wydanie - 60 lat po oryginale!)
Pat ze Srebrnego Gaju (Pat of Silver Bush), Wyd. Literackie 2006

wtorek, 3 lipca 2012

Ania z Wyspy Księcia Edwarda - L.M. Montgomery


"Ania z Wyspy Księcia Edwarda" L.M. Montgomery ukazała się całkiem niedawno jako "ostatni, cudem odnaleziony tom cyklu o Ani". Dość szybko ukazało się, że włączenie książki do serii jest nadużyciem. Jest to raczej zbiór opowiadań i to nie tych najlepszych. Co więcej, Ania, Gilbert i ich dzieci nie są bohaterami żadnego opowiadania. W niektórych pojawiają się postaci z cyklu o Ani, ale najczęściej o rodzinie Blythe'ów tylko się wspomina (stąd angielski tytuł "The Blythes are quoted").  Pomiędzy opowiadaniami umieszczone są wiersze "autorstwa" Ani i jej syna Waltera (naprawdę L.M. Montgomery) - i przy nich pojawiają się króciutkie dialogi między członkami rodziny Blythe'ów. W rozmowach tych nie pada jednak nic nowego - są to niemal wyłącznie odniesienia do  wydarzeń z wcześniejszych tomów.

Bohaterami opowiadań są  mieszkańcy Glen St. Mary, którzy poza przeżywaniem swoich perypetii (na ogół romasowo-matrymonialno-dziecięcych) mają istną obsesję na punkcie rodziny Blythe. Co drugie zdanie pojawiają się powołania typu "tak mówi doktor Blythe, tak uważa doktorowa, która jest piękną i przemiłą kobietą, to mówiła mi Zuzanna Baker". Bardzo szybko staje się to po prostu irytujące. Gdzieś w jednej czwartej tomu byłam w stanie szczerze znienawidzić Anię, Gilberta, Zuzannę i całą progeniturę. 

Podobno L.M. Montgomery po prostu zebrała różne swoje opowiadania - opublikowane w gazetach i te nigdy nie wydane, powplatała wzmianki o Ani, przełożyła "jej" poezją i zaniosła wydawcy. Rozumiem obecny pęd do wydania ostatniego dzieła pisarki w takiej postaci, w jakiej chciała je widzieć - można to uznać za rodzaj hołdu. Jednak reklamowanie tego jako ostatniego odnalezionego tomu Ani ("niepublikowany wcześniej ostatni tom przygód Ani z Zielonego Wzgórza" - cytat z okładki polskiego wydania) jest bzdurą podyktowaną chyba chęcią wyciągnięcia pieniędzy od fanów cyklu (na "Blythe'ów" mogliby się nie złapać).

"W ostatnim tomie głównymi tematami stały się wcześniej tylko luźno poruszane przez pisarkę tematy: zdrada, niechęć do kobiet, zemsta, rozpacz, starość i śmierć. To zdecydowane odejście od klimatu poprzednich części" (stąd). Rzeczywiście nie przypomina to poprzednich części Ani z Zielonego Wzgórza, ale w innych opowiadaniach te tematy się pojawiały. Tu może rzeczywiście są nieco silniej zaznaczone, ale bez sensacji. Skala mroczności nieco wzrosła w drugiej, krótszej części (tom podzielony jest na dwie części - pierwsza dotyczy czasów sprzed I wojny światowej, druga - po niej). Miałam wrażenie, że po prostu opowiadania te powstały później niż "Ania", kiedy o niektórych sprawach można było mówić i pisać śmielej.

To, co mną wstrząsnęło najbardziej, to nie morderstwa i nieślubne dzieci. W ostatnim opowiadaniu pojawiają się imiona wnuków Ani i Gilberta - w to aż nie chce się wierzyć, bo jak Ania mogłaby być czyjąś babcią! Najdziwniejsze jednak wrażenie robi wspomnienie Holokaustu. Ania Shirley i Holokaust wymienione jednym tchem, to jak zderzenie galaktyk z równoległych światów - niemożliwe.

Wracając jeszcze do praktyk polskiego wydawcy, to poza tytułem i reklamą przyczepię się jeszcze do niedbalstwa w imionach. Narzeczona Kuby Blythe'a (najstarszy syn Ani, ja go znałam pod imieniem Jim, a oryginalnie to Jem - skrót od James Matthew), córka pastora Mereditha, występuje czasem pod oryginalnym imieniem Faith, a czasem jako Flora... Ja wiem, że to ta sama osoba, ale ktoś nie oblatany w twórczość Montgomery chyba się nie połapie. Ponieważ część opowiadań wydana w tym tomie ukazała się wcześniej pod tytułem "Spełnione marzenia", przypuszczam, że po prostu przedrukowano je, a nowe fragmenty przetłumaczono, pozostawiając imiona w oryginale, i rezultatem był mały chaos. Może brakuje im w wydawnictwie moli książkowych, które znają poprzednie części cyklu...

"Spełnione marzenia" - wcześniejsze,
niepełne wydanie
"Ani z Wyspy Księcia Edwarda"



Z innych błędów - w posłowiu na końcu książki  jest w przypisie zdanie "W ostatnim opowiadaniu "Spełnione marzenia", którego akcja toczy się w trakcie drugiej wojny światowej, Susette i Dick wspominają dziecięce przygody z wnukami Ani i Gilberta, co jest niemożliwe w świetle książkowej chronologii." Susette i Dick wspominają imiona Jima/Kuby, Nan i Di, więc chodzi o dzieci, a nie wnuki, Ani i Gilberta... (s. 588). Drażnią mnie takie nieścisłości, zwłaszcza że nawet nie czytałam tej książki zbyt wnikliwie (wybaczcie, ale po prostu mnie znudziła) - a wydawnictwo chyba powinno pracować nad nią staranniej. 

Podsumowując, nie była to zła lektura, ale byłaby lepsza, gdybym się nie nastawiała na więcej informacji o losach Blythe'ów. W sumie czytałam przed lekturą recenzje, nieodbiegające wiele od mojej, więc już wiedziałam, czego się spodziewać - ale oczywiście i tak chciałam się przekonać osobiście. Jako zagorzała fanka nie mogłabym nie przeczytać czegoś, co pisarka złożyła do publikacji tuż przed śmiercią. 

Opowiadania są różne, niektóre lepsze, niektóre gorsze - mają przyjemny staroświecki urok, ale zbyt często opierają się na wyeksploatowanych już przez pisarkę motywach. Zaskoczona byłam chyba tylko raz - przy opowiadaniu, w którym pojawiły się: miłość bez szans na ślub, seks, nieślubne dziecko oddane do adopcji, przemoc i wreszcie morderstwo. Wszystko w jednym dziele...

Ania z Wyspy Księcia Edwarda / Blythes are quoted, L.M.Montgomery, Wyd. Literackie 2011
Spełnione marzenia / The Road to Yesterday, L.M.Montgomery, Wy d. Literackie 2009

Ten wpis ukazał się wcześniej w nieco innej postaci na moim blogu Jedz, tańcz i czytaj. 

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Ania z Szumiących Topoli - L.M. Montgomery

Myślałam, że o cyklu o Ani Shirley wiem już wszystko.  Znam go od dziecka, posiadam na własność, czytywałam setki razy, w całości albo na wyrywki. Jakież było moje zdumienie, kiedy całkowitym przypadkiem odkryłam, ze istnieją dwie wersje Ani z Szumiących Topoli.


Potrzebowałam coś do szybkiego czytania i złapałam książkę, która akurat leżała z brzegu. Traf chciał, że była to właśnie Ania z Szumiących Topoli w wydaniu Naszej Księgarni z 1981 r. Kupiłam ją niedawno, bo mi się wydawało, że mi tego tomu brakuje. Potem spojrzałam na półkę i okazało się, że jeden, w innym wydaniu, już tam stoi. Odłożyłam więc tę nowozakupioną, żeby ją odsprzedać (dlatego właśnie leżała pod ręka, zamiast przykładnie stać w otoczeniu reszty tomów). W każdym razie zaczęłam czytać i  wtedy dostrzegłam uwagę na stronie redakcyjnej "Wydanie skrócone". Zaraz, zaraz, jak to skrócone? Kto śmiał skracać Anię? Przeczytałam w całości (jak zwykle wpadłam w cudny świat wykreowany przez L.M. Montgomery i przypomniałam sobie, że bardzo się za nim stęskniłam, więc pewnie nowości pójdą chwilowo w kąt, a ja odbędę podróż reminiscencyjną na Wyspę Księcia Edwarda), ale trochę mnie to skrócenie dręczyło, więc zaczęłam szukać informacji. Co się okazało?




L.M. Montgomery napisała nie Anię z Szumiących Topoli (Anne of Windy Poplars), ale Anię z Szumiących Wierzb (Anne of Windy Willows). Jednak amerykański wydawca uznał, że wierzby kojarzą się zbyt mocno z książką dla dzieci O czym szumią wierzby  (The Wind In the Willows) Kennetha Grahama, więc pisarka "zasadziła" zamiast nich topole. Z kolei brytyjski wydawca wierzb się nie przeraził i wydał pierwotną wersję. To nie koniec. Amerykańskiemu wydawcy kilka scen się nie spodobało, m.in. niektóre anegdoty z obłożonego klątwą domu Tomgallonów uznał za zbyt drastyczne, więc autorka je wycięła. Brytyjski wydawca nie wiedział o tym i wydał wersję bez poprawek.  W rezultacie brytyjska "Ania z Szumiących Wierzb" jest nieco dłuższa niż amerykańska "Ania z Szumiących Topoli".


Jak tylko się o tym dowiedziałam, złapałam za swoją drugą kopię i z ogromnym zdziwieniem odkryłam, że wersja wydana przez Prószyński i ska w 1999 r. to tłumaczenie Ani z Szumiących Wierzb (choć w tytule są tradycyjne topole). Natychmiast zaczęłam czytać, żeby się dopatrzeć różnic i rzeczywiście są. W wydaniu Naszej Księgarni brakuje kilku smakowitych fragmentów i naprawdę nie mam pojęcia, co amerykańskiemu wydawcy w nich przeszkadzało, bo są doskonałe.


Są też dziwne różnice w tłumaczeniu i nie wiem, czy uzasadniać je fantazją tłumaczek, czy może i one występowały w amerykańskim i brytyjskim oryginale. Przykładowo, ciocia Misia w jednym wydaniu chce kupić pelerynkę, a w drugim kapelusz. Koleżanka Ani w jednej wersji prosi o szydełko i naprawia koronkę przy chusteczce, a w drugiej o patyczek z drzewa pomarańczowego, którym robi manicure. Nie wiem skąd takie dziwy, pozostaje mi tylko złapać się za oryginały i porównać, ale czytanie tego  samego  tomu trzeci raz z rzędu nie brzmi już tak kusząco.


Inna sprawa, która dotyczy zresztą każdego tomu Ani, to fantazja w tłumaczeniu imion. Mam tylko dwa wydania, a przecież istnieje ich mnóstwo, wiec aż się boję, co w nich za wyrafinowane imiona padają. Już tu mamy w jednej wersji ciocie Kasię, a w drugiej ciocię Krysię, w jednej Juliannę Brooke, a w drugiej Katarzynę Brooke, a najlepszym kwiatkiem jest Rebeka Dew (wersja Naszej Ksiegarni, w oryginale pisownia Rebecca), która w drugiej nazywa się Monika Rosa... Rozumiem, że przetłumaczono Dew jako Rosa (po co??? nie tłumaczono Brooke na Strumyk), ale skąd zamiana Rebeki w Monikę? Czy coś skomplikowanego jest w imieniu Rebeka? Żeby choć konsekwentnie tłumaczono imiona, ale też nie, część spolszczano, część zostawiano, część zmieniano na inne anglojęzyczne, aż dziw, że w tym wszystkim Ania pozostała Anią (przecież Mary Poppins na krotko została Agnieszką, więc mogli i z Ani zrobić Basię z Zielonego Wzgórza). Chaos, proszę państwa, i zostanie mi w końcu sięgnąć po cykl w oryginale (i pogodzić z faktem, że Małgorzata Linde ma w oryginale na imię Rachel).


Jeszcze z ciekawostek o Ani z Szumiących... drzew. Cykl o Ani nie powstał po kolei. Ania z Szumiących Topoli powstała dopiero 15 lat (!) po chronologicznie ostatnim tomie cyklu, opowiadającym o córce Ani, Rilli. W 1934 r. weszła na ekrany kin pierwsza ekranizacja "Ani z Zielonego Wzgórza", co rozbudziło nieco już uśpioną falę zainteresowania Anią wśród czytelników. Nakłaniana przez wydawców Montgomery stworzyła więc powieść opisującą trzy, wcześniej pominięte lata narzeczeństwa Ani, które ta spędziła jako nauczycielka. Jeszcze później, bo w przeddzień pierwszej wojny światowej (sierpień 1939), została wydana "Ania ze Złotego Brzegu" opowiadająca o Ani jako szczęśliwej młodej mężatce i jej małych dzieciach.


Ania z Szumiących Topoli została sfilmowana w 1940 r. (filmweb), rolę Ani zagrała aktorka, która przyjęła pseudonim artystyczny... Ania Shirley. Fragmenty powieści znalazły się też w ekranizacji Kevina Sullivana z 1987 r.  pt."Ania z Zielonego Wzgórza. Ciąg dalszy".


Moje wydania:
Ania z Szumiących Topoli (na podst. Anne of Windy Poplars), Nasza Księgarnia 1981.
Ania z Szumiących Topoli (na podst. Anne of Windy Willows), Prószyński i ska 1999.

sobota, 28 stycznia 2012

Błękitny zamek - Lucy Maud Montgomery

Kiedy zaznajomiłam się ze wszystkimi tomami o uroczej Ani z Zielonego Wzgórza zaczęłam szukać innych powieści Lucy Maud Montgomery. Byłam wtedy w podstawówce i szukałam klimatu podobnego do o Ani.
Na "Błękitny Zamek" trafiłam zupełnym przypadkiem. Po prostu książka stała na wystawie księgarni, a ja szłam z mamą, której długo nie trzeba było namawiać na zakupy ksiązkowe.
I tak w młodym wieku przeczytałam ksiązkę, którą Lucy Maud Montgomery pisała z myślą o dorosłych czytelnikach.


Bohaterką ksiązki jest 29 letnia Valancy Stirling. Dziewczyna mieszka ze matką i ciotką w małym miasteczku. Jej rodzina uważa się za lepszą od innych, ale sama Valancy jest bardzo zwyczajna i cała rodzina bardzo daje jej to odczuć. Doss, bo tak ją wszyscy nazywają, ciągle żyje według wytycznych ciotki i matki. Każdy przejaw samodzielnego myślenia jest mocno krytykowany.
Ucieczką dla Valancy stją ię marzenia o swoim własnym, samodzielnym życiu, które wiedzie w Błękitnym Zamku".
Pewnego dnia Valancy otrzymuje jednak wiadomość, która staje się dla niej impulsem do buntu.


Po latach książka jest cudowną rozrywką. Lucy Maud Montgomery ujawniła w niej świetny zmysła obserwatorski. Jej opisy małomiasteczkowej "elity" aż kipią od ironii. Cała zaś historia opowiedziana jest lekkim językiem i z dużym poczuciem humoru. Reakcje rodzinki na nowe życie Valancy, którą wszyscy uważali za nieciekawą starą pannę, powodują prawie nieustanne wybuchy śmiechu.

Ale humor to nie wszystko. Powieść zawsze budzie we mnie refleksję, ile z naszego życia poświęcamy na zadowolenie innych i jak to się na nas odbija. Oczywiście sytuacja opisana w "Błękitnym Zamku" jest przejaskrawiona, ale każdy z nas może wyciągnąć z niej coś dla siebie. Choćby to, że czasem warto zaryzykować i wziąść sprawy we własne ręce. A szczęściu czasem trzeba pomóc.


Opublikowane również na blogu:
http://ksiazkowepodrozowanie.blogspot.com/

poniedziałek, 9 stycznia 2012

W pajęczynie życia - L.M. Montgomery

L.M.Montgomery całe życie pragnęła napisać prawdziwą powieść dla dorosłych. Jednak obie, które stworzyła dla tego odbiorcy - Błękitny zamek i W pajęczynie życia - koniec końców trafiły na półki z literaturą młodzieżową.


 


O starym dzbanie Darków opowiadano tuzin historii. Ta będzie prawdziwa. (s. 7)

Jedyna powieść L.M. Montgomery, której aż do tej pory nie czytałam, ma budowę dla tej autorki nietypową. Nie ma tu jednej bohaterki, której losy śledzimy. Jest cały klan spowinowaconych ze sobą rodzin Penhallowów i Darków. Na czele klanu stoi ciotka Becky, złośliwa staruszka. Nie stoi jednak za długo, bo już na wstępie powieści umiera, zostawiając po sobie w spadku zabytkowy holenderski dzban, rodzinną pamiątkę, o posiadaniu której marzą pozostali członkowie klanu. Kto go dostanie? Może słodka, radosna i szczęśliwie zakochana Gay, a może przez nikogo nie kochana Margaret? Może jeden z Samów, emerytowanych marynarzy, Duży lub Mały? Może Joscelyn, która z nieznanych powodów porzuciła swego męża kilka godzin po ślubie i od 10 lat z nim nie rozmawia? Może mały osierocony Brian, zawsze głodny  zmarznięty, albo owdowiała Donna? Nie wiadomo, bo ciotka Becky kazała wszystkim czekać aż rok na ujawnienie swej woli. Przez ten czas każdy będzie się starał zasłużyć na zdobycie "relikwii", wprowadzając zmiany w swoim życiu. Zmiany, które mogą okazać się ważniejsze niż jakiś tam dzban...

Widać, że powieść została napisana dla innej grupy wiekowej niż Anie i Emilki. Mnogość wątków, doroślejsze emocje, a nawet wzmianka o "niczym nie osłoniętych wdziękach kobiecych" - odróżniają "Pajęczynę" od pozostałych dzieł. Nie zmienia to jednak faktu, że jakoś mnie ta powieść nie zachwyciła. Bardzo przypominała mi jej opowiadania - za którymi nie przepadam - tylko splecione wspólnym wątkiem dzbana. Każdy z bohaterów opisany jest dość powierzchownie, więc do nikogo nie udało mi się przywiązać, a tym samym głębiej zainteresować jego/jej losem. W dodatku wszystkie fabularne rozwiązania (poza podstawową kwestią dzbana) były zupełnie jasne dla każdego fana twórczości tej pisarki - już po pierwszym rozdziale byłam pewna, kto się z kim zejdzie, a kto rozstanie i nie pomyliłam się ani razu.

Cieszę się, że "nadrobiłam" tę powieść, żałuję, że żadnej nie ma już przede mną, ale pozostanę wielbicielką jej powieści "dziewczęcych".

 
P.S. To kolejna książka, która na polskim rynku funkcjonuje pod dwoma zupełnie różnymi tytułami. Oryginalnie nazwana "A Tangled Web", w Polsce została wydana najpierw jako "W pajęczynie życia", a później - "Dzban ciotki Becky".




L.M.Montgomery, W pajęczynie życia, Novus Orbis, 1995